wtorek, 14 sierpnia 2018 napisz DONOS@

Jak Feniks z popiołów

Dwanaście lat temu, kiedy rak podstępnie zakradł się do mego ciała, byłam sparaliżowana niepokojem, tonęłam w otchłani stresu i przerażenia.

Jak grom z jasnego nieba poraziła mnie świadomość ciężkiej choroby. Jest to szczególnie trudne, gdy usłyszy się diagnozę „rak".
Dotychczas nie przejmowałam się, że zdrowie szwankuje, pobolewa kręgosłup, stawy, psuje się wzrok, słuch, a i kondycja coraz słabsza. Przecież to normalna kolej rzeczy - z wiekiem wszystko się zużywa. Trzeba więc bardziej o siebie dbać, przyjmować lekarstwa i można pożyć jeszcze wiele lat! Każdy człowiek żyje ze świadomością, że kiedyś odejdzie z tego świata, ale skrycie, we wnętrzu jestestwa jest przekonany, że ten moment jest bardzo odległy.
Kiedy śmierć zagląda w oczy - nic już nie jest takie samo. Jeszcze niedawno czułam się w miarę zdrowa, snułam plany na przyszłość, zabiegałam o dobra materialne, szacunek, uznanie i nagle wszystko przestało mieć znaczenie. Wydawało się, że dla mnie nastąpił koniec świata, koniec dotychczasowego bytowania, działania, przeżywania. Straciłam pewność, że dla mnie jakakolwiek przyszłość istnieje. Czy znajdę siły, by o nią walczyć i czy warto, gdy nie wiadomo, jaki będzie wynik? Przeszłość odeszła, przyszłość była wielką niewiadomą; żyłam chwilą bieżącą.
Nie znoszę słowa „rak". Przez długi czas wolałam nazwę „nowotwór złośliwy", wydawała mi się mniej straszna, łatwiejsza do zaakceptowania. Chciałam wierzyć, że nowotwór można wyciąć, usunąć z mojego ciała, oczyścić organizm z tego wrogiego elementu i wrócić do normalnego życia.
Okazało się, że nic już nie będzie normalne, jak dawniej. Przede wszystkim operacja - to dopiero pierwszy etap walki z chorobą. Drugi etap - to chemioterapia [ dziwię się, jak ją zniosłam?], trzeci       - to radioterapia, a potem tabletki, częste kontrole u onkologa. Przez pierwsze 5 lat - kontrola co pół roku: sprawdzanie, czy nie ma przerzutów do drugiej piersi, płuc, narządów wewnętrznych, kości.
Miałam to szczęście, że znalazłam się pod opieką cudownej pani doktor onkolog, której w pełni zaufałam, więc nie panikowałam, czułam się w miarę bezpieczna. Nie pytałam, czy wyzdrowieję, jakie mam szanse, lecz skrupulatnie poddawałam się leczeniu mając jednocześnie świadomość, że nie ma gwarancji na wyzdrowienie. W momencie niepokojących mnie objawów zawsze mogłam zadzwonić nie tylko do szpitala, ale i na telefon komórkowy pani doktor i otrzymywałam pomoc w postaci wskazówki, zalecenia, a czasem tylko uspokajających, troskliwych słów.
Myślę, że pozytywne nastawienie chorego już na początku leczenia raka pomaga lekarzowi. Fakt, że do tej pory żyję jest zasługą nie tylko onkologa, lecz także mojego nastawienia, chęci uwierzenia    w wyzdrowienie. Patrząc wstecz jestem dumna, że tyle przetrwałam, nie podołałam się, podnosiłam się do dalszej walki z chorobą po częstych okresach stresu i zwątpienia.
Najtrudniejsze do przeżycia były pierwsze miesiące. Szok spowodowany wykryciem raka jest trudny do opisania. Nie mogłam myśleć, nie w pełni rozumiałam słowa lekarza czy treść czytanej książki. Nie mogłam się skupić na programie telewizyjnym, krzyżówce czy prostej informacji. Zablokował się umysł, odgrodziłam się od świata zewnętrznego. Wydawało mi się, że jestem spokojna i pogodzona z losem. Nie odczuwałam bólu ani strachu, ale w sercu czułam olbrzymi, przytłaczający ciężar niepojętego zagrożenia. Buntowałam się przeciwko temu intruzowi, który znalazł się w moim ciele nie wiadomo skąd i dlaczego.

A jednak z pomocą lekarza, bliskich mi osób, bez których nie poradziłabym sobie - zwyciężyłam. Jakże cenna była obecność dzieci, które towarzyszyły mi w czasie wizyt u lekarza w pierwszym stadium choroby, przy szukaniu i dobieraniu peruki, protezy. Przeżyć ten koszmar trzeba samemu,              ale świadomość, że mam bliskie i życzliwe osoby, gotowe mnie wspierać służyć pomocą, jest bardzo ważna.
Uwierzyłam w siebie, w to, że jestem silna i mogę znieść bardzo wiele. W pogodzeniu z losem pomogły mi kontakty z członkiniami Stowarzyszenia Kobiet z Problemem Onkologicznym. Spotkałam tu kobiety w różnym wieku, tak samo dotknięte chorobą. Przeszły one tę samą drogę do zdrowia co ja, więc ich pogodne nastawienie było dla mnie zdrowiem.
Postanowiłam robić wszystko, by przestać się nad sobą użalać. Pragnęłam nie dopuścić, by cierpienie, stres przeszkadzały mi żyć godnie lub były ciężarem dla rodziny. Uświadomiłam sobie,     że choroba, starość, śmierć - to wszystko stanowi treść życia, tak jak młodość, radość i szczęście. Należy więc zaakceptować chorobę i przestać się buntować, choć nie jest to łatwe. Postanowiłam wrócić do normalnego życia, zadbać o siebie i sprawy rodzinne.
Choroba nowotworowa odcisnęła się na mojej przyszłości, zmieniła mnie, mój sposób myślenia, stosunek do ludzi i wszystkich życiowych spraw. Uświadomiłam sobie, że wszystkie rzeczy materialne, o które się zamartwiamy, ta szaleńcza pogoń za pieniędzmi, dobrobytem, kosztownymi przyjemnościami jest tak śmieszna i mało ważna w porównaniu do zdrowia i spokoju.
Po przetrwaniu dramatu choroby mam więcej zrozumienia dla ludzkich poczynań. W każdym człowieku doszukuję się pokładów dobra, w każdym złym uczynku szukam przyczyny takiego postępowania, aby odnaleźć okruchy usprawiedliwienia. Zauważyłam, że stałam się jeszcze bardziej wrażliwa na ludzkie niedole, a sama jestem psychicznie słabsza, podatna na ciosy czy nieprzyjemności. Unikam więc ludzi konfliktowych, nieprzyjaznych i nieczułych, bo nawet nieprzyjemne rozmowy pozbawiają mnie spokoju na wiele dni i nocy.
Nie znaczy to, że się zbyt izoluję od otoczenia, dowodem czego są dyżury pełnione w Stowarzyszeniu Kobiet z Problemem Onkologicznym. Przyjęłam jednak zasadę, by nie toczyć niepotrzebnych sporów o to, co nieuniknione lub niezależne ode mnie.
Kiedyś zadawałam sobie pytanie, dlaczego właśnie ja zachorowałam na raka. Teraz zastanawiam się, dlaczego ja żyję, gdy tyle ludzi - znajomych i nieznanych - nie przetrwało choroby. Dlaczego ja istnieję, co powinnam zrobić, w co się zaangażować, by wypełnić podarowane mi lata.
Nie mam wiele możliwości ze względu na zdrowie, kondycję fizyczną i psychiczną, obrzęk ręki    i oczywiście wiek. Czasem odczuwam dyskomfort i dziwne poczucie winy, że ja , starsza osoba, żyję, a młodzi odchodzą.
Mogę tylko pomagać życzliwym, pełnym zrozumienia słowem czy to w Stowarzyszeniu , czy kontaktując się z osobami chorymi na raka. Czuję, że jest to bardzo mało. Pocieszam się, że nawet moja obecność na spotkaniach Stowarzyszenia - osoby z 12-letnim stażem - jest świadectwem tego, że można zwalczać chorobę, żyć jeszcze długo, a cierpienia są przecież częścią naszej natury.
Choć słabości towarzyszą mi każdego dnia, to staram się chwytać chwilki radości jak rozsypane barwne koraliki, zbieram je i kolekcjonuję. Staram się myśleć tylko o nich - pięknych, barwnych drobiazgach, ulotnych, miłych chwilach, doceniać drobne rzeczy, aby darowane mi życie nie tkwiło w mroku, lecz nabrało piękniejszych barw.                    
Irena


 
 
4lomza.pl Regionalny Portal Copyright © Speed s.c. 2005r - 4too v.1.0

W celu świadczenia przez nas usług oraz ulepszania i analizy ich, posiłkujemy się usługami i narzędziami innych podmiotów. Realizują one określone przez nas cele, przy czym, w pewnych przypadkach, mogą także przy pomocy danych uzyskanych w naszych Serwisach realizować swoje własne cele i cele ich podmiotów współpracujących.

W szczególności współpracujemy z partnerami w zakresie:
  1. Analityki ruchu na naszych serwisach
  2. Analityki w celach reklamowych i dopasowania treści
  3. Personalizowania reklam
  4. Korzystania z wtyczek społecznościowych

Zgoda oznacza, że n/w podmioty mogą używać Twoich danych osobowych, w postaci udostępnionej przez Ciebie historii przeglądania stron i aplikacji internetowych w celach marketingowych dla dostosowania reklam oraz umieszczenia znaczników internetowych (cookies).

W ustawieniach swojej przeglądarki możesz ograniczyć lub wyłączyć obsługę plików Cookies.

Lista Zaufanych Partnerów

Wyrażam zgodę