czwartek, 19 października 2017 napisz DONOS@

Nie jesteśmy maszynami

Śmierć opakowana w nadzieję Tybetańscy mnisi, mongolscy magowie, bioenergoterapeuci, magnetyzerzy, medycy leczący uryną ingerują w leczenie już co czwartego cierpiącego na raka Polaka. Kilkanaście tysięcy chorych rocznie umiera, bo zamiast leczyć się u onkologa - i najwyżej wspomagać leczeniem naturalnym - zdecydowali się tylko na kurację u uzdrowiciela. Oto historie Marcina, Joanny i Marii. Wszyscy zaniechali leczenia konwencjonalnego i weszli w ślepą uliczkę zaufania do uzdrawiacza.

To tylko gorączka - Marcin spojrzał w kalendarz. Ile to już dni? Chyba mija tydzień... Przewracał kartki notesu, by sprawdzić, kiedy po raz pierwszy poczuł skok temperatury i uczucie nadchodzącego przeziębienia. Z niedowierzaniem patrzył na datę. Pomylił się, ten stan trwał już prawie miesiąc! To pewnie dlatego czuł się tak zmęczony, a w nocy kilka razy przebierał się, bo piżama była mokra od potu. Jedyną dobrą stroną tej sytuacji był spadek wagi. Wreszcie znowu mógł założyć swoje ukochane dżinsy. Jest sobota, nic nie musi. No, może popracuje chwilę w ogródku. Od poniedziałku znowu najważniejsza będzie praca w banku. W kilka minut później Marcin poczuł falę gorąca. Nie wiedział, czy to zdenerwowanie, czy znowu gorączka.
Pod koniec następnego tygodnia wysłuchiwał pochwał onkologa. Nie zwlekał, nie leczył się antybiotykami, tylko natychmiast zgłosił się do specjalisty. Diagnoza: chłoniak, rak węzłów chłonnych. Rokowania są pomyślne, ale trzeba jak najszybciej zacząć chemioterapie. Obiecał, że tak zrobi...
Joanno jeszcze raz wyciągnęła wynik z szuflady. Lekarz przetłumaczył jej te zawiłości na ludzki język - ma raka nerki. Guz jest duży. Konieczna natychmiastowa operacja. Ciągle w myślach wracało zdziwienie lekarza rodzinnego. Joanna zmieniała pracę i postanowiła zafundować sobie wiosenny przegląd organizmu. Lekarz trochę ostudził jej zapały. - Niech pani zrobi te badania, które są najbardziej konieczne. I tak za większość będzie musiało pani zapłacić - powiedział i zaczął wypytywać o różne sprawy. Fachowo nazwał to wywiadem rodzinnym. Zareagował przy informacji, że i matka, i starsza siostra Joanny umarły na raka nerki. - Musi się pani natychmiast zbadać - powiedział i wydał skierowanie na USG.
Joanna wepchnęła wynik do szuflady. Na operację przyjdzie czas. Przecież czuje się całkiem nieźle. Co też ten lekarz opowiadał, że rokowania są niepewne. Nie, nie chce się leczyć u kogoś, kto już na początku terapii widzi możliwość niepowodzenia. Maria wiedziała, że jeśli sama wyczuła guzek w piersi, to nowotwór jest już zaawansowany. Przypominała sobie wszystkie bezpłatne akcje profilaktyczne, na które nie poszła. Teraz żałowała, że zawsze było coś ważniejszego. Ale siedząc w wannie i celowo omijając ręką „to miejsce", myślała także o dwóch koleżankach z urzędu gminy, gdzie pracowała. To one opowiadały, jakim horrorem jest leczenie raka piersi. Podobno ta chemioterapia, zaproponowana przez lekarzy, zabija nie tylko nowotwór, ale i całego człowieka... Nie, nie! Nie chce takiego zbawienia.

Poszukiwanie cudu
Marcin ma chłoniaka, nowotwór węzłów chłonnych, u Joanny znaleziono guza nerki, Maria sama wyczuła guzek w piersi. Wszystkim postawiono prawidłową onkologiczną diagnozę
i zaproponowano optymalne konwencjonalne leczenie. Ale żadne z nich nie zgłosiło się do wyznaczonej kliniki. Dlaczego?
Prof. Jacek Jassem, szef Kliniki Onkologii AM w Gdańsku, twierdzi, że trafiają do niego pacjenci wycieńczeni nie tylko fizycznie, ale i finansowo. Zapłacili każde pieniądze za „najmodniejsze" w tym sezonie uzdrowienie. Zapomniano już i torfie. Clive Harris dotyka na obrzeżach miast, w klubach osiedlowych. Minął czas, gdy przyjmował w największych kościołach. Zapomniano o neoplastonach Burzyńskiego, mniej mówi się o ziołach Klimuszki. Mocno trzyma się jeszcze peruwiańskie ziele. Marcin zwrócił się do kogoś, a raczej czegoś, co obdarzał największym zaufaniem. Do Internetu. Najpierw znalazł wszystkie materiały o chłoniakach. Wyskakiwały teksty, z których niewiele rozumiał. Najwięcej było określeń „szczególnie złośliwy". Pewnej nocy zaczął szukać informacji pod hasłem „powrót do zdrowia". Ze zdumieniem przeglądał dziesiątki ofert, niektóre podpisane nawet nazwiskami Osób z tytułami medycznymi, ale bez nazwy szpitala. Te osoby przyjmowały w domu. Zaczął wybierać. Ze względów estetycznych pominął kuracje polegające na nacieraniu naftą i piciu moczu. Zafascynowała go barwna strona internetowa Barnaby (tak się przedstawiał) z nadmorskiego Sarbinowa. Wysiał ostrożnego e-maila z pytaniem, czy bionenergoterapeuta miał sukcesy w leczeniu chłoniaków. Dlaczego tok postąpił? Oddział onkologiczny kojarzył mu się z umieralnią.
-To tylko jedna próba - tłumaczył sobie. - Przecież nie rezygnuję z „normalnego" leczenia . Chcę tylko mieć pewność, że skorzystałem z każdej innej szansy. Marcin nie musiał nikogo wtajemniczać w swój zamiar. Mieszkał sam, a szef z ulgą przyjął jego prośbę o urlop. Każdy widział, że ledwo chodzi.
W pociągu Marcin raz jeszcze przeglądał wydruki z komputera. Barnaba skończył kilka tajemniczych kursów, ale najbardziej krzepiąca była lista podziękowań. Wśród kilkudziesięciu zapewnień o całkowitym wyzdrowieniu znalazł kilka napisanych przez osoby, które miały chłoniaka. Wystarczyło parę wizyt i seansów, by przekazywane przez uzdrowiciela (tak go nazywano) moce sprawiły, że osłabienie, zmęczenie i gorączka ustąpiły. Autorzy relacji zapewniali, że gdyby jeszcze raz mieli poddać się terapii, dziś wybraliby Barnabę, a nie szpital onkologiczny, w którym człowiek jest anonimowym przypadkiem.
Joanna też przyrzekała sobie, że zgłosi się do szpitala. Ale nie mogła zapomnieć o Filipińczyku, który patrzył na nią z plakatu. W lokalnej gazecie znalazła relację z jego seansu. Podobno wystarczyła sama jego obecność, żeby guz zniknął. Dziennikarka trochę kpiła, ale dokładnie opisywała przebieg spotkania, na które przyszły setki ludzi. Tak więc wydźwięk artykułu był w sumie pozytywny. Joanna pokazała gazetę mężowi. - No, jeśli piszą o tym w prasie, to nie może być jakieś totalne oszustwo
- powiedział. Później jeszcze tylko skłamała, że onkolog wcale nie poganiał jej do operacji. Sprawdziła datę na plakacie. Filipińczyk przyjedzie do jej miasta za dwa miesiące.
Osoba informująca o działalności Filipińczyka powiedziała jej: „Medycyna konwencjonalna nie ma już żadnego znaczenia. Dwa dni temu zadzwoniła dziewczyna - rak szyjki macicy, który stwierdzili u niej lekarze, zniknął. Takich telefonów jest wiele. Więc chyba wyda pani te 200 zł, żeby po 20 minutach być osobą zdrową?".
Z kolei Maria natychmiast zwierzyła się koleżankom z pracy, tym, które również miały raka sutka. Jedna przeszła amputację, ale nie chciała zgodzić się na rekonstrukcję piersi. Druga jeszcze chodziła na chemioterapię. Obie wyglądały na udręczone, ale ku zdziwieniu Marii żadna nie leczyłaby się gdzie indziej niż u onkologa. Nawet zaczęły na Marię pokrzykiwać, że liczy się każdy dzień. Zbawieniem okazała się sąsiadka. Poleciła południowoamerykańskie zioło. Zaparza się niby herbatkę. Jak trzeba, to da adres, bo w Polsce to zioło jest niedostępne. Trochę to kosztuje, ale chyba lepiej pić herbatkę, niż stracić pierś...

Siła uzdrowiciela?
Barnabę znali w Sarbinowie wszyscy. Po chwili Marcin stał przed domem, który w sezonie zapewne służył turystom. Barnaba był miłym grubaskiem. Wprowadził go do pokoju, w którym stała kozetka. Ściany wytapetowane były podziękowaniami. Marcin zdołał się tylko dowiedzieć, że tytuł doktora Barnaba zdobył na politechnice, a nie na akademii medycznej. Jego dotknięcie było zdecydowane i pulsowało jakimś ciepłem. Przez czterdzieści minut nie odezwał się ani słowem. Zainkasował pięćset złotych. Choć Marcin nie pytał, poinformował go, że płaci podatki, bo ma zarejestrowaną działalność gospodarczą. Jeszcze z pociągu Marcin zadzwonił i umówił się na kolejną wizytę. Wróciły zapomniane emocje, radość życia. Czuł, że Barnaba mu pomógł. Chciał wierzyć, że rak po cichutku wycofa się z jego organizmu. Tak jak przeziębienie.
Od tamtego dnia każdy weekend spędzał nad morzem. Ręce Barnaby ciągle przekazywały to samo ciepło. Już nie był tak zmęczony, jednak ciągle chudł. Za każdym razem Barnaba brał pięćset złotych i mówił, że w Marcinie wszystko się przestawia na dobre, że komórki nowotworowe powoli umierają. Zabija je energia Barnaby. Ta teoria bardzo mu się podobała.
Aż do dnia, gdy wstał jak zwykle o szóstej rano, potem jak ścięty przysiadł na łóżku
i zadzwonił do szpitala. Na stole stała nietknięta kolacja. Zastąpił ją przedwczorajszą, którą też wyrzucił. W szpitalu lekarze stwierdzili, że jego węzły chłonne powiększyły się kilkakrotnie ponad normę. Ale najgorsze były przerzuty. Pozostało leczenie paliatywne. Marcin zmarł we śnie...
Joanna już od północy czekała w tłumie po bilety na seans Filipińczyka. Czuła się jak w kolejce z PRL. Co godzinę sprawdzano społeczną listę. Bilet był drogi. 200 zł za zbiorowy seans w sali kinowej wydawało się wygórowaną ceną, ale do czasu, gdy przypomniała sobie, że chodzi o życie. Następnego dnia przyszła tak wcześnie, że znalazła miejsce w drugim rzędzie. Z boku, ale zawsze. Sala wyglądała jak ze złego snu. Jedni pacjenci wychudzeni rakiem, inni na wózkach, jeszcze inni niepełnosprawni umysłowo. Wszystkich łączyła nadzieja. Nawet rozmowa wydawała się czymś niestosownym. Tylko kilka osób szeptało. Filipińczyk pokazał najpierw film ze swoich - jak to określił - bezkrwawych operacji. Znikające guzy i promienne twarze - Joanna przyglądała się z zachwytem. Potem               
Filipińczyk chodził po sali i dotykał każdego. Ale okazało się, że to tylko połowa kuracji. W holu kina sprzedawana była maść z dodatkiem specjalnego błota. „Trzeba tym smarować na noc chore miejsce. Tylko wtedy dotknięcie zaktywizuje się i zadziała trwale" - tłumaczyła asystentka Filipińczyka.
Joanna kupiła największy słoik za trzysta złotych. Etykietką była kartka z łacińskimi napisami. Dopiero po jej śmierci mąż odczytał, że to zwykła borowina... Maria z nabożeństwem otworzyła pierwszą przesyłkę. Zagraniczne znaczki, w środku zaskakująco mały woreczek z jakimiś ziołami. Kosztowały dwa tysiące złotych, a wyglądały jak zebrane w jej ogródku. Jednak wszystkie wątpliwości rozwiały ulotki dołączone przez nadawcę. Zioła oczyszczą jej organizm. Kolejne informacje 
Maria czerpała z pisma, które nosiło radosny tytuł „Jak wyzdrowiałem". Godzina picia ziółek była w jej domu święta. Po kilku tygodniach wydawało się jej, że guzek zmalał. Natychmiast zamówiła następną partię ziół. Nie podobał się jej tylko brak kontaktu z jakimś specjalistą od tego zioła. Dostawała anonimowe przesyłki, a guzek, który jednego dnia się kurczył, następnego dziwnie rósł. Po kilku tygodniach nie była już pewna, czy zdrowieje. Wreszcie przełamała się i zwierzyła koleżankom, tym samym które też zachorowały na raka piersi. Nazwa zioła podziałała na nie piorunująco. W klinice snuto opowieści o jego ofiarach. Może Maria przestraszyła się ich krzyku, może sama zaczęła się bać. Dziś jest po amputacji piersi, rozpoczęła chemioterapię. Lekarze mówią, że do jej przypadku idealnie pasuje stwierdzenie „ostatni dzwonek"...

Bezkarny pomysł na oszustwo...

ciąg dalszy w następnym numerze

Helena Putkowska
śr, 08 września 2010 11:12
Data ostatniej edycji: śr, 08 września 2010 11:18:36

 
 
4lomza.pl Regionalny Portal Copyright © Speed s.c. 2005r - 4too v.1.0