Przejdź do treści Przejdź do menu
poniedziałek, 06 lipca 2020 napisz DONOS@
Anna Ostrowska

Obrazki nieuporządkowane

Z czasów szkoły podstawowej pamiętam jakieś nieuporządkowane obrazki. Chaos, wrzask, ścisk, tupot... Sympatyczne półkolonie w pałacu biskupim, paczki z UNRRA (wspaniałe!). Pierwsza Komunia w butach przefarbowanych z czarnych na białe. Sympatyczny obóz harcerski w Koźle nad Pisą, gdzie nauczyłam się pływać, poznałam uroki i romantyzm (teraz to widzę) życia obozowego.

Potem jeszcze jeden obóz w Porąbce nad Sołą, pierwszy raz widziane góry, Soła – bystra, kamienista i płytka, jakże inna od krętej, z pięknie porośniętymi brzegami Narwi. Mniej więcej w tym czasie stało się jasne, że Ojciec nie wróci. Nic nie dały poszukiwania wszelkimi możliwymi drogami. Zginął gdzieś daleko, w przepastnych przestrzeniach ZSRR i do dziś na pewno nie wiadomo, gdzie. Orzeczenie sądu o uznaniu za zmarłego w 1951 roku, Mama ciężko przeżyła i opłakała. Że Babcia umarła na Syberii, było wiadomo już wcześniej od mieszkańców Łomży, którzy byli wywiezieni razem z nią i dane im było powrócić. Mimo to, życie jakoś się kręciło dalej: raz lepiej, raz gorzej. Miałam wówczas obowiązki związane z Lubą – naszą krową – repatriantką. Mój brat Orcio, jako siła fachowa, zajmował się zaopatrzeniem jej w prowiant oraz dbał o inne jej potrzeby. Ja wykonywałam zajęcia mniej odpowiedzialne, jak przygotowywanie konkretnych „dań”, lub wyprowadzanie Luby na spacer do ogrodu. To zajęcie odbywało się według pewnego ceremoniału. Zabieraliśmy z moim przyjacielem psem Matem kilimek, książkę, szliśmy do chlewika po Lubę i szarą gęś – domowniczkę. „Procesją”, wtaczaliśmy się na łąkę. Kiedy znajdowałam się już daleko w świecie fantazji, dobiegało mnie „gę, gę”, lub nawet lekkie dziobnięcie, jeśli nie reagowałam. To gęś dawała sygnał, że Luba zboczyła z trawy i buszuje w kartoflach Styłów. Gdy przez dłuższy czas zajmowała się trawą, na moim kilimku robiło się ciasno, bo oprócz Mata wpychała się na niego również gęś. Nigdy bym nie uwierzyła w inteligencję tego ptaka, gdybym sama jej nie doświadczyła. Chyba rzeczywiście mogły uratować Rzym! Potem zmiana szkoły na ćwiczeniówkę, huragan, który zerwał z niej dach, powrót po roku (chyba) na Giełczyńską do części wydzielonej na szkołę ćwiczeń z TPD. Były to już lata 1950–1951. Te dwa ostatnie lata podstawówki, czyli klasa szósta i siódma, były dla mnie z paru powodów pamiętne. Poznałyśmy się z Marysią Kondratowiczówną. Była to całkiem dziwna historia. Otóż przechodząc Ogrodową i Ostrołęcką zwróciłam uwagę na dziewczynkę, zawsze pięknie ubraną. Ale intrygowały mnie jej włosy. Zupełnie złote, zaplecione w grube warkocze, tak długie, że na nich siadała. Czasem były spuszczone, czasem zawinięte w ogromną koronę wokół głowy, czasem w zwoje na uszach. Było to tak oryginalne i ładne, że budziło podziw, także mój. I tak widywałyśmy się z daleka przez jakiś czas. A tu, w nowej – starej szkole przy Giełczyńskiej – kogóż ja widzę? Obiekt mojej cichej „adoracji”! Usiadłyśmy razem w ławce. Tak zaczęła się nasza przyjaźń, która trwa do dziś. A życie szkolne i pozaszkolne nabrało całkiem nowych kolorów. Ponieważ zawsze rozumiałyśmy się w pół słowa, te same rzeczy nas zajmowały, te same śmieszyły, więc miałyśmy swój mikroświat, dosyć hermetyczny. Oczywiście ciągle musiałyśmy sobie powiedzieć coś niezwykle istotnego, więc nawzajem biegałyśmy do siebie. Zaśmiewałyśmy się do łez a to z nauczycieli, a to z książek których pochłaniałyśmy ogromnie dużo, a to z siebie nawzajem. Bardzo niewiele nam było potrzeba do śmiechu, chyba po prostu byłyśmy szczęśliwe. Drugim ważnym zdarzeniem w tym czasie (chodziłam już do siódmej klasy) było aresztowanie Orcia. Rok 1951 – pora najczarniejszego terroru stalinowskiego. Dochodziły echa o likwidacji „band” czyli ostatnich oddziałów partyzanckich. Aresztowania Akowców (między innymi ojca Marysi). W „kołchoźniku” stale pomstowała na „reakcję” Wanda Odolska i „Fala 49”. Aresztowano Gomułkę i jego współpracowników, trwały procesy przywódców AK. Wszystkie informacje podawane do publicznej wiadomości były tak okraszone propagandą, że tylko było wiadomo, iż coś się zdarzyło. Większość informacji przychodziła „pocztą pantoflową”, mówiło się o nich po cichu, rozglądając się, czy nikt nie podsłuchuje. Nawet w domu ludzie nie czuli się bezpiecznie. Doskonale pamiętam, jak Mama kazała mi wyglądać przez okno, czy nikogo pod nim nie ma, gdy rozmawiały z panią Michaliną Serdakowską. Wszyscy, w każdym razie większość ludzi zaczęła sobie zdawać sprawę, że to, co wydawało się tymczasowe, koszmarnie irracjonalne, staje się faktem. Że trzeba jakoś ułożyć się z tą nienormalną rzeczywistością lub udawać, że się z nią ułożyło. Orek, urodzony i do dziś zatwardziały aktywista, właśnie kończył liceum. Bardzo zaangażowany w ZMP, aktywnie i z wiarą „budował nową Polskę”. Ze swoją ideowością zawędrował do zarządu koła szkolnego. Trzeba trafu, że wśród aktywistów powstały niesnaski, zakończone donosem do UB. A lochy UB były pojemne, więc mój brat, młodociany wywrotowiec – reakcjonista, wylądował w nich razem z innymi aktywistami. Postawiono im zarzut „działalności wywrotowej”. Pretekstem były echa literatury romantycznej i projektowane koło „Tomków”, którego patronem miał być Tomasz Zan. O projekcie i kółku wszyscy dawno zapomnieli, ale każdy pretekst był wystarczający. Tak więc pewnego dnia a raczej głębokiej nocy, energicznie zastukano do drzwi naszego mieszkania. Kilku cywilnych UB-owców przeprowadziło rewizję. Jedyną istotą bezkompromisową, wyraźnie artykułującą swój stosunek do tych facetów był Mat, który szalał, szczekał, warczał i prawie nie mogliśmy go utrzymać. Nawiasem, Matu wstręt do nawet cywilnie ubranych ubeków pozostał na całe jego psie życie. Orek został osadzony w „białym domu” a my, szczególnie Mama, byłyśmy przerażone. Nazajutrz okazało się, że została aresztowana „grupa”, a więc i gorzej i lżej. Zaczęły się mozolne zabiegi o wyjaśnienie, znalezienie „dojść”, wybłaganie. W grupie rodziców aresztowanych były prawie same matki, wdowy. Jedynym ojcem był pan Mocarski. Mimo intensywnych zabiegów chłopcy spędzili w UB około miesiąca. O „luksusach” pobytu (30-tu więźniów w 20-metrowym pomieszczeniu na gołym klepisku), lęku przed nocnymi przesłuchaniami, biciu, – nie mnie mówić. W końcu, po poręczeniu rodziców i szkoły, towarzystwo wróciło do domów i do nauki. Zdaje się, że w szkole poza koniecznością nadrobienia materiału, nie spotkały ich dotkliwsze sankcje. Mamę kosztowało to zdarzenie parę lat życia. Wprowadziła różne obostrzenia w wyjściach mojego brata, co się zowie latawca. Ale on tak to zwykle „wymotał”, że po prostu stale i tak nie było go w domu, a co gorsza, nie wracał o umówionej porze. Mama szalała z niepokoju. Ale do dziś nie zrozumiałam, czemu wysyłała mnie, trzynastolatkę, na poszukiwanie go u bliżej niesprecyzowanych kolegów w środku nocy? Te poszukiwania (latarnie w Łomży w owym czasie były ewenementem), po starych, cuchnących bramach, koślawych schodach... Wracałam mokra ze strachu, czasem z Orciem, czasem bez. Matura się odbyła, mój brat zdał ją znakomicie, lecz tu zaczęły się schody. Byli aresztanci zostali wyposażeni przez „władzę” w „wilcze bilety”. Była to instytucja piętnowania osobnika, który z jakichś względów był niewygodny. I mimo dobrych ocen, znakomicie zdanych egzaminów, nie dostał się na wymarzoną medycynę. I pewnie skończyłby szkołę felczerską, jak Zenek Mocarski, gdyby nie Charon, który wyśnił się cioci Marysi. Ciocia Marysia była siostrą cioci Nusi Wysłouchowej. Po więzieniu na Pawiaku – bardzo schorowana, więc choć młoda – przykuta do łóżka. Mieszkała u stryjostwa na Rakowieckiej i choć unieruchomiona, była duszą spotkań, zawsze wiedziała co się dzieje, bardzo ciekawie umiała mówić. Ponieważ cała rodzina martwiła się studiami Orka, więc myślała o tym i ciocia Marysia. Po jakimś czasie oznajmiła, że przyśnił się jej mąż jakiejś dalszej znajomej i że musi go koniecznie zobaczyć, bo ten człowiek pomoże Orciowi dostać się na studia. Oczywiście reakcja stryjostwa była kpiąco-niedowierzająca, a i sama ciocia mówiła, że nie wie, skąd to mocne przekonanie. Dla świętego spokoju facet został „dostarczony” cioci. Tak pojawił się w życiu Orka i w pewnym sensie reszty rodziny Charon, przezwany tak przez ciocię na pamiątkę mitycznego przewodnika dusz do Hadesu. Był to człowiek o którym niewiele było wiadomo, a przypuszczano, że może funkcjonariusz UB. Zarządził całkowite podporządkowanie Orka swoim zaleceniom, między innymi nakazał mu zatrudnić się jako robotnik fizyczny na budowie. W ankiecie personalnej musiało być napisane, że jest robotnikiem. Nie bez znaczenia miała być opinia z miejsca pracy. Więc pracował na budowie a poza tym miał czekać. „Charon” zastrzegł, że nie gwarantuje miejsca studiów ani kierunku, ale na pewno go wciśnie. Po jakimś czasie wcisnął do Lublina na weterynarię. Był już grudzień, a więc prawie koniec semestru – nie miał więc łatwo, ale poradził sobie i to całkiem dobrze. Tak w wyniku splotu wypadków, sytuacji politycznej i możliwości „Charona” został weterynarzem. Najdziwniejsze w tej historii (poza snem cioci Marysi) było to, że „Charon” nie żądał pieniędzy, co wydawać by się mogło oczywiste. Chciał tylko zwrotu niewygórowanych kosztów, jak przejazdy, nocleg, obiad. W dowód wdzięczności podarowała mu Mama jedną z niewielu pozostałości przedwojennych – aparat fotograficzny Kodak. W międzyczasie zostałam absolwentką szkoły podstawowej, a następnie zdałam egzamin do liceum. I nie zdawałam sobie wtedy sprawy, że za progiem stoją najpiękniejsze chwile mego życia. Gimnazjum i Liceum im. Tadeusza Kościuszki przy ul. Bernatowicza: szkoła i jej otoczenie zrobiły na absolwentce podstawówki z Giełczyńskiej ogromne wrażenie. Po okropnych, obskurnych pomieszczeniach, klatkach schodowych, koszmarnych ubikacjach w podwórzu, wrzasku, ścisku – przestrzeń, estetyka wnętrz i otoczenia, cisza i ład. Szkoła po zniszczeniach wojennych była systematycznie odbudowywana, więc w roku 1951 była nieczynna tylko piękna aula i paradne. Jasne, obszerne klasy, szerokie korytarze, pracownie, biblioteka, szatnie, łazienki. To dopiero luksus! Również otoczenie było bardzo przyjemne – ogromny dziedziniec obsadzony topolami, róże na rabacie, ogródek doświadczalny, basenik przeciwpożarowy... Szkoła miała opinię ambitnej i wymagającej. Faktem jest, że zespół nauczycielski składał się z bardzo dobrych, przedwojennych nauczycieli. Stąd nowo upieczony gimnazjalista podchodził do szkoły z szacunkiem i poniekąd nabożeństwem. Pociechą były koleżanki z podstawówki, a przede wszystkim Marysia Kondratowiczówna, zwana wtedy przez nas Mańcią. Ale tu od początku zaczęła się rozpacz – Marysia chciała chodzić do klasy z językiem niemieckim, ja też. A Mama nie chciała nawet o tym słyszeć, uparła się na klasę łacińską i ani rusz, bo wiedziała lepiej (i pewnie tak było). A więc musiałam rozstać się z moją kochaną Mańcią. Bardzo to przeżywałyśmy, ale przerwy były nasze! W jej klasie była też Marysia Gałązkówna, zwana Gęsią. Po krótkim czasie byłyśmy już nierozłączne we trzy. Z nikim, nigdzie i nigdy nie czułam się tak wspaniale, jak wtedy z nimi. To była fantastyczna przyjaźń. Zawsze, w każdej wolnej chwili byłyśmy razem, w szkole i po szkole. Zawsze miałyśmy coś ciekawego do zrobienia lub omówienia. Nasze ulubione zabawy nazwałabym dziś „literackimi”. Polegały na czymś w rodzaju wcielania się w postaci z powieści, głównie historycznych, lekkim parodiowaniu, dodawaniu nowej akcji lub całkowitym jej przekręcaniu. Wszystko zaczęło się od „Starej baśni”, która choć lektura, była dla nas zbyt dziecinna. Potem chyba „Puszcza”, no i ukochana przez nas Trylogia, którą fragmentami znałyśmy na pamięć. O ile pamiętam, Mickiewicz też nie był oszczędzany, ballady były bardzo malownicze, a „Pan Tadeusz” dawał wielostronne możliwości. Większość wolnego czasu spędzałyśmy w parku, w lesie, na łączących nasze domy łąkach, w naszym ogrodzie na wierzbie, często u obu Maryś, które miały normalne mieszkania. Lubiłyśmy też przebywać w ogrodzie Gęsi na wspaniałych wiśniach lub innych smakołykach serwowanych szczodrze przez panią Gałązkową. Obie Marysie były wspaniałymi sportsmenkami, ja – fajtłapa. Z zacięciem im kibicowałam w wyczynach lekkoatletycznych, a one samorzutnie i bez wynoszenia się swoją sprawnością mnie „podciągały”. Choć tego nie potrzebowały, chodziły ze mną na zajęcia popołudniowe organizowane przez „Werka”, czyli pana Werczyńskiego. No i zrobiły ze mnie może nie orła, ale już mniejszą niezdarę. Wspaniale jeździły na łyżwach i nartach. Wyczyniałyśmy cuda, by wtłoczyć moje nogi w mniejsze buty łyżwiarskie którejś z nich. Innym pamiętnym dla mnie sposobem spędzania czasu były wyprawy w trójkę na jednym damskim rowerze. A odbywało się to tak, że jedna z Maryś stała na pedałach pedałując, druga utrzymywała równowagę wehikułu balansując na siodełku, a ja, najmniej sprawna fizycznie, siedziałam na bagażniku. Rowerem zwykle wybierałyśmy się na dalsze wyprawy, najczęściej do Lasu Jednaczewskiego. To były cudowne, beztroskie czasy! Wspaniałe, mądre, radosne dziewczyny, i za to je kochałam wtedy i kocham teraz. Nigdy nie zdarzyło się nam pokłócić ani obrazić na siebie. Nauka w nowej szkole dzięki pozytywnemu nastawieniu przebiegała dobrze. Bezapelacyjnym liderem w ocenach była Marysia Kondratowiczówna, stale okupująca pierwsze miejsce na tzw. „tablicy przodowników”, tylko czasem dzieląc je ze Stefanem Mikulikiem z klasy o rok wyższej. Ale i mnie dość często zdarzało się tam „wisieć”, aczkolwiek nie na tak eksponowanym miejscu. Po pierwszym roku nauki Marysia zdecydowała przejść do klasy łacińskiej, czyli mojej. Byłyśmy więc znowu razem, a Gęś została w klasie niemieckiej. W dalszym ciągu przebywałyśmy razem, ale jakoś powoli zaczęły się nasze kontakty rozluźniać. Serdeczne i bliskie przetrwały jeszcze pierwsze lata studiów. Potem – kamień w wodę. Zagubiłyśmy gdzieś w wirze życia naszą kochaną Gęś. W dziewiątej klasie zaczęła się zarysowywać nasza „paczka”. Były to: Elka i Baśka Żywickie, Mańcia i ja, Alka Barbachowska i Cześka Truszkowska. A naszą wychowawczynią, ku mojej rozpaczy, została Mama, czyli Janina Wysłouch. No i się zaczęło. Wszelkie niepopularne sprawy jak „czyny”, dyżury, kary za ekscesy klasowe, spadały w pierwszym rzędzie na mnie, potem na Mańcię, następnie na dziewczyny z paczki. Rozumiałam to (o mój Boże, ile kiedyś człowiek musiał rozumieć!), ale byłam zbuntowana. Natomiast jako nauczycielka i wychowawczyni – Mama była wspaniała. Doskonale potrafiła utrzymywać dyscyplinę, bez widocznych o to zabiegów. Po prostu miała niekwestionowany autorytet. Wspaniale też prowadziła lekcje, a wykłady były wręcz pasjonująco ciekawe. Wtedy też doszła do programu naszych parodii jeszcze jedna. Zdawałyśmy sobie sprawę, że to nie bardzo w porządku, że przedmiotem naszych drwin jest…nauka historii. Nie nauczycielka, nie fakty, ale durny, ogłupiający sposób przekazu skonstruowany jak „Fala 49”, by zamącić w głowach. Tłumaczony z rosyjskiego podręcznik niesławnej pamięci Gałkina i Jefimowa, to był istny bełkot. Mógł być pierwowzorem dla najbardziej szmatławej literatury brukowej, gdyż w znacznej części podawał plotki i pomówienia oraz pikantne szczegóły dotyczące postaci historycznych. I to był symptom tamtych czasów, który odczuliśmy na własnej skórze, płacąc „niedouctwem” historycznym. Bardziej odważni nauczyciele, jak pani Jagoda Dąbrowska, prowadzili wykłady niezależnie od obowiązującego podręcznika. Niestety, nasza nauczycielka nie miała tych przymiotów. Więc wyszukiwałyśmy smakowitsze kąski i cytowały przy odpowiedzi ku wściekłości nauczycielki i uciesze klasy. Moją uwielbianą nauczycielką była pani Helena Mazur. Była wymagająca, raczej oschła, dowcipna. Moją ambicją było być dobrą z fizyki i astronomii – i byłam. Obie z Marysią lubiłyśmy się kręcić koło niej i pracowni fizycznej, a nawet odwiedzałyśmy ją dosyć często w domu. Lubiłam tez bardzo pana Dzieniszewskiego, zwanego „Kazikiem”. Uczył nas łaciny i logiki. Łacina mi się i owszem, podobała – opisy starożytnego Rzymu, obyczajów Rzymian, śpiewne, melodyjne heksametry i inne jamby. Wspaniałe, mądre przysłowia. Z początku byłam bardzo dobra, potem dobra, w końcu dobra – naciągana. Narobiłam sobie „dziur” w materiale i jakoś ku „Kazika” i mojemu rozczarowaniu nie nadrobiłam ich. Za to logika była moim niekwestionowanym królestwem. Uwielbiałam jej zawiłości i ich rozwikływanie. A „Kazik” był ze mnie dumny i ogromnie chwalił mój zmysł logiczny. Nauczycielką matematyki była pani Maria Wierzbicka, zwana „Rumbą”. Świetnie uczyła, jak przystoi matematyczce – konkretna i konsekwentna. Młoda i przystojna kobieta. Miałam z nią dobre układy, bo byłam nienajgorsza, aczkolwiek zdarzały mi się kłopoty z powodu gapiostwa, dla którego bywała bezlitosna. Ale prawdziwą jej sympatią była Marysia, której matematycznym umysłem i wspaniałymi pracami „Rumba” się szeroko zachwycała. Rzeczywiście, była zawsze „korbą” z matematyki. Dyrektorem szkoły był pan Józef Kiełczewski. Odnoszę wrażenie, że umiał docenić dobrych nauczycieli (zespół skompletowany jeszcze przez panią Osiecką), a nawet ich chronić swoją mocno partyjną pozycją. Dbał też o szkołę i jej dobry wizerunek, często sprowadzał do szkoły zespoły „Artosu” – były to recytacje, pieśni, fragmenty przedstawień. Wtedy poznałam wiele wielkich sław – śpiewaków, muzyków, aktorów. Życie towarzyskie oprócz spotkań naszego „trio”, wzbogaciło się i poszerzyło o dziewczyny z paczki, a także o kolegów z klas męskich. Zaczęłyśmy też bywać na zabawach szkolnych, a nawet na pierwszych prywatkach. Pretekstem do spotkań w większym gronie były różne zajęcia dodatkowe, jak biblioteka, „Artos”, szkolne przedstawienia amatorskie. Poza przyjemnością płynącą z tych imprez, spotykało się chłopców i czasem wracaliśmy paczką, a czasem jakiś dżentelmen odprowadzał do domu, bo ciemno i późno. Bywały też wspólne spacery w malowniczym i zadbanym parku. I spotkania latem nad Narwią, a zawsze schodziliśmy się przy ruinach żelaznego mostu. Ale Narew była cudna: brzeg wysoki, dobra plaża, wspaniała woda, pięknie zarośnięte brzegi w otoczeniu łąk. I wyspa, gdzie obficie kwitły niezapominajki. Lubiłyśmy też chodzić do lasu wysoką groblą obsadzoną gęsto wierzbami, otoczoną niskimi polami torfowymi, na których wiosną było żółto od kaczeńców. Las wysoki, piaszczysty, z sosnami o fantastycznych kształtach. Aromat, nastrój, romantyzm, nadzieje. Tak nadeszła klasa dziesiąta. Moim najbardziej wytrwałym wielbicielem był Stefan. Miły, inteligentny, pracowity chłopak, do tego przystojny. Bardzo go lubiłam. Nigdy sama nie mogłam pojąć dlaczego tylko lubiłam. Uczynny, zawsze obok, chętny do pomocy. Był w klasie o rok wyższej. Z nim kojarzą mi się moje czasy zetempowskie, bo był szkolnym aktywistą. Otóż Mama doszła do wniosku, że muszę zapisać się do ZMP, żeby dostać się na studia i nie mieć takich przebojów jak Orek. A z Mamą nie było dyskusji, więc po pewnych oporach zapisałam się. Czasem Stefan zabierał mnie na jakieś „zadania” koszmarnie długie i nudne, zapewne dla towarzystwa. Ze Stefanem długo utrzymywałam serdeczne, ciepłe kontakty. Wkrótce wszyscy chłopcy przestali się liczyć jako potencjalni wielbiciele, bo zakochałam się w Marku. Był niski, krępy i właściwie brzydki. Miał bardzo oryginalny sposób bycia i niezwykłą inteligencję. Był dobrze wychowany i miał głęboko zakorzenione poczucie przyzwoitości. Truizmem byłoby mówić, jaki piękny stał się wtedy świat. Spotkania, z początku przy okazji szkolnych imprez, z czasem prywatki w gronie naszej paczki poszerzonej o sympatie. Potem randki, sprowadzające się do spacerów, niezależnie od pogody. Do dziś pamiętam zamarzanie przy pełni księżyca na Obwodówce, jednej z ulubionych tras. No i oczywiście Las Jednaczewski, Ogród Spacerowy, Szosa Zambrowska. Prywatki nabierały intensywności, czasem poszerzał się ich skład. Były to czasy bardzo prymitywnych adapterów o płytach szybkoobrotowych, często zawierające po jednej melodii (ale co to były za melodie!). Niewielu posiadało to cudo techniki, które w sytuacji prywatki musiało być nieustannie obsługiwane. Zwykle więc po pewnym znużeniu obsługą stale psującego się adaptera, przerzucaliśmy się na radio, w którym super-hitem była Orkiestra Cajmera. Niestety, Cajmer bywał nadawany dosyć rzadko, częściej reportaże z walki o plan lub przemówienia pierwszego sekretarza. Ambitni, a do nich należał też Marek, usiłowali „łapać” Radio Luxemburg, ale zwykle ograniczało się to do długiego szukania i trzasków, ze względu na zagłuszanie stacji zachodnich. Liryczne przeżycia nieco mi przesłoniły szkołę, uczulając na poezję. Wtedy po raz pierwszy zetknęłam się z Wisławą Szymborską, której młodzieńcze wiersze pamiętam do dziś. Rodzice Marysi w międzyczasie kupili dom z pięknym ogrodem i przeprowadzili się ze starego mieszkania w kamienicy na Ostrołęckiej. Też był na Ostrołęckiej, dokładnie naprzeciwko naszego, jakieś 200 m w linii prostej. Łączyła je miedza między polami i ciągnący się między nimi szpaler bzu. Od tej pory najczęściej spotykałyśmy się u Marysi, bo miała swój pokój, wspaniały ogród, a jej rodzice patrzyli na mnie przychylnie. Zresztą oboje uwielbiali Marysię. Byli z niej dumni, bo i najlepsza uczennica w szkole, lubiana i chwalona przez nauczycieli i kolegów, świetna lekkoatletka, na dodatek ze wspaniałym poczuciem humoru. Do tańca i do różańca – wszystkim nam się wydawało, że los szykuje jej życie po różach. Niestety, czasem w różach jest więcej kolców niż kwiatów. W dziesiątej klasie nasza „paczka” powiększyła się o Halinę Sadowską, która przyszła do nas z Ełku. Dość wysoka, ładna i nosiła wąskie spódniczki, co w naszej szkole nie było mile widziane. Była już wtedy narzeczoną, co budziło w nas wielkie zainteresowanie, podziw, a może i trochę zazdrości. Szalenie ekspresyjna, otwarta i gadatliwa. Natychmiast została zaakceptowana, bo po prostu oświadczyła, że chce być naszą przyjaciółką. Jej narzeczeństwo pękło bardzo szybko, bo zakochała się w koledze z klasy równoległej. Elka Żywicka w paczce była moją najbliższą przyjaciółką, oczywiście po Marysi. Doskonale wtedy rozumiałyśmy się. Niewysoka, bardzo ładna i zgrabna. Żywa jak srebro, wesoła, pełna humoru i inteligencji. Świetna uczennica i też sportsmenka. Bardzo w niej ceniłam odwagę; potrafiła powiedzieć każdej z nas nawet nieprzyjemną, ale jakże potem prawdziwą i ważną uwagę. Umiała przyznawać się do własnych błędów, niezależnie od konsekwencji. Ceniłam ją też za wrażliwość, gotowość niesienia pomocy, rady. Bardzo też lubiła „psie figle”, za które wielokrotnie obrywała. Baśka Żywicka, stryjeczna siostra Elki, była wysoką, smukłą dziewczyną. Już wtedy było jasne, że będzie bardzo efektowną, elegancką kobietą. Każda najgłupsza szmatka na niej miała niepowtarzalny szyk. Ze względu na rozliczne talenty sportowe, była ulubienicą pana Werczyńskiego. Wspaniale grała na pianinie, harmonii i innych instrumentach, była więc często i może nadmiernie wykorzystywana jako „orkiestra” i w szkole, i na prywatkach. Miała wiele talentów plastycznych i zawsze potrafiła zrobić coś z niczego. Była nieformalną przywódczynią paczki, a jej pomysły zawsze były chętnie akceptowane. Dziś powiedziałabym, że miała charyzmę. Alka Barbachowska była z nas najbardziej stateczna. Stosunkowo też najluźniej związana, bo przyjaźniła się też z innymi kółkami. Alka była miła i ładnie śpiewała – miała piosenek zasób ogromny. Lubiłam słuchać jej nucenia. Cześka Truszkowska mieszkała w internacie i pamiętam, że miewała mnóstwo kompleksów na tle swej urody, która zresztą nie pozostawiała nic do życzenia. Chyba najmniej udzielała się towarzysko, najszybciej też zginęła nam z pola widzenia. Nadeszły wakacje. Ostatnie beztroskie wakacje przed „dorosłością”, przynajmniej formalną. Perspektywa wyjazdu Marka na uczelnię. To piękne, upalne lato chcieliśmy spędzić tak, jakby było ostatnie. I było – w pewnym sensie. Pamiętam je jako bardzo intensywne, barwne, pełne spotkań, prywatek, wspólnych wypraw. I pożegnań. Klasa jedenasta – pustka, oczekiwanie na listy i przyjazdy. Z czasem listy przychodziły coraz rzadziej, a kontakty stawały się oficjalne – z bólem serca trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy i przeżyć. Jedną z najbardziej atrakcyjnych imprez tego roku była studniówka. Nasza paczka uczestniczyła w koncepcji, strojeniu, układaniu menu. Szykowaliśmy swój pierwszy poważny bal. Nie rodzice potrząsając kiesą, ale my. Owszem, rodzice piekli, gotowali, co kto mógł. I tu muszę wspomnieć o babci Marysi, pani Bronisławie Witkowskiej. Przygotowała nam większość potraw i wypieków i to jak wspaniałych! Była to już starsza kobieta (lub mi się taką wydawała), której mimo ciągłych pobytów u Marysi, nigdy nie widywałam przy pracy. A prowadziła cały ich dom, zajmowała się nie tylko kuchnią, ale wszystkim co w domu jest do zrobienia. Myśląc o czasach bez pralek, lodówek i odkurzaczy, wydaje mi się to dziś zupełnie niewiarygodne. A o ich rodzinie, jak ją znałam, nie można było powiedzieć, że jest niewymagająca. Cicha, zawsze na uboczu babcia musiała być geniuszem organizacji. Bal się zbliżał, a ja miałam problem. Problem co prawda miałam i bez studniówki, ale wobec pięknych kreacji moich koleżanek, stawał się okropny. A był banalny – nie miałam się w co ubrać. I nie było to czcze „gadanie”. Moja eksploatowana od szóstej klasy spódniczka od marynarskiego mundurka, wielokrotnie i do granic możliwości odkładana, zrobiła się zbyt krótka, a poza tym na „odłożeniach” przetarta. Elegantszej bluzki też nie miałam, tylko nieliczne „dzieła” panny Gieni, domorosłej krawcowej, naszej sąsiadki. Mama obiecywała, że coś sprawi mi na studia, ale o przyśpieszeniu nie chciała słyszeć. Na co dzień nosiłam fartuch, a pod nim byle co. Ale imprezy? Choć daleka od kompleksów, przynajmniej w innych kwestiach, w tej nie mogłam ich uniknąć. Propozycje pani Kazi Falkowej (podsłuchane), że coś mi uszyje, spotkały się ze stanowczą odmową Mamy. I tu z pomocą przyszła mi moja ukochana pani Stasia Święcicka. Jej mogłam się wypłakać bez obaw o niedyskrecję. Obejrzała swoją garderobę, przymierzyłyśmy i nie muszę mówić, jak byłam zachwycona. Obie nurtował nas niepokój, jak przekonamy Mamę. Pani Stasia obiecywała dołożyć starań, ale zdawałyśmy sobie sprawę, że proste to nie będzie. No i oczywiście, pierwsze było stanowcze „nie!” Jak w końcu udało się jej przemóc opór Mamy – sama nie wiem, ale jakoś z czasem się udało. Biedna, łagodna pani Stasia dostała za swoje dobre serce wiele ostrych wymówek. I nigdy jej tego nie zapomnę, póki mego życia. No i nadszedł oczekiwany bal. Pięknie wystrojona w elegancką spódniczkę i śliczną bluzkę pani Stasi, postanowiłam się dobrze bawić i nie tęsknić za nikim. Sala była ładnie i dowcipnie udekorowana, kolacja elegancka, dziewczyny jak zwykle kochane, wielu chłopców do tańca. Bawiłam się świetnie i wesoło. Pogoda była śnieżna i mroźna, powrót w scenerii bajkowej. I tak minęło ostatnie zdarzenie, jeszcze odwracające myśli od matury. Tej zimy zawarłam nową, interesującą znajomość. Roman był znajomym Państwa Falków – wysoki, przystojny brunet i… miał 28 lat. Umiał robić wrażenie na siedemnastolatce! Podawał płaszcz, całował w rękę, przynosił kwiaty, z rewerencją odprowadzał do domu. Znał mnóstwo wierszy, pięknie śpiewał, robił zdjęcia. Nie narzucając się, zagospodarowywał cały mój wolny czas. A ja byłam mu wdzięczna i dumna, że taki wyjątkowy mężczyzna ma dla mnie czas. Gdy wyjeżdżałam do Wrocławia, polecił mnie opiece swego brata, który tam studiował. Elegancja jego sposobu bycia i bezinteresownych, miłych gestów zawsze była dla mnie niezapomnianym wzorem, któremu mało kto umiał dorównać. Matura była coraz bliżej, moje nerwy coraz bardziej napięte, przerażenie rosło. Nigdy przedtem ani potem nie przeżywałam tak żadnego egzaminu. Uczyłam się jak wariatka, dzień i noc. Nawet Mama usiłowała mnie oderwać i rozerwać. Próżny trud, uczyłam się jak w transie, do granicy możliwości zapamiętywania i rozumienia. Wydawało mi się zupełnie niemożliwe, bym zdała maturę. Miałam bardzo dużo czasu do egzaminów ustnych jako osoba na „W”. W roku 1955 wyglądało to tak, że wszyscy zdawali pisemnie polski i matematykę, a potem, według alfabetu, sześć przedmiotów niezależnie od wyników egzaminu pisemnego. A więc: polski, matematyka, fizyka, biologia, historia i nauka o Konstytucji, czyli nauki polityczne. Polskiego, matematyki i fizyki bałam się z rozsądkiem – ale trzy pozostałe, które praktycznie leżały odłogiem – napawały mnie lękiem przed totalną kompromitacją. I do tego okropnie długi czas oczekiwania! Moje koleżanki z początku alfabetu zdawały o około miesiąc wcześniej. W końcu nadszedł ten oczekiwany i straszny czas (dwa dni) – zdałam – i koszmar się skończył. Teraz miałam na głowie następne zmartwienie – egzamin na politechnikę. W moim przypadku wybór kierunku studiów nie był oczywisty. Jako osoba zdolna, ale bez sprecyzowanych zainteresowań, miałam poważny dylemat. Marzyła mi się historia sztuki (nie wiem skąd, gdyż w warunkach łomżyńskich i zgrzebnej biedzie, o zbratanie ze sztuką nie było łatwo), ale ten pomysł odrzuciłam samokrytycznie, jako kompletnie pozbawiona zdolności plastycznych. Z tego samego powodu odrzuciłam myśl o architekturze. Doszłam do wniosku, że jedyne co mogłabym studiować z przyjemnością, to historia. I jak zwykle, jak zwykle kategorycznie, na tym etapie w moje rozważania wkroczyła Mama. Wyłożyła mi cienie domniemanej a wielce prawdopodobnej pracy nauczycielskiej, do tego w przedmiocie nieobojętnym politycznie. Niestety, musiałam jej przyznać rację i myśleć dalej. Moja Marysia nie miała podobnych dylematów – od dawna planowała studia na budownictwie. Pan Kondratowicz też twierdził, że jak świat światem, ludzie zawsze budują domy lub inne szopy, więc się w tym zawodzie nie zginie. No, to naprzód na budownictwo! I to razem z Marysią, do Warszawy. W maju było składanie „papierów”, więc złożyłam, nie przypuszczając, że i to się Mamie nie spodoba. Jak się okazało, wybrała już dla mnie fach, a była to chemia. Bardzo się z Mamą pokłóciłam, a ona roztoczyła przede mną sielankowy obraz czystego, ciepłego laboratorium, z dala od polityki, w przyszłościowej dyscyplinie nauki i przemysłu. Żeby wytrącić mi argumenty o nudzie i trudzie, umówiła mnie na cykl spotkań z panem Anatolem Falko. Rzeczywiście, bardzo ciekawie umiał przekazywać wiedzę i nieco rozwiał moje obawy, że nigdy w życiu nie polubię chemii. Tak więc moje podanie na Politechnikę Warszawską zostało wycofane, a złożone na Wydział Chemii Politechniki Wrocławskiej. Tyle miałam wtedy prawa do robienia własnych błędów. Zaraz po maturze zostałam wysłana przez kolegium rodzinne Mama – stryj Sewer na kurs przygotowawczy na Politechnikę Wrocławską. Akurat nie miałam nic przeciwko temu, bo i powtórka, poznanie wykładowców i uczelni. Na kursie było bardzo sympatycznie, poznałam mnóstwo przyszłych studentów i ciekawe miejsca Wrocławia. Egzamin się odbył, zostałam przyjęta. Po powrocie do Łomży było jeszcze trochę czasu na odpoczynek z moimi kochanymi dziewczynkami, no i na uszycie obiecanej „wyprawy”. Była to ładna, niebieska sukienka z bolerkiem, bluzka i spódniczka. Razem z prezentem od cioci Nusi złożonym ze spódniczki i bluzki, było to takie zatrzęsienie ciuchów, że nie wiedziałam, jak sobie poradzę z decyzją „w co się ubrać”. Tak wyposażona, z garścią nadziei, dużą dozą optymizmu, strachem przed nieznanym – ruszyłam na podbój wielkiego miasta.Anna Ostrowska

 
 
4lomza.pl Regionalny Portal Copyright © Speed s.c. 2005r - 4too v.1.0

W celu świadczenia przez nas usług oraz ulepszania i analizy ich, posiłkujemy się usługami i narzędziami innych podmiotów. Realizują one określone przez nas cele, przy czym, w pewnych przypadkach, mogą także przy pomocy danych uzyskanych w naszych Serwisach realizować swoje własne cele i cele ich podmiotów współpracujących.

W szczególności współpracujemy z partnerami w zakresie:
  1. Analityki ruchu na naszych serwisach
  2. Analityki w celach reklamowych i dopasowania treści
  3. Personalizowania reklam
  4. Korzystania z wtyczek społecznościowych

Zgoda oznacza, że n/w podmioty mogą używać Twoich danych osobowych, w postaci udostępnionej przez Ciebie historii przeglądania stron i aplikacji internetowych w celach marketingowych dla dostosowania reklam oraz umieszczenia znaczników internetowych (cookies).

W ustawieniach swojej przeglądarki możesz ograniczyć lub wyłączyć obsługę plików Cookies.

Lista Zaufanych Partnerów

Wyrażam zgodę