Klasycy thrashu zagrali w Łomży
Legendarny Destroyers zagrał po raz pierwszy w Łomży. Był to dopiero szósty koncert bytomskiej grupy po ubiegłorocznej reaktywacji, w dodatku jedyny w północno-wschodniej Polsce. Debiutancki album „Noc królowej żądzy” został zagrany w całości, co też nie zdarza się często, zabrzmiały także wszystkie utwory ze splitu „Metalmania '87” i premierowa „Czarna śmierć”. – Jesteście wspaniałą publicznością, taka nie zdarza się często! – podkreślał wokalista Marek Łoza, który zszedł pod koniec koncertu do fanów i śpiewał razem z nimi, często oddając im mikrofon, a towarzyszyli mu obaj gitarzyści.
Ostatnimi laty w Łomży dość często grają legendy polskiego thrashu lat 80., by wymienić tylko Turbo, Wolf Spider czy Romana Kostrzewskiego i jego inkarancję zespołu Kat. Teraz w klubie PopArt MDK-DŚT zagrał bytomski Destroyers: zespół założony w roku 1985, mający na swoim koncie wiele koncertowych sukcesów. Dyskografię grupy otwiera koncertowy split „Metalmania '87” dzielony z Hammer, w roku 1989 ukazał się, wydany również na Zachodzie i w tej wersji bardzo poszukiwany przez kolekcjonerów, longplay „Noc królowej żądzy”, a po dwóch latach pożegnalny „The Miseries Of Virtue”. Thrash był wtedy jednak w odwrocie, dominował grunge i w roku 1994 grupa rozpadła się. Nieoczekiwanie reaktywowała się rok temu, dzięki inicjatywie fana Dawida Walkowiaka oraz organizatora cyklicznego Helicon Metal Festival Pawła Kowalewskiego, który obecnie jest menedżerem Destroyers. Powrotny koncert w Warszawie wypadł na tyle dobrze, że zespół postanowił grać dalej, wracając do pełnej aktywności po blisko 25 latach.
– Po tym reaktywacyjnym koncercie Wojtek (Zięba – perkusista) zapytał czy idziemy w to dalej, a ponieważ spodobało nam się, nie było innej opcji – mówi Marek Łoza. – Na razie mamy jeszcze optymizm, chociaż widzimy, że realia są teraz inne. Wiadomo, każdy chciałby grać dla pełnych sal, szczególnie jeśli na tym nie zarabiamy, a nawet dopłacamy, ale obecna scena wygląda jak wygląda.
Było to widoczne również podczas łomżyńskiego koncertu, na którym pojawiło się około 40 fanów Destroyers – większość przyjezdnych, z Moniek, Siemiatycz, Ostrołęki czy Białegostoku. Dziwi to tym bardziej, że był to jedyny koncert zespołu w północno-wschodniej Polsce od lat, bliższy zaplanowano jeszcze tylko na następny dzień w Warszawie. Ten łomżyński był jednak wyjątkowy, bo ostatni w ramach celebracji 30-lecia płyty „Noc królowej żądzy”, która została odegrana praktycznie w całości. „Zew krwi”, „Caryca Katarzyna”, „Królestwo zła”, utwór tytułowy czy „Bastard” porwały fanów, od nastolatków do panów 60+ do szaleńczej zabawy.
– Taka była idea, żeby grać w całości „jedynkę”, bo obchodzimy tym roku jej 30-lecie – mówi Marek Łoza. – Dochodziliśmy do tego stopniowo, nawet po pierwszym koncercie zarzucano nam, że zagraliśmy wtedy dosłownie kilka utworów. Mieliśmy jednak, póki młodzi koledzy nie doszli, problemy z gitarzystami, bo Adam w Niemczech, Waldek ciągle gdzieś w rozjazdach, a próby w pełnym składzie można było policzyć na palcach jednej ręki – zwykle byliśmy na nich we trzech, z basistą Wojtkiem Szyszko. A czytałem wywiad z Wojtkiem Hoffmannem, jak robili trasę na 30-lecie „Kawalerii szatana” i mówił tam: to nie takie proste, tyle lat tego nie graliśmy, musimy zrobić ileś prób. I to mówił człowiek nie wypuszczający gitary z ręki, a co mowa o nas, którzy nie grali przez dobre 25 lat? Gramy więc coraz lepiej, chociaż ciągle źle, staramy się dogonić naszych młodych kolegów – zespół dzięki nim bardzo zyskał – nie chcę obrażać starszych, ale takich gitarzystów nie mieliśmy chyba w składzie nigdy.
Dominik Dudała i Tomasz Owczarek faktycznie imponowali zgraniem i umiejętnościami, nie tylko w tych zaawansowanych technicznie thrashowych kompozycjach, ale też w bliższych tradycyjnemu heavy „Bastionach śmierci”, „Młocie na świętą inkwizycję”, „Krzyżu i mieczu” czy „Czarnych okrętach”. – Teraz naszym celem jest nagranie w przyszłym roku nowej płyty – zapowiada Marek Łoza. – Ten materiał jest już praktycznie gotowy, z czego teksty ma już pięć utworów, trzeba więc napisać jeszcze tylko trzy, bo planujemy zamieścić na tym albumie osiem kompozycji. Chcemy ją nagrać w maju, a wydać we wrześniu, bo latem nie ma to większego sensu.
Jedna z nowych kompozycji „Czarna śmierć” jest już grana na koncertach, a w Łomży fani przyjęli ją entuzjastycznie. – To jeden z pierwszych nowych utworów, które zrobiliśmy – wyjaśnia Marek Łoza. – Myśleliśmy o jeszcze jednym premierowym utworze, ale nie jest on jeszcze całkiem ograny. Poza tym nie chcemy za bardzo odkrywać nowej płyty, żeby ktoś, kto ją kupi został później wgnieciony w fotel, stwierdził, że to jest dobre i miał efekt zaskoczenia.
Supportem przed Destroyers było białostockie trio Lucille, grające energetyczny thrash w germańskim wydaniu, inspirowany dokonaniami wczesnych Destruction czy Sodom, z klasycznym utworem „Agent Orange” tej grupy na finał.
Wojciech Chamryk