Przejdź do treści Przejdź do menu
sobota, 31 lipca 2021 napisz DONOS@

Łomżyniak Mieczysław Bruszewski walczył w Powstaniu

Główne zdjęcie
Mieczysław Bruszewski

„Myśl o kolegach, którzy tkwią w tej chwili przy włazie do kanału, aby opuścić wreszcie piekło, w którym przebywali przez tyle koszmarnych dni, wreszcie odpowiedzialność za ich bezpieczeństwo nie pozwala na sen. Kolegów zawieść nie można... Walka z głodem to dużo łatwiejsza sztuka” - tak sierpień i wrzesień 1944 przeżywał w Powstaniu Warszawskim 22-latek, a dziś 96-letni łomżyniak Mieczysław Bruszewski, ps. „Pudel”, którego konspiracyjna wsypa w Łomży zmusiła do ratowania się ucieczką do stolicy. Prezentujemy opowieść sprzed około 70 lat. „Niemcy już nie dają ani chwili spokoju, atakują coraz bardziej natarczywie. Kto wie, może już wiedzą o postanowieniu naszego dowództwa, o wycofaniu wszystkich sił ze Starówki. Różni, niepewni ludzie mogli zdradzić”.

Z własnych dramatycznych przeżyć, spostrzeżeń i przemyśleń ówczesny plutonowy podchorąży „Pudel” stworzył wspomnienie, które czyta się z zainteresowaniem, ponieważ przedstawia obraz walk powstańczych i codziennego losu cierpiącej, krwawiącej i mordowanej Warszawy. Poznajemy pierwsze dni września 1944 r. z przejęciem, wiedząc, że Powstanie upadnie, skapituluje i stanie się na 75 lat tematem nieustannych polemik, czy miało sens, czy powinno zostać wszczęte, jakie dało korzyści i  wywołało straty... Mieczysław Bruszewski z Łomży podczas bohaterskiego zrywu Armii Krajowej i ludności stolicy ma ledwie 22 lata. Skąd miałby wiedzieć, że stojąca na praskim brzegu Wisły Armia Czerwona nie ruszy z ofensywą, a wyczekiwana pomoc z Anglii będzie symboliczna...

Przekazanie pamięci o bohaterstwie i tragedii Warszawy
Dzięki nieocenionej pomocy Jacka Wesołowskiego, dysponujemy 5-oma stronami maszynopisu ze wspomnieniami, jakie po wojnie spisał albo podyktował „Pudel”, prawdopodobnie w latach 1945 – 1949. To materiały w zbiorach Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, skopiowane do Archiwum Akt Nowych, których zgodność z oryginałem potwierdziła nieżyjąca uczestniczka PW Władysława Szczepanikowa,  z domu Gramińska, ps. „Włada” w 1984 r. Wspomnienia są podpisane także przez „Pudla”. - Wśród powstańców powszechna była świadomość, że są odpowiedzialni za przekazanie pamięci o bohaterstwie i tragedii stolicy następnym pokoleniom – objaśnia kontekst zięć „Pudla”. Materiały zebrane od żołnierzy Batalionu Gustaw, w którym służył „Pudel” to ok. 6 tysięcy stron. - „Pudel” w Warszawie znalazł się w 1942 r. Musiał uciekać z Łomży, ale przez innego łomżyniaka szybko nawiązał kontakt z konspiratorami. W piwnicy domu Fukiera przy Rynku Starego Miasta drukował podziemne pisma NSZ do wybuchu Powstania. Drukarze mieli broń, a „Pudel” należał do oddziału, walczącego w sierpniu na Woli i na oblężonym we wrześniu Starym Mieście. Wtedy broni ostatniego włazu do kanałów przy Długiej obok placu Krasińskich, gdzie stanął wielki Pomnik PW. Miejsce symboliczne, gdyż tędy przedostało się na Żoliborz i do Śródmieścia – jak „Pudel – 5300 powstańców. O koszmarze labiryntów kanalizacji pod ziemią opowiada „Kanał” Andrzeja Wajdy z 1956 r. Po wyjściu „Pudel” jest ranny w rękę i stopę. Za akcję dostaje Krzyż Virtuti Militari kl. V z rozkazu 4. października 1944 gen. Antoniego Chruściela, ps. „Monter”. Po wkroczeniu Sowietów pozostaje w konspiracji, aż do aresztowania w 1949 r. Skazany na karę śmierci za działania przeciw ustrojowi socjalistycznemu, zamienioną na 15 lat więzienia, odsiaduje 8 lat i wychodzi na wolność na fali odwilży 1956. Jest z rodziną inwigilowany przez SB do 1989 r. Mieczysława Bruszewskiego znają pokolenia łomżyniaków: to introligator książek, czasopism, prac dyplomowych z ul. Krótkiej.

Zapraszamy do lektury o walce, odwadze i strachu, o życiu łomżyniaka w powstańczej Warszawie. Staraliśmy się maksymalnie wiernie oddać ducha i literę oryginału wspomnień, dodając śródtytuły. Publikowana tutaj opowieść to okres od 1. do 3. września 1944 na Starym Mieście i w Śródmieściu.

Opracowanie: Mirosław R. Derewońko      
Współpraca: Jacek Wesołowski

Ze Starego Miasta kanałami do Śródmieścia 
Wspomnienia Mieczysława Bruszewskiego     

Całym oddziałem idziemy na kwaterę, gdzie otrzymujemy rozkaz wycofania się kanałami do Śródmieścia. Dowódca „Olek” (Salwa Ignacy, dowodził od kilku dni oddziałem specjalnym „Juliusz” – dopisek red.) wyznacza ludzi do patrolu, celem osłony jednostek Armii Krajowej. Wybór pada: „Pudel” (Bruszewski Mieczysław – red.), „Kruk” (Grabowski Tadeusz), „Mietek” (Mieczysław Gałczyński), „Czarny” (Szymański Eugeniusz), „Sylwek” (Barczyński Zenon). - Dowództwo obejmie „Pudel”. Zgłosisz się do mjr „Włodka” (Włodzimierz Statkiewicz), który jest dowódcą osłony na naszym odcinku. Tak brzmi rozkaz. Zbieramy się w sile 12 ludzi (być może, dane z innych źródeł, około 19 – red.). Mjr „Włodek” obejmuje komendę, prowadzi na Zapiecek (ulica na Starym Mieście – red.).

Nasz patrol ma za zadanie bronić odcinka od ulicy Piwnej do ulicy Podwale. Zmieniamy nieznaną mi grupę. Początkowo panuje spokój, zakłócany krótkimi seriami karabinów maszynowych nieprzyjaciela. Nam strzelać nie wolno. Brak amunicji pozwala na oddanie strzału tylko do widocznego celu. Już ciemno... O tej porze najczęściej Niemcy walkę przerywają, pragną odpoczynku. Wyczuli pewnie naszą słabość, zaczynają coraz śmielej atakować, szczególnie wzdłuż ulicy Rycerskiej. Bronimy się uparcie... Jesteśmy szalenie zmęczeni... Nie spaliśmy już dwie noce. Sen dokucza nieznośnie, a głód także daje znać o sobie. Chwilami pragnę zlekceważyć wszystko  i gdziekolwiek zasnąć twardym snem... Najlepiej wytrzymuje „Kruk” – ten chyba zawsze wyspany.

„Niemcy już nie dają ani chwili spokoju”
Myśl o kolegach, którzy tkwią w tej chwili przy włazie do kanału, aby opuścić wreszcie piekło, w którym przebywali przez tyle koszmarnych dni, wreszcie odpowiedzialność za ich bezpieczeństwo nie pozwala na sen. Kolegów zawieść nie można... Walka z głodem to dużo łatwiejsza sztuka. Niemcy już nie dają ani na chwilę spokoju, atakują coraz bardziej natarczywie. Kto wie, może już wiedzą o postanowieniu naszego dowództwa, o wycofaniu wszystkich sił ze Starówki. Różni ludzie niepewni mogli zdradzić.

Skromne nasze siły nie pozwalają utrzymać naszego odcinka. Robimy krótką naradę. Rozkaz należy wypełnić do końca. Odcinek trzeba utrzymać. Sytuacja komplikuje się. Decydujemy: na powstrzymanie naporu szwabów użyjemy ognia. Podpalimy resztki budynków, leżących na linii natarcia nieprzyjaciela. Część kolegów waha się, przecież naszych domów nie możemy podpalić. Podpalamy wreszcie budynek na rogu ulicy Rycerskiej i Zapiecek oraz rumowiska na naszej linii obronnej. Luki bronimy przy pomocy broni. Ta sytuacja pozwala nam na dotrzymanie rozkazu: „Odcinek musicie utrzymać do godziny 5-ej”. Przez cały czas utrzymujemy łączność z resztą Oddziału. Po północy przychodzi na kontrolę mjr „Włodek”, przynosząc ważną wiadomość. O godzinie 5 rano zbieramy się wszyscy i idziemy do Śródmieścia. Nasza „zapora” powstrzymała natarcie nieprzyjaciela. Mamy trochę spokoju.

„Co będzie z nimi za kilka godzin?”
Ludność cywilna pomału zaczyna wychodzić ze swoich „nor” - trochę odetchnąć. Zaczynają z nami nieśmiałą rozmowę. „Myśleliśmy, że Panów już nie ma, a jednak nas nie opuszczono”. To sprawia nam przyjemność, ale wiemy, że za kilka godzin zmuszeni będziemy ich opuścić. Smutna wieść żadnemu z nas nie przeszła przez usta i do końca rozmowy trzymaliśmy ich w przekonaniu, że jeszcze się nie wycofujemy. Może przez dziękczynność za obronę ludzi rzuconych na szalę zagłady, może przez wdzięczność wspólnego dzielenia niedoli - następuje wspaniałomyślny, staropolski odruch gościnności. Ludzie dzielą się z nami resztkami żywności. Na prośbę jednego z nas, Pani z piwnicy podaje nam po filiżance herbaty, i to prawdziwej z cukrem, do tego maleńki placuszek z mąki pszennej. Odruch ten serdecznie nas wzruszył, a smak tych frykasów pamiętam do dnia dzisiejszego. Świadomość opuszczenia tych ludzi każdego z nas mocno gnębi. Co będzie z nimi za kilka godzin? Jak zachowają się Niemcy i rozwydrzona hałastra „kałmuków” po zajęciu opuszczonego przez nas terenu?

Obrona odcinka stosunkowo teraz łatwiejsza; nie trzeba biegać z miejsca na miejsce. Godziny mijają szybko... Zbliża się godzina 5-ta rano. Już niedługo powinni przyjść po nas. Teraz każda minuta, sekunda staje się niemal wiekiem... Niecierpliwimy się... Myśli nasze krążą wokół zagadnienia: przyjdą po nas, czy będziemy zmuszeni zostać i oddać życie za kolegów, którzy będą bronić i walczyć w Śródmieściu. Śmierć każdego z nas w obronie Ojczyzny, w obronie współtowarzyszy - to normalny bieg wypadków. Trudno cenić życie, które można stracić w każdej chwili.

„Wolałem śmierć od kuli niż zginąć w smrodzie...”
Wreszcie zjawia się kolega z kompanii „Aniela” z poleceniem wycofania nas. Jest godzina 6 rano dnia 2 września. Zbieramy się wszyscy wokół mjr „Włodka” i wyruszamy do kanału (ul. Długa przy pl. Krasińskich – red.). Wejście do włazu obwarowane ze wszystkich stron barykadami z kamieni oraz workami z piaskiem. Panuje względny porządek. Każda grupa czeka na swoją kolejkę, pomimo rozrywających się pocisków z broni maszynowej nad naszymi głowami. Niemcy dobrnęli do takich punktów, z których zdolni są do bezpośredniego rażenia ogniem włazu do kanału... 

W pewnym momencie zapanowało zamieszanie, zaczyna się odwrotny porządek. Zamiast wchodzić do włazu, ludzie zaczynają z niego wychodzić. Padają pytania: „Co jest?”. Niemcy zalali benzyną kanał i podpalili... Cała powierzchnia wody pali się... Dużo osób zginęło. Zamieszanie to pozwoliło nam na zbliżenie się do włazu. Krótki namysł i decydujemy się na wejście do kanału. Wśród nas znajdują się wszyscy z grupy „Gustaw”. Opuszczamy się na dół. Z nami wchodzi plut. pchor. - wysoki, chudy blondyn w okularach. - Kto zna trasę? - pada pytanie. Na czoło wysuwa się blondyn z oznajmieniem, że trasy wprawdzie nie zna, ale wie, że należy kierować się tak, jak wskazują namalowane olejną farbą strzałki przy każdym rozgałęzieniu. No to ruszamy.

Przy wejściu do kanału przeżyłem nieprzyjemne uczucie. Najgorzej przetrwać pierwsze chwile. Zrobiło mi się szalenie słabo. Za wszelką cenę chciałem opuścić kanał i pozostać na Starówce... Wolałem śmierć od kuli niż zginąć w smrodzie... Woda kloaczna, sięgająca do kolan, a czasem i wyżej, też robi swoje. Powoli zaczynam aklimatyzować swój organizm do przykrych i nieznośnych warunków. 

„... z osłabienia padają nosem w cuchnącą wodę”
O godzinie siódmej z minutami ruszamy naprzód. Stąpając ostrożnie, słyszymy głuche detonacje - to bombardowanie beznadziejnie zniszczonego Starego Miasta. Szwabi nie mają litości, niszczą nawet ruiny. Marsz staje się coraz bardziej uciążliwy. Ciężka droga niesamowicie męczy. Przed każdym otworem długo nasłuchujemy. Kilku idzie naprzód przekonać się, czy Niemcy nie rzucą granatów na głowę. Gorzej byłoby, gdyby Niemcy zaleli benzyną kanał i podpalili... Godziny mijają wolno... Jesteśmy bliżej celu... Brak snu, głód i szalone zmęczenie rozciąga nasz szyk... Niektórzy z osłabienia padają nosem w cuchnącą wodę. Każdy upadek powoduje zniechęcenie... „Dalej nie idę” - tych nie opuszczamy, po krótkim odpoczynku zbierają się w dalszą drogę.

Na trasie leży dużo porzuconych przedmiotów. Nareszcie spotykamy żywego człowieka w gumowych butach. Postać ta wpłynęła dodatnio na nasze samopoczucie. Mamy pewność: kanałem można dojść do bezpiecznego miejsca... Jak jeszcze daleko do końca? - Już niedaleko... - pada odpowiedź... Trasa skręca w prawo i musimy wejść do kanału dobiegowego. Poprzednia trasa była łatwiejsza, szliśmy z pochyloną głową i to dokuczało. W kanale dobiegowym trzeba zgiąć się w pasie prawie pod kątem prostym.  Już po przejściu krótkiego odcinka bliski jestem omdlenia...

„Idziemy dalej, pędzi nas nadludzka siła”
Spotykamy coraz więcej ludzi. Amunicja, granaty i automat ważą niesamowitą ilość kilogramów. Hełm ciągnie uparcie głowę w dół... Coraz częściej słychać histeryczne okrzyki... Dalej nie idę... Zostawcie mnie tutaj... Oglądam się do tyłu, czy nie zostaje któryś z kolegów. Wszyscy są, idziemy jeden za drugim... Dalej trudno cokolwiek zobaczyć. „Kruk” opada z sił, musimy pomagać mu w dalszym marszu. Odbieram część jego bagażu... Idziemy dalej, pędzi nas nadludzka siła.

Myśl przed uratowaniem życia silnie trzyma ludzką psychikę. Potrafi zmusić do prawie niemożliwych wysiłków. Oglądam się na swoich współtowarzyszy; wszyscy jak jeden opryskani od góry do dołu kałem. To drobnostka. Niedługo osiągniemy cel. Skończy się to piekło. Odpoczniemy. Wreszcie u kresu wytrzymałości pada okrzyk: Jesteśmy na miejscu... Za chwilę będziemy wychodzić... Zatrzymujemy się... Wychodzenie niezmiernie się przedłuża... Czekamy długo... Niecierpliwość... Ile trwało wyczekiwanie, które zdawało się wiecznością? Podchodzę do wyjścia.

Koledzy sprytnie zorganizowali wyjście. Niektórych wyciągają przy pomocy lin. Mają doświadczenie. Niektórzy są całkowicie pozbawieni sił i o własnych siłach trudno byłoby wywindować się do góry. Wychodzę na górę. Fotoreporter robi zdjęcia. Padam obok włazu i żadna siła nie jest zdolna do poruszenia mnie. Muszę odpocząć. Koledzy popędzają mnie, utrudniam im pracę. Początkowo nie zwracam uwagi. Spędzają mnie i idę w wyznaczonym kierunku. Uwaga, teren pod ostrzałem... - Proszę się pochylić - pada okrzyk w moim kierunku. Rozkaz wykonuję automatycznie. Zbieramy cały nasz patrol. Ktoś kieruje nas na ulicę Warecką. Tutaj życie wre normalnym trybem. Stoją całe domy. Widać organizację. To nie Starówka...

„ Karabin wypada mi z ręki”
Widzę uśmiechnięte twarze. - Z jakiej grupy koledzy? - „Gustaw” - odpowiadam. - Proszę zaczekać, za chwilę pójdziemy na waszą kwaterę. Wasi koledzy z niecierpliwością czekają na was. Ktoś daje nam po kawałku smacznego chleba. Tyle dni czegoś podobnego nie widzieliśmy.
(Tylko dwóch poległych z oddziałów osłonowych „Gustawa” i jeden zaginiony nie spróbują tego chleba. Pięciu rannych trzeba było oddać pod opiekę lekarską – red.). Łączniczka prowadzi nas na ulicę Świętokrzyską. Na miejscu spotykamy koleżanki i kolegów (z oddziału specjalnego „Juliusz”, wchodzącego w skład Batalionu „Gustaw” - red.). Witają nas uradowani, jakbyśmy powrócili z tamtego świata. Melduję przybycie patrolu bez strat u ppor. „Olka”, który z kolei odsyła nas do kpt. „Gustawa”. Kpt. „Gustaw” (Gawrych Ludwik – dowódca batalionu – red.) wita nas z uśmiechem zadowolenia. „Cieszę się, że Was widzę. Zasłużyliście na urlop.”

W kilkanaście godzin później, rankiem 3 września dostaję urlop przymusowy. Na ulicę Warecką 2 / 4 padają „grube Berty” (bardzo groźne pociski z moździerzy dużego kalibru, mogące zburzyć całą kamienicę – red.). Rozkaz urlopu wieńczy nalot „sztukasów” (niemiecki bombowiec Stuka – red.). Karabin wypada mi z ręki, dłoń moja ocieka krwią, chcę podnieść karabin – brak palców - urwane, strzępy dłoni w brunatnej mazi krwi, zmieszanej z kurzem i gruzem. Odrętwienie, jakaś bezwładność, w oczach gwiazdy, w krtani mdłości.

Szpital, bezczynność, wokół jazgot broni maszynowej, huk bomb, ziemia jęczy i drży – oczekiwanie na coś, czego jeszcze nie znam. Dlaczego właśnie dziś nie ma mnie wśród walczących na barykadzie, tak jak jeszcze wczoraj w „piekle Starówki”.

Plutonowy podchorąży „Pudel”
Mieczysław Bruszewski
Warszawa 1. VIII – 3. IX 1944

P.S. 96-letni Mieczysław Bruszewski, ps. „Pudel”, nadal mieszka w Łomży pod opieką najbliższej rodziny. Czasami przy dobrej pogodzie można go spotkać, jak karmi gołębie przy ulicy Pięknej.

210723021652.jpg
Foto: Mieczysław Bruszewski
Foto: BAT. GUSTAW OS Juliusz STARE MIASTO 1944 osoby na zdjęciu zidentyfikowane autor nieznany
Foto: Virtuti Militari dla plut. pchor. „Pudel” - wyciąg z oryginału rozkazu
Foto: M Bruszewski PUDEL Kenkarte 1942
Foto: Żołnierze BAT GUSTAW autor nieznany
Foto: Żołnierze Batalionu GUSTAW kompania Anna. Autor W. Chrzanowski
Foto: Tablica pamiątkowa na Starym Mieście w Warszawie
Foto: Pomnik Powstania Warszawskiego
Foto: Mieczysław Bruszewski odciska swoją dłoń (11.11.2015)
Foto: Mieczysław Bruszewski w swoim warsztacie (8.09.2014)
Foto: Mieczysław Bruszewski w swoim warsztacie (8.09.2014)
Foto: Mieczysław Bruszewski (1.08.2017)
Foto: Mieczysław Bruszewski (1.08.2017)
Foto: Mieczysław Bruszewski otrzymuje szalik ŁKSu (8.07.2016)
Foto: Mieczysław Bruszewski pokazuje order Viltuti Militari (29.07.2009)

 
 
4lomza.pl Regionalny Portal Copyright © Speed s.c. 2005r - 4too v.1.0

W celu świadczenia przez nas usług oraz ulepszania i analizy ich, posiłkujemy się usługami i narzędziami innych podmiotów. Realizują one określone przez nas cele, przy czym, w pewnych przypadkach, mogą także przy pomocy danych uzyskanych w naszych Serwisach realizować swoje własne cele i cele ich podmiotów współpracujących.

W szczególności współpracujemy z partnerami w zakresie:
  1. Analityki ruchu na naszych serwisach
  2. Analityki w celach reklamowych i dopasowania treści
  3. Personalizowania reklam
  4. Korzystania z wtyczek społecznościowych

Zgoda oznacza, że n/w podmioty mogą używać Twoich danych osobowych, w postaci udostępnionej przez Ciebie historii przeglądania stron i aplikacji internetowych w celach marketingowych dla dostosowania reklam oraz umieszczenia znaczników internetowych (cookies).

W ustawieniach swojej przeglądarki możesz ograniczyć lub wyłączyć obsługę plików Cookies.

Lista Zaufanych Partnerów

Wyrażam zgodę