czwartek, 22 sierpnia 2019 napisz DONOS@
Stanisław Kalinowski

Przy łomżyńskiej choince

Rodzice moi byli ludźmi pobożnymi, choć bez skłonności do bigoterii. Cechowało to chyba zresztą całe polskie społeczeństwo.

 Przestrzegali naszego uczęszczania na niedzielne nabożeństwa, w okresie wakacji, w związku z różnymi wycieczkami na bardzo wczesne, czyli tak zwane primarie, w czasie których można było słuchać pięknych gregorianek w wykonaniu kleryków z miejscowego seminarium duchownego. Stałym spowiednikiem podczas tych porannych nabożeństw był biskup łomżyński Romuald Jałbrzykowski, z głęboką szramą na czole niewiadomego dla mnie pochodzenia, późniejszy arcybiskup wileński. Nasze uroczyste rodzinne wyjścia do kościoła miały miejsce w okresie świąt Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy, kiedy to maszerowaliśmy całą rodziną, a że była nas spora, bo 10-osobowa gromadka (bez babki, która chodziła do kościoła wraz ze swą siostrą), niektórzy przechodnie zatrzymywali się mówiąc: „Idzie do kościoła rodzina Kalinowskich”, co było wyrazem jakiegoś uznania dla spójności naszego życia rodzinnego. A więc Boże Narodzenie. Poprzedzone ono było różnymi przygotowaniami, z których dzieciarnię najbardziej obchodziła dziedzina gastronomii i ewentualnych podarunków. Oczywiście musiała być przygotowana możliwie wysoka, sięgająca do sufitu choinka, a także tradycyjne opłatki do dzielenia się przy wieczerzy wigilijnej, które roznosił po domach organista lub jego pomocnicy. Choinkę ustawioną w największym pokoju ubierali rodzice przy pomocy najstarszego rodzeństwa. Dla najmłodszych jej wygląd miał być niespodzianką. Choinka była ubierana własnej roboty łańcuchami z kolorowego papieru, zawieszało się na niej drobne czerwone jabłuszka, orzechy włoskie, różne drobne własnego wypieku ciasteczka oraz cukierki. Oplatało się ją ponadto błyszczącymi tak zwanym „włosami anielskimi” i przypinało do gałązek maleńkie świeczki stearynowe w taki sposób, aby nie groziły zapaleniem całej choinki. Górę wieńczył anioł lub gwiazdka. Pod choinkę składane były prezenty. Stół wigilijny nakrywano białym obrusem, pod który kładło się cienką warstwę siana, z którego po wigilii wyciągano źdźbła, wróżąc z ich rozmiarów jak długo będzie się żyło. Oczywiście nikt zbytnio nie przejmował się tymi wróżbami. Oto tradycja. Na obrusie ustawiane były nakrycia odpowiadające liczbie zasiadających osób z dodatkiem, według starego zwyczaju, jednego nakrycia dla kogoś kto może niespodziewanie się zjawić. Zasiadało się do stołu wraz z pojawieniem się na niebie pierwszej gwiazdki. Gwiazdki tej wyglądała dzieciarnia, a tak się jakoś składało, że zimy były w owych czasach klimatycznie stabilne, a niebo pogodne, można więc było gwiazdkę wypatrzyć, choć czasami trzeba było chuchać na szybę pokrytą pięknymi lodowymi kwiatami. Można dodać, że okna zabezpieczano w owych czasach przed przewiewem przez układanie między podwójnymi szybami warstwy mchu, w który wtykało się zrobione z kasztanów grzybki, a czasami i inne drobne ozdoby. Wieczerzę wigilijną , nazywaną czasami „wilią” rozpoczynał ojciec wspólnie odmawianą modlitwą, do której wszyscy wstawaliśmy, po czym dzielono się opłatkiem składając sobie życzenia, między dziećmi z uśmiechami i czasami drobnymi żarcikami, rodzicom i babce przez ucałowanie ich ręki. Oni całowali nas w głowę składając jednocześnie na niej rękę, co było rodzajem błogosławieństwa. Wieczerza wigilijna trwała długo przy przestrzeganej liczbie kilkunastu potraw, których nie będę wymieniać, bo są one w tradycji wigilijnej do dzisiaj znane. Po wigilii następowała uroczystość zapalenia świeczek na choince, co czynił zazwyczaj, jako głowa domu i najwyższy z nas wzrostem, ojciec. Po zapaleniu choinki otwierane były drzwi i wówczas w całej krasie żarzącej się choinki następowało rozdzielenie prezentów, ze względu na zasoby finansowe raczej skromnych i przydatnych w naszej domowej i szkolnej codzienności. Po obejrzeniu prezentów siadaliśmy gdzie kto mógł, mali najczęściej na podłodze i rozpoczynało się śpiewanie kolęd. Ileż ich wtedy znali rodzice, choć nie mało również my - dzieci i młodzież. Tradycyjnie zaczynało się od kolędy „Wśród nocnej ciszy”. Dzieliliśmy się przy innych na głosy. Ojciec obdarzony pięknym barytonem zaczynał na przykład solo: „Bracia patrzcie jeno” potem wchodziły soprany „jak niebo goreje” i wtedy znów ojciec: „znać, że coś dziwnego w Betlejem się dzieje” i wtedy wszyscy chórem: „rzućmy budy, warty, stada, niechaj nimi Pan Bóg włada, a my do Betlejem, do Betlejem”. Takich kolęd na głosy znaliśmy więcej. Przyszła wreszcie kolej i na pastorałki, których wiele znała matka, wśród nich żartobliwie i nawet nieco frywolnie, jak np. o Wojtku, który spiesząc się do stajenki nie wziął portek myśląc, że lżej będzie, a gdy tak biegł bez tych portek śmieli się z niego głośno ludzie. Był to jakiś skłon w kierunku może nieco prymitywnej, ale zachowanej jeszcze wówczas gdzieniegdzie w pieśniach tradycji ludowej. Znużeni wieczerzą i emocjami choinkowymi młodsi udawali się na spoczynek, starsi robili porządki, a potem udawali się do katedry na pasterkę, która odbywała się zazwyczaj o północy. Ulicami w mroźną na ogół noc sunęły tłumy ludzi, tak że w katedrze stanowili dosłownie zwartą masę, a przy wychodzeniu z kościoła dosłownie tratowali się. Kiedyś uderzyło mnie to, że w tak zbitym tłumie jedno miejsce w kościele było całkowicie wolne. Okazało się, że to pod wielkim świecznikiem ze świecami woskowymi, z których przy wysokiej temperaturze jaka powstała w kościele, kapały dość gorące krople wosku. Wśród modlitewnej powagi, taka oto, choć charakterystyczna śmiesznostka. Po wrażeniach wigilijnych i pasterce mocny sen nocny, a obyczaj kościelny zwalniał uczestników pasterki od udziału w świątecznej mszy świętej. Pierwszy dzień świąt to przebywanie w gronie rodzinnym, w dużej mierze przy stole już bez postnych potraw, jakieś rozmowy i zabawy, czy krótkie spacery. Drugi dzień świąt to wzajemne odwiedzanie się wśród zaprzyjaźnionych rodzin, co odbywało się przy liczniejszych przyjaźniach jeszcze i w następne dni. Wieczorami zjawiali się tak zwani kolędnicy, którzy kręcąc barwną gwiazdą śpiewali kolędy. Gdy otrzymali coś za występ odchodząc śpiewali „za kolędę dziękujemy, szczęścia zdrowia winszujemy”.

Stanisław Kalinowski


 
 
4lomza.pl Regionalny Portal Copyright © Speed s.c. 2005r - 4too v.1.0

W celu świadczenia przez nas usług oraz ulepszania i analizy ich, posiłkujemy się usługami i narzędziami innych podmiotów. Realizują one określone przez nas cele, przy czym, w pewnych przypadkach, mogą także przy pomocy danych uzyskanych w naszych Serwisach realizować swoje własne cele i cele ich podmiotów współpracujących.

W szczególności współpracujemy z partnerami w zakresie:
  1. Analityki ruchu na naszych serwisach
  2. Analityki w celach reklamowych i dopasowania treści
  3. Personalizowania reklam
  4. Korzystania z wtyczek społecznościowych

Zgoda oznacza, że n/w podmioty mogą używać Twoich danych osobowych, w postaci udostępnionej przez Ciebie historii przeglądania stron i aplikacji internetowych w celach marketingowych dla dostosowania reklam oraz umieszczenia znaczników internetowych (cookies).

W ustawieniach swojej przeglądarki możesz ograniczyć lub wyłączyć obsługę plików Cookies.

Lista Zaufanych Partnerów

Wyrażam zgodę