wtorek, 17 października 2017 napisz DONOS@
Gazeta Bezcenna nr 351

Przedwczoraj pojutrze

Nie ma takiej litery „Ło”, mówi w nowej reklamie cwany konsument „łomżyńskiego piwa”. Przywiązany jak nikt inny do marki jest pewny swego wyboru i ochoczo wdaje się w słowno-zgłoskowe potyczki ze sprzedawcą. Nic go nie przekona do zmiany decyzji. To lokalny patriota lub marzyciel z odległych stron. Taki, dla którego Łomża jest zielonym eldorado, Irlandią sprzed kryzysu czy krainą spokoju z domieszką inteligentnego humoru mieszkańców.

Swoją drogą całkiem przyjemnie jest obejrzeć coś pozytywnego co w nazwie ma nazwę tego miasta. Emisja na  ogólnopolskim kanale telewizji tylko potęguje odczucie przyjemności. Poza wiosennymi superprodukcjami TVN pod roboczym tytułem: „Ośrodek nad rozlewiskiem” niewiele się ostatnio mówiło w kraju o mieście nad Narwią, a jeszcze mniej pozytywnie. Łomża nie ma szczęścia do dobrej reklamy. To znaczy, dobra, a przynajmniej niezła to ona jest, niekoniecznie jednak taką chcieliby widzieć jej mieszkańcy. Nazwa miasta pojawia się w kilku filmach Barei, w których okazjonalnie ktoś komuś coś z Łomży przywiózł, albo mu w Łomży ukradli. W „wolnej” już Polsce przyszedł czas postępowych kabaretów niepolitycznych. Od początku lat dziewięćdziesiątych przypominają nam o Łomży w skeczach i dykteryjkach, w których z litości chyba oszczędzają Wąchock.
Kim i czym się da, leczymy więc kompleksy. Dawniej też tak bywało. W roku 1986, zapewne na pięćdziesięciolecie pracy artystycznej Hanki Bielickiej, do Warszawy wybrali się przedstawiciele „Kontaktów”. W jednym z najbardziej poczytnych wówczas pism regionalnych ukazała się relacja zatytułowana: „Najbardziej warszawska łomżynianka”. W Łomży taki tytuł nie raził. Warszawski czytelnik, uraczony przy śniadaniu taką informacją po chwilowym osłupieniu czyściłby pewnie gazetę z maślanki i kawałków mortadeli. Przez dziesięciolecia, Ziemi łomżyńskiej ciężko było przebić się do ogólnopolskiej świadomości. Jej znaczniejsi obywatele, rdzenni i przyjezdni, byli w dużej mierze pragmatykami, u których próżno było szukać czczej podniety miejscem urodzenia. Tak było z Hanką Bielicką, która piosenkę „My z Łomży” wykonywała głównie w naszym mieście, tak było z Romanem Dmowskim, których znany był i jest jako przyjaciel rodziny Lutosławskich, a oni mniejsza skąd pochodzili ważne, że byli zdolni. Tak też było z Bohdanem Winiarskim, chyba najbardziej znaczącym w świecie synem tej ziemi. Po I Wojnie Światowej, brał udział w konferencji pokojowej w Paryżu. Po II Wojnie Światowej – był przez kilka lat przewodniczącym Międzynarodowego Trybunału w Hadze. Kto dziś w świecie czy kraju, o tym wie? Pewnie niewielu. Do tych ludzi nie można mieć pretensji, że nie trąbili na każdym kroku o regionie i mieście. Po co mieliby to robić? To my, obywatele regionu i miasta przesypiamy czas by nimi właśnie i ich dorobkiem się pochwalić. Poza nielicznymi pomnikami, nazwami ulic, konkursami i wystawami nie dzieje się nic co trafiałoby do szerszego odbiorcy. Do tej pory do wielkości i wartości regionu Łomży i jego mieszkańców przekonywaliśmy samych siebie. Teraz czas na gości. Pierwszą jaskółką są z pozoru niewinne znaki informujące o najcenniejszych zabytkach miasta. Możemy je spotkać wjeżdżając do grodu, a oznakowanie na skrzyżowaniach tylko utwierdza nas w przekonaniu. Już niebawem, kiedy rozpoczną się remonty obu mostów i miasto stanie w korkach, przejezdni nie będą mieli szans nie zapoznać się z ofertą. Może kiedyś, kiedy opadnie frustracja, a zdenerwowanie zastąpi ciekawość, z zainteresowaniem odwiedzą katedrę, rynek  czy zabytkowy cmentarz. Trzeba tylko pamiętać, że znaki są początkiem nie końcem starań o turystów i właściwe postrzeganie miasta.

Mariusz Rytel


 
 
4lomza.pl Regionalny Portal Copyright © Speed s.c. 2005r - 4too v.1.0