wtorek, 06 grudnia 2016 napisz DONOS@

Bez śmieci

Taki widok - bez prostackich pojemników ze śmieciami - każdy normalny człowiek chciałby pod powiekami zachować po wizycie na cmentarzu lub uwiecznić na fotografii. Dlaczego tłum zwyczajnych, inteligentnych ludzi nie protestuje, nie mówi o dewastacji chronionego pejzażu? Ba! brakiem reakcji uwiarygadnia wieloletnią haniebną dominację obskurnych pojemników w sąsiedztwie cennej bramy, co pomniejsza rangę zabytku. To może wystawmy też klozety z gustowną kotarką przed wejściem do biblioteki, muzeum, urzędu - na dowód, że znamy takie urządzenie. Bidetu nie! bo wyjeżdżając za granicą nie wiemy do czego służy , np. młodzi piorą w nim skarpetki. Wystarczy jeden mega-bidet przy ławeczce Bielickiej. Tak ze zgrozą między sobą powtarzają bezradnie, niedobitki dobrze wychowanych łomżan. Zgłaszanie tego decydentom nic nie zmienia - a przecież swoich śmieci domowych nie wystawiają przed drzwi, na powitanie gości? Jak się ratować przed kompletnym blamażem: najpierw przenieść pojemniki za mur cmentarny, potem rozważyć maskujący kolor i szpaler zieleni? Zanim coś się zmieni na lepsze: turysta-bloger ma temat do obsmarowania Łomży za brak kultury i nieobecność Plastyka Miejskiego. Dlaczego nie ma Plastyka? Może przyzwyczajenie do chaosu odsuwa szukanie etatu na poprawę wizerunku miasta, ważniejszy kolejny doradca? Wolimy od lat akceptować „wystawkę” pojemników ze śmieciami - w tak znaczących miejscach, które cywilizowani ludzie uważają za wizytówki miasta. Może urzędników za dużo i większy zrzuca winę na mniejszego? Nie rusza ich sumień tablica przed zabytkową Kaplicą Śmiarowskich: „Tu się kończy wielkość świata”- bo ciąg dalszy napisu zasłania stos śmieci z pojemników metalowych na gustownych kółkach, dosuniętych do drugiej Bramy. Jeśli coś nowego powstaje w Łomży, to zwykle myśl w głowach kołacze się dopiero po fakcie. Jak z kosmicznym klozetem-stodołą, który szerokim frontem .. zasłonił spacerowiczom Teatr Lalek. Nie wystarczyło, że pewien aktor z Wa-wy, w internecie pokazał rzeczywistość łomżyńską: pamiętacie klozet z filharmonii? - już ma kolejny temat do obśmiania Łomży. W świat pójdzie wiele selfi: wyolbrzymiona szerokokątnym obiektywem bryła ubikacji jak stodoła z pomniejszonym teatrem w tle. Nowa reklama  miasta. Na drugi plan zejdą ostatnie, wyjątkowe zabytki jak urokliwa naturalnością, rozjaśniona w zieleni trzyczęściowa Brama Triumfalna do innego świata. Skoro Łomża ma cmentarz po Powązkach jeden z najstarszych w Polsce - tym bardziej nie psujmy pierwszego wrażenia u gości, zadbajmy o wspomnienia z Łomży. Problem nie jest nowy: pamiętamy słynny ogólnopolski cykl telewizyjny „Piórkiem i węglem” prof. Zina, gdzie jako przykład niszczenia przestrzeni zabytkowej opisano budowę bloku ZMS (Związku Młodzieży Socjalistycznej), inwestycji forsowanej przez działacza PRL, późniejszego prezydenta Łomży. Blok postawiono na środku drogi z cmentarza, przez wycinkę sędziwych drzew niszcząc urokliwą Aleję zabytkową - na koniec u wylotu tak oślepionej drogi postawiono  murowany śmietnik. Załamał ręce prof. Wiktor Zin nad zbrukaną tradycją. W rezultacie protestów przeniesiono śmietnik - na bok, ale pozostała bryła stacji trafo, nieudolnie 'zasłonięta” rachitycznym kwiatkami na drewnianej kratownicy. Ten kolejny potworek architektoniczny istnieje do dziś, każdy esteta wychodzący z najstarszego cmentarza czuje się zbrukany ”pomnikiem kultury komunistycznej” zamykającym Aleję Cmentarną. Blok młodzieżówki socjalistycznej zasłonił ul. Armii Czerwonej, której w końcu przywrócono dawną nazwę: Polowa. Nikt nie poszedł po rozum do głowy, aby zasłonić gęstymi krzewami dwa murowane potworki w zniszczonej przestrzeni zabytkowej. Oto nastrój tego miejsca przed masakrą zieleni. Piękne ujęcie, które wytrzymało próbę czasu. Ciekawa kompozycja - Autor z wyczuciem uznał, że temat główny nie musi być w centrum kadru. Umieszczenie z boku Bramy Trójdzielnej dało oddech przestrzenny i podkreśliło „tłum” jesiennych liści, odpowiednik innego tłumu: tysięcy istnień obok, za tym murem - oczekujących naszych odwiedzin i stałej pamięci. Zachęta do spaceru i refleksji nad przemijaniem, naszym udziałem w korowodzie dziejów - upadków lub wzniesień człowieczeństwa.

Bolesław Deptuła
so, 05 listopada 2016 13:04
Data ostatniej edycji: 2016-11-05 13:23:54

Trofeum lata

Zbyt krótkie lato - zostało na fotografiach. Koi skołatane nerwy sam widok miniaturowego piękna, tu -  w rewelacyjnym kadrze uzdolnionego artystycznie Autora. Oprócz umiejętności miał szczęście - nie spłoszył ważki, w ułamku sekundy przesunął się pod światło, znalazł niebanalną kompozycję i ciemne tło z nadmiaru zielonego chaosu, przechylił aparat tworząc scenę jakby lądowiska, a przedtem był przygotowany z właściwą przysłoną, wybraną czułością i czasem naświetlania. Proste? To dlaczego tak rzadko widzimy prawdziwe artystyczne loty? Czy na twórców aż taki wpływ ma siermiężność środowiska? Bez złudzeń: lepszych czasów w tym pokoleniu już nie będzie - czeka nas los ważki. Bo np. ważniejsza jest kasa fruwająca do kieszeni tych, co wolą łzawą akcyjność zamiast systematycznej edukacji. Nie umiemy też odciągnąć ludzi sprzed ekranów: więc rozkwita podglądactwo i brak aktywności. Pustki w lasach: nie potrafimy cieszyć się pięknem naszej przyrody? Aż tak bardzo ciążą wojenne straty inteligencji? Nie ma też sposobu na zatrzymanie emigracji młodych sił, które wykształcenie zdobyte w Ojczyźnie oddają lekką ręką za bezcen obcym krajom - za ułudę lepszego życia. Wreszcie w dużych miastach zaczęły demonstrować Biblioteki i Muzea z hasłem „Dziady Kultury”, które za głodowe pensje (po kilkaset zł) pilnują narodowych skarbów ze srebra i złota. Komuś służą martwe przepisy „chroniące” zabytki ale nie nerwy tysięcy nielegalnych poszukiwaczy z legalnie kupionymi wykrywaczami. Media wolą opisywać nowy garnitur zębów za 40 tys, zł, u jakiegoś podskakiwacza wyszczerzonego bez względu na sytuację. więc bierne społeczeństwo skupia większą uwagę na grasujących drapieżnikach. Ważki, też drapieżne - okazują się postaci larwy już nie takie „ładne”.Oczywiście - to nie ma znaczenia dla prawdziwych naukowców. Czy zdajemy sobie sprawę z istnienia niezwykłego środowiska badaczy Odonatrix, które cieszy się z każdego odkrytego w Polsce gatunku ważki, nowego stanowiska i zasięgu występowania. Mają chętnych do pomocy w obserwacji i badaniach, jak opisuje portal wiedzy pt.: Ważki. Zdumiewające - odonatolodzy z Łotwy wypuścili w sierpniu oznakowane osobniki ze stacji nad Bałtykiem, w celu poznania migracji tych owadów - w tym celu na prawej parze skrzydeł umieszczono barwne plamy. We wrześniu wypuszczono je z Litwy - ten projekt będzie kontynuowany w 2017 r. Może kiedyś napotkamy takie okazy podczas spaceru? Badacze odnotowują ilość gatunków widzianych w Polsce, a znawcy mają przywilej  uzgodnienia polskiej nazwy gatunku. Na świecie doliczono się ok. 6 tys. gatunków na wszystkich kontynentach, a w Polsce potwierdzono obecność aż 73 gatunków ważek. Pasjonaci także w tej dziedzinie będą pracować rzetelnie, choć tak jak ważki mogą być nieobliczalni. Te potrafią, co nie jest rzadkością, nagle emigrować, np. wg Kuriera Warszawskiego odnotowano ich masowy przelot w pobliżu Warszawy np. w 1933 r. oraz 1956. Także w 2016 r odnotowano jesienne, wielkie przeloty nad Wybrzeżem Gdańskim.  Pasjonująca radość obserwacji prawdziwej Natury wokół nas. Może dlatego, że nasze życie - jak ważek, jest zbyt krótkie?

Bolesław Deptuła
wt, 27 września 2016 12:49
Data ostatniej edycji: 2016-10-28 07:15:41

Groch o ścianę

Nikomu to nie jest dziś potrzebne? W społeczeństwie o dużych aspiracjach, niechby minimalnej ilości tęgich głów, takie sprawy są przedyskutowane i po wybraniu najlepszego pomysłu - dawno zrealizowane lub w opracowaniu. Zbyt wielu miłośników Łomży straciło cierpliwość i woli kochać z oddali miasto swojego dzieciństwa, takie ze starych fotografii. Nie wszyscy jednak mogą machnąć ręką na to zamierające między Ostrołęką a Zambrowem excuse - moi, zadupie. Trzeba stale przypominać utraconą normalność i punktować dla przyszłych pokoleń skarby do przywrócenia. Jak groch o ścianę, od lat zgłaszane są pilne do wykonania wizytówki miasta - z każdym dniem zwłoki (nomen omen) trudniejsze do ożywienia: m.in. zarastające drzewami GRODZISKO - kolebka miasta, które Pani Natura zamienia w Park Podmiejski im..(może konkurs, kogo uhonorować); DOROŻKA konna (przed wojną było ich w Łomży wiele, ale niech pojawi się 1 „zaczarowana” dla zakochanych lub emerytowanych); PRĘGIERZ wg wzoru z Glogera (wkurzeni miejscowi ulżą sobie wieszaniem fotografii „zasługujących” na jaja lub pomidory, a turysta maniak-selfi po wrzuceniu monety odblokuje  tzw. kunę); KWIACIARKA przy kamieniczkach, z nieustannym pokazem wicia kwiatów z bibułki (w strojach lokalnych: na zmianę kurpiowskim i łomżyńskim). Boże, widzisz i nie grzmisz: „tylko” czy „aż tyle"? A jeszcze problemy postawione na głowie to FONTANNA zamiast np. w połączeniu z pomnikiem w centrum - są na uboczu „na odczepnego” za niemałe sumy (od ulicznego bidetu pijanym gołębiom po większy obiekt zagubiony między blokami) albo NIEME KINO (od Chaplina po Pana Tadeusza z 1928 r. - obśmiane propozycją umieszczenia legendarnego Mirage w Hali Targowej - potworku architektonicznym do rozbiórki); CIUCHCIA (zlikwidowana przez „łomżyńską komunę”, a np. w Kolnie dziś przywrócona jako pomnik:) wreszcie WIEŻA CIŚNIEŃ (kosmiczna nieudolność komentarza nie warta). Nagle AD. 2016: urzędniczy „cud na rzeką”! Jednak można zwieźć parę wywrotek piasku i postawić „kokosowe parasole” aby lud poczuł „smak” plaży z Wysp Kanaryjskich (tam przywozi się, to nie żart, drobniutki piasek aż z Sahary) ! Na deser przypomnijmy - jeśli właściciele kamieniczek Starego Miasta sami nie zadbają o stylowe szyldy „jak dawniej bywało” - to nikt im nie pomoże. Mógł ratusz już dawno powołać Plastyka Miejskiego, aby uciąć po omacku prywatne badania, czy pojedynczy projekt będzie kiczowaty czy artystyczny. Horror estetyczny nie tylko łomżyńskich ulic: zalew tandety, nieczytelnej i znoszącej się nawzajem. W latach 60. - jak widać na załączonych fotografiach - jeszcze byli ostatni esteci „przedwojennej szkoły”. Potrafili cudownie zaakceptować amatorskie, miłe oku wycięte szyldy z drutu - aż pięć fantazyjnych w tym: magiel i krawiectwo - które najdłużej trwały? Jeszcze dziś mogliby odtworzyć echo dawnych lat łomżyńscy plastycy, choć prawdziwych coraz mniej. (Słyszycie ten tajemniczy skrzyp na wietrze malowanej deski z nazwą tawerny piratów z „Wyspy skarbów” - tylko: ilu dziś książki czyta?) Nie przybijane płasko na ścianę, więc niewidoczne - ale zachęcające z daleka różnorodnością stylów i epok. W/w „cuda przedwojennej Łomży” ponad siły umysłowe nowego poko-lenia (leniwych-pokemonów) zapewne odtworzą nasze wnuki. Chyba im ciągłość tradycji będzie bardziej potrzebna.

Bolesław Deptuła
nie, 07 sierpnia 2016 16:39
Data ostatniej edycji: 2016-09-22 08:35:16

Resuscytacja

Była sobie dzika Narew i Łomżyńskie Towarzystwo Wioślarskie - założone przez żywioł polski jeszcze za cara.  Oto fotografia sprzed 100 lat: Przystań ŁTW tętniła życiem, sportem wodnym. Wodniacy organizowali wyścigi i tradycyjne wianki, gościli załogi wioślarskie m.in. W-wy i Płocka, urządzali rauty i wieczorki towarzyskie a zimą turnieje towarzyskie i koncerty.  Chociaż ŁTW przetrwało dwie wojny światowe, w PRL-u upadło, a miasto odwróciło się od Narwi na dziesiątki lat. Jeszcze chwila, a nawet resuscytacja nie pomoże. Dlaczego to zamarło w czasach „komuny”? Chociaż wszyscy wtedy „chcieli dobrze”(wszyscy dla wybrańców lewicy), do głosu nie dopuszczano Rozumu i Zdrowego Rozsądku.„Potworka betonowego” jako bulwary - o których budowie gadano mieszkańcom prawie 40 lat PRL - zrealizowano dopiero w celach politycznych. Zanim „towarzyszy” fala dziejów zmiotła, wynosząc sztandar zdążyli zmajstrować babiloński Port w stylu „nowych ruskich”. Chyba myśleli o efektownej stypie, a nie o przywróceniu Łomżyńskiego Towarzystwa Wioślarskiego. Powstała wizytówka: jak się okazało bulwarowej kultury, z marzeniami o butelkach chłodzonych w Narwi i kopiowaniu przedszkola ale niezgodna z Naturą i tradycją małego miasta. Dziś Bulwary wyglądają jak kupa milionów utopiona w topornym betonie. Smutnym akordem „kolektywnego myślenia” było wywiezienie jachtów z potężnego „Doku Portowego”, przez kilku nowobogackich żeglarzy obrażonych na niski poziom Narwi i brak luksusów. Kto wymyślił tak potężny betonowy falochron w Łomży ?- tu sztormów nie ma. Za to na koszt społeczeństwa zrobiono ogrodzony parking dla paru wypasionych jachtów. Jak teraz nawiązać do tradycji wodniackiej, do początków i wolnej Polski XX wieku? Gdzie są fachowcy - pasjonaci nie od gadania, ale praktycznej budowy nowego środowiska. Kto na miarę Wiesława Sielskiego obudzi w nas wiarę we własne siły, rozkręci i przyzwyczai do samodzielności, do systematycznego działania, szkolenia i rozwinięcia kadry sportowej? Lepiej nam idzie z propagowaniem tradycji rzecznych, ale dlaczego nie morskich - nie cieszy nas dostęp do morza? Tego się nie odrobi ot tak sobie, ale zacznijmy wreszcie od grupy tych paru przytomnych osób. Otrząśnijmy się z widma „sowieckiej niemocy”. Już w 1989 r. ogłoszono „koniec komunizmu” dziś autorka tego hasła uzupełnia:-„ale nie komunistów”. Było do przewidzenia, że zostawią na Wschód od Warszawy symbol zniewolenia umysłów, pamiątkę równie trwałą co „Pałac Kultury im. Stalina”- symbol zniewolenia Ojczyzny, czyli- „tego kraju” -jak chcą lemingi. Warszawa jednak zakrywa „potwora PRL” wieżowcami, tymczasem Łomża chce ciągnąć betonowe plany, obce polskiej tradycji opartej na drewnie. Zapomniano już jaki opór stawiała Łomża likwidacji Szkoły Drzewnej? Jedna z piękniejszych rzek Polski zasługuje na mniej ohydnego betonu na brzegach, odejścia od nastroju mini Leningradu lub Moskwy.  Cóż, urzędnicy działają wolno, ale w tym przypadku nawet lepiej aby radzić się długo specjalistów spoza miasta. Ile zostało polskiego krajobrazu do zmasakrowania wg testamentu minionego ustroju? Wybierając pośpieszną drogę „do sukcesu"- będziemy osamotnieni i napiętnowani przez Historię. Wodniacy są wystarczająco wkurzeni lekceważącą postawą poprzedników. Sprawa wygląda beznadziejnie, bo rozpadło się środowisko ostatniej Przystani Wodnej. Czas zmienić nastawienie roszczeniowe do którego przyzwyczajono pokolenia, ale też gadające głowy powinny nauczyć się zauważać i doceniać jednostki twórcze i samodzielne. Wciąż aktualne: nie przeszkadzać- a będzie to odebrane jako prymitywna, ale jednak „pomoc”. Już parę lat temu pojawiła się nadzieja i parę świetnych pomysłów rzuconych na Forum internetowym. Bez echa, skoro nie uwzględniono np. zamknięcia prawego brzegu rzeki dla aut, na rzecz ścieżki spacerowej i oazy ptasiej - do obserwacji z brzegu miejskiego. Wciąż można zmniejszyć ilość betonu na rzecz kładek drewnianych wzorem Narwiańskiego Parku Narodowego. Są głosy artystów łomżyńskich gotowych zaprojektować m.in. ławki o wzornictwie wodnym, w kształcie odpowiedniej flory i fauny: np. ryb. Przede wszystkim warto zostawić jak najwięcej naturalnego brzegu w obrębie dawnej Przystani Wodnej, której teren jako szczególnie chroniony powinno się odtworzyć i zachować w duchu odrębności lokalnej, bo beton jednakowy w każdym mieście niewielu przyciągnie. Trzeba często rozmawiać, aż pojawi się cudotwórca. Czujący naszą Ojczyznę. „Z tego kraju” już byli.

Bolesław Deptuła
pon, 06 czerwca 2016 06:03
Data ostatniej edycji: 2016-06-11 14:32:39

Światło

Potrafi płatać figle, zwłaszcza trzaskającym lampą błyskową bez opamiętania - efekt dobitny to zdjęcie z lewej. Zbyt dużo informacji odciąga uwagę - nie od razu zobaczymy, jak łatwo przez pośpiech zepsujemy naturalny kształt portretowanej osoby . Dopiero porównanie po czasie, boleśnie ujawni nasze lenistwo chyba że od razu zrobimy drugą wersję, z oświetleniem bocznym, jak na zdjęciu z prawej. Fotografię rzeźby da się powtórzyć bez afery, ale w przypadku groźnej Cioci następnym razem może nie być smacznych ciasteczek. Zaskakująca różnica, jakby chodziło o dwie różne twarze: jedna spłaszczona użyciem lampy błyskowej na wprost i ta sama w świetle witrażowym, wyłowiona z półmroku łomżyńskiej Katedry, przy ul. Dwornej, gdzie od pół tysiąca lat budzi szacunek wiernych, pamiętających o budowniczym świątyni księdzu Janie Wojsławskim. Festina lente czyli „Śpiesz się powoli” jeśli chcesz zachować tajemnicze nastrojowe światło, najlepszą pamiątkę z wyprawy odkrywczej. Gwoli sprawiedliwości pierwsze zdjęcie też jest ciekawe, zwłaszcza dla konserwatora zabytków, jako lista zabrudzeń, przebarwień i ubytków w płycie nagrobnej szacownego proboszcza.

Bolesław Deptuła
wt, 26 kwietnia 2016 11:56
Data ostatniej edycji: 2016-04-26 20:00:15

Lód wielkanocny

Nawet zimy w PRL były lepsze, dowodem ta fotografia. 45 lat temu nie tylko przodownikom pracy „chciało się” pracować. Nie było bezrobotnego, chyba że bumelant. To był patriotyczny obowiązek, a nie tylko adrenalina z balansowania na krze lodowej. Jak kierownik kazali wyjść na świeże powietrze, to się szło nawet w tzw. gumakach (boć przeca - jak się mawia nad Narwią - na cieplejsze gumofilce trzeba zasłużyć). Zawsze było coś na rozgrzewkę, choćby parę razy łomem między gumaki. Trzeba się było wykazać krzepą, bo saperzy nie zawsze mogli przyjechać. Chyba, że lód napierał na most drewniany - przeprawę do Kalinowa, o to musowo wtedy należało parę razy metodą wybuchową udrożnić naszą kochaną Narew pod Łomżą. Zdjęcie z akcji spławiania lodu, zrobione przy okazji spacerów wielkanocnych wyszło ponadczasowe, wprost nie do wiary po upływie pół wieku. Piękny pejzaż, dokument i reportaż. Zaledwie w jednym pokoleniu - kto zechce, ten zobaczy - gigantyczne zmiany w Naturze, przyśpieszone nie do końca przemyślanymi działaniami „człowieków jak mrówków”. Oczywiście ogląd świata jak zwykle kończy się na czubku własnych nosów. Projektujemy najczęściej krótkowzrocznie, bez chęci przewidywania skutków. Sam siebie przemądrzały człowieku niszczysz, gałąź na której siedzisz przecinasz samodzielnie swoimi rękami - chyba że ktoś szybszy, ktoś obcy utnie ci coś innego. Oczywiście jak zabraknie wody pitnej, jak wyschną studnie a głębinowe wiercenia staną się bardzo kosztowne wtedy wbije się w Niebo kolektywne zawodzenie i pretensje. Dopiero wtedy. „Ludu mój ludu, cóżem ci uczynił”…

Bolesław Deptuła
so, 09 kwietnia 2016 15:43
Data ostatniej edycji: 2016-04-09 15:53:42

Wszystko widzi

Świetna kompozycja. Zdolny fotograf wychwycił i podkreślił co się dzieje gdy nie potrafimy przewidzieć, jak bezlitosne warunki atmosferyczne zmieniają rzeźby. Masakra estetyczna widoczna po latach. Zapiszmy na plus, że nie udało się sfabrykować postumentu z jeleniem nad Narwią, ani pomnika Księcia Janusza na starówce. Tym bardziej, że białostoccy (dlaczego łomżyńskim nie zlecono?) artyści-projektanci otwarcie zademonstrowali swoje szczere uczucia wobec Łomży forsując postać rycerza spod Grunwaldu jako łachmaniarza-mieszczanina, dając mu cyrkiel geodety za wskazówkę zegara słonecznego (skoro nie miecz, to lepiej miotłę - byłoby bardziej proletariacko.) Bez wątpienia tym rozjechanym pomysłem wtopimy się idealnie w ruinę „Hali byłej Targowej” którą planuje się przemalować na „Halę nowej Kultury”. Najsmutniejsza na tym tle będzie tablica wyliczeń unijnych funduszy - kosztowny chichot lewizny, która rozpływając sie w nicość nie wpadła na myśl otwarcia w tym miejscu Muzeum Diabła (choć eksponaty istnieją). Jeszcze na emeryckich posterunkach tkwią funkcjonariusze PRL-u hojnie podkarmiający gołębie, aby na bogato po europejsku pstrzyły środek miasta, gdzie na razie nie ma planowanej szklanej piramidy. Tego najbardziej żal, bo trudno usuwalne pamiątki po gołębiach tak pięknie lśniłyby w słońcu tęczowymi smugami. Pomyśleć, czego to nie wymyśli się za pieniądze, które - oczywiście nie śmierdzą. Czy tym razem jakiemuś dygnitarzowi starczy odwagi na jubileusz 600-lecia Łomży, by okryć się kocykiem z misia, imitującym szlachetne szaty książęce, a czy w roli „bujdy na resorach” znowu pojawi sie landara, niczym dynia z bajki ? Jeśli nie zdążymy z pomnikiem jakiegoś zająca z brązu, można przygotować pomnik z lekkiego gipsu, ruchomy - takie rozwiązanie ujrzała przed laty wycieczka z Łomży na Litwie. Było to szokujące spotkanie z popiersiem Lenina przed pałacem Tyszkiewiczów. Co prawda stał tam jeszcze robociarz z antenką na berecie, ale nie wyglądał na szybkiego. Chyba usłyszał język polski, bo chwila-moment pomnik zniknął. Ile to trwało? Trzy kroki na postawienie plecaka, wyciąg aparatów, trzy kroki nazad (jak mawiamy nad Narwią), a tu zonk! - po Leninie ostał się jeno pusty postument. Bardzo praktyczne dla Łomży, można zdążyć przed gołębiami. Dawniej w herbach mieliśmy szlachetne symbole, teraz najłatwiej nadąć balon własnej lub cudzej wielkości eksponując lenistwo (oj! bywa tak, bywa) i bezradność wobec natrętów-petentów z miasta, marnotrawstwo na koszt innych oraz lokalną beztroskę, jak z planowaniem w ramach Funduszu Obywatelskiego zabawy na grobach. Bo tam gdzie za 14o tys. ma być kolejny Park (Miniatur Zabytków), lepiej sprawdzić dokumenty albo przeprowadzić sondaż i ekshumację, jeśli mamy taki gest. Zaorać można inne „niepotrzebne naszym sumieniom” zapomniane cmentarze - będą nowe działki. Czy gdzieś planuje się konkurencję najbardziej zapyziałych miast? Bóg wszystko widzi, w miejscowej skali rolę kary boskiej pełni chyba oglądanie takich przypadków - tylko dlaczego zamiast winowajcy, muszą cierpieć esteci?

Bolesław Deptuła
wt, 15 marca 2016 22:22
Data ostatniej edycji: 2016-03-27 06:58:23

Krzaczory

Kiedy znudzeni łomżanie i łomżyniacy marudzą, że nie ma co fotografować na tym zadupiu prowincjonalnym, zawsze ktoś z westchnieniem kończy: -„Pozostają krzaczory”. Oto instruktaż ugryzienia tematu:  jak w załączonej fotografii mogą być dwa całe (oby nie centralnie, to chorobliwa maniera) i dwa pieńki (bo to takie nowoczesne: jeszcze tyle zostało do zerżnięcia superpiłą mechaniczną) w tle resztki śniegu, co budzi tęsknotę za wiosną (i odrodzeniem, a wtedy…tą piłą!) Kulminacja oryginalności: zróbmy inaczej niż wszyscy - tu Autor zastosował technikę solaryzacji.  No i temat pozornie o niczym, a taki treściwy i krwisty. Więc do dzieła: to trudny temat. Krzaczory obłażą co się da i zasłaniają. Choć nie wszystko - coraz częściej widać normalne drzewa przycięte do rozpaczliwych pieńków albo kikutów: do uschnięcia. Twórzmy dokumentację tych resztek szlachetnej zieleni, ulegającej w opinii fachowców spoza Łomży, nieokiełznanej działalności „rzeźników drzew”. Skoro raczej nie ma nadziei na czyściejsze powietrze, liczyć musimy na oazy drzew (na początku - bez dzikich krzaczorów). Dlatego z rezygnacją kibicujemy wieściom, że z naszych podatków urzędnicy wyszarpną parę mln na utworzenie nowego Parku w Łomży (i znowu kredyt, w tym jesteśmy dobrzy). Więc zgodnie z przysłowiem „do 3x sztuka” - będzie uzupełniony niekompletny obraz dwóch Parków Miejskich jeszcze istniejących (raczej dogorywających w zapomnieniu: jeden z nich był nawet ogrodzony za Cara, więc z kosztownymi sadzonkami, a drugi Ludowy tętnił życiem gimnastycznym -nawet z kortem tenisowym). Po uroczystym przecięciu nowej wstęgi miasto „wzbogaci się” o zakątek nie do ogarnięcia, gdzie strach - sorry, przyjemnie - będzie zaglądać. Zobaczymy, jakie tłumy będą zwożone autokarami „za darmo” - czy te, które nie mieszczą się w Parku Jakuba Wagi? Nie ma tam tłumu? Ciekawe dlaczego, skoro tak bezpiecznie i Komenda Policji blisko. Z kolei przy planowanym Parku jest Kościół co gwarantuje odpowiednie do kontemplacji pustki w części promieniujacej Sądem Bożym dla miejskiej dominacji lewicowej. Inny zakątek, przy Basenie zamienionym na tropikalny Park Wodny, może liczyc na zakochanych więc ślepych na monitoring. Na kamery pod każdą ławkę weźmie się oddzielny kredyt i już w sprawozdaniu można planować oszczędności, bo zamaskowanie kamer gwarantują darmowe samosiejki krzaczorów łomżyńskich.

Bolesław Deptuła
wt, 16 lutego 2016 13:56
Data ostatniej edycji: 2016-02-23 22:08:39

Narciarz

Rewelacyjne ujęcia zawsze przetrwają „próbę czasu”. Przykład mocnej fotografii reporterskiej z dawnej „szkoły analogowej”, z ograniczoną ilością klatek negatywu w aparacie (przypomnijmy: było 36 na rolce - dla bezmyślnego pstrykacza to „tylko” 36 ujęć). Tak zmotywowany do samodyscypliny fotograf, wolał przemyśleć każdy planowany strzał, a doświadczenie podpowiadało gdzie znajduje się najlepsze miejsce do obserwacji, które zwiększy szanse na super ujęcie. Potem spokojne czekanie na ten jeden właściwy, przewidziany moment, który po utrwaleniu nie da się sprawdzić od razu. To były dodatkowe emocje. Zwykle wystarczała jedna klatka negatywu, a jeśli na wszelki wypadek robiło sie powtórki - o dziwo, pierwsza klatka okazywała sie najlepsza. Efekt pleneru w Olecku, a po raz pierwszy pracę pokazano w Łomży, w Galerii Jednej Fotografii.

Bolesław Deptuła
pt, 05 lutego 2016 06:48
Data ostatniej edycji: 2016-02-06 07:04:37

Poczytaj mi Mamo

Dobra Mama wie, że odwrócenie uwagi a nie krzyki, najlepszym sposobem na rozbrykanie potomka, Atomka i nie tylko Tomka. Szczęśliwa Mama, która daje dziecku tyle wolności na ile pozwala czuła i czujna kontrola. Kochająca się Rodzina to najlepsze warunki do rozbudzenia bogatej wyobraźni ułatwiającej życie. I tylko żal wielu umęczonych, którzy nie znajdują sposobu na małego terrorystę-psychologa-samouka. Bywa błaganie matki o ciszę, co tylko nakręca pretensje, jest też zgoda na twierdzę z krzeseł. Kiedy nadmiar energii rozładowany, są obietnice wpólnych przygód wg obrazków z ulubionej książki. To np. wtajemniczenie w świat dinozaurów i obłaskawienie wszelkich potworów, które jakoś Mamie nie są straszne. Jak najwcześniej podsunięte dziecku kolorowe książeczki najpierw będą „przeczytane” w strzępy, sprawdzone „bezzębnie” i oby to były „dzieła utwardzone”, nie-chińsko-toksyczne. Później przyzwyczajone do tych kształtów rączusie, same przyniosą to coś ulubione, choćby jedyne obok kolekcji kryształów rodzinnych. Przy okazji: pewnie tylko Dziadkowie znają jeszcze sprzed rewolucji cyfrowej barwne, kilkustronicowe książeczki z serii pt. „Poczytaj mi mamo”? Choć słabej jakości druk, godne były podziwu odręczne rysunki, gdzie czuło się energię różnych autorów. Niejeden Dziadek za bohaterską wizytę u dentysty dostawał od swojej Mamy taką książeczkę „Poczytaj mi..”i przeżywał łatwiej straszny dźwięk (!) borowania lub wyrwanie zęba. Dentysty się nie pamiętało, tylko głośne nazwiska rysowników, do dziś ulubionych. Teraz świat zalała tandeta gładkości cyfrowej, ulegliśmy „urawniłowce”- powtarzalności anonimowej z komputera rodem. Nawet słynna Myszka stała się obślizgłą karykaturą dawnej Postaci, kiedyś z pełną mimiką. Cóż, ludzka ręka drży - automat sprawniejszy. Choć odręczne rysunki są cenniejsze i milsze, już wielu z nas tego nie rozumie, nie czuje. Docenimy dopiero gdy każdym szczegółem naszego życia zaczną kierować zimne automaty-potwory. Szybciej niż myślimy. Dobranoc, karaluchy do poduchy - co za potwór to wymyślił, Mamo?

Bolesław Deptuła
so, 09 stycznia 2016 18:10
Data ostatniej edycji: 2016-01-09 18:16:21

Halny

Pamiątka z łomżyńskiej wyprawy górskiej: czapki z głów! Zauważyć tak wieloznaczny motyw i mimo zmęczenia w podróży znaleźć ten jeden właściwy kadr: brawo! Przymróżmy oczy a zobaczymy jakby pochyloną pod naporem wichury postać starca, którego sylwetka zanika w zadymce śnieżnej: zamarzł, już dalej nie ma siły walczyć o życie. Wydaje się czymś wielkim, tajemniczym. Porównanie śladów pod drzewem zbija widza z tropu. Pozornie wysoki, solidny świerk jawi się miniaturką chudą, zdolną ugiąć się i przetrwać najgorszy wiatr halny. Zbyt często wieje na tym stoku, skoro drzewo zastygło jak uciekająca przed wiatrem postać, na dodatek w soplach w locie zamrożonego mokrego śniegu. Zwykle przydaje się w fotografii nieco wolnej przestrzeni dla „oddechu” przed każdą postacią - tu brak nie razi bo za to jest nadmiar pustej przestrzeni za plecami, w domyśle: zadymki przygniatającej ciężarem „białej śmierci” spętaną mrozem postać. Nadmierna „plama bieli” jest równoważona po ukosie z „plamą przestrzeni” na dole: wolnym miejscem do upadku. Zgrabną kompozycję fotograf zamknął innymi smrekami -„biegnącymi postaciami w kapturach”, które stopniując głębię perspektywy przydają wielkości głównej postaci mroźnego dramatu w górach.

Bolesław Deptuła
pon, 28 grudnia 2015 00:04
Data ostatniej edycji: 2015-12-28 00:13:24

Rzeźba nocy

Warto być cierpliwym, upartym w dążeniu do dobrego celu, nawet jeśli dla kogoś ograniczonego jest to „waleniem głową w mur obojętności”. Można uczynić wyłom w postrzeganiu świata wokół, wreszcie dotrzeć do kogoś przytomnego - uwolnić i przywrócić wiarę w sens naszego istnienia i pracy dla innych. Nie trzeba być specjalnym znawcą, aby poznać się na dobrej robocie, jak w tym przypadku - fotografa, z pleneru na delegacji -bo przy odrobinie dobrej woli każdy wyczuje co jest wartościowe. Wytrawni odbiorcy dzieł sztuki znajdą powody aby wzrok tu zatrzymać na dłużej. Instryguje choćby efekt jakby połączenia negatywu z pozytywem na ścianie warszawskiego Barbakanu. Dla dociekliwych: tylu wśród nas odkrywców a ilu od razu znajdzie punkty przyciągające wzrok, aktywizujące widza? Pozorny nadmiar szczegółów w kompozycji, fotograf uporządkował w szereg stopni prowadzących w głąb obrazu - od konturów pierwszego planu po otchłań nocy. Łączniki: podwójne blanki murów, ciemne i w II szeregu oświetlone, więcej, te blanki mają odpowiedniki w środku kadru, jakby „echo”: to ciemne piony dachu z jasną przerwą okna w III szeregu. Oby piękno Starówki warszawskiej inspirowało nie tylko artystów, niech dociera do rozumnych decydentów obojętnie patrzących na masakrowanie resztek zabytkowej substancji w innych miastach. Nad Wisłą style różnych epok połączono ze smakiem. Nad Narwią to nieważne? Kicz oblepia Starówkę łomżyńską - jaskrawym przykładem zamiana w trakcie remontu oryginalnego kształtu dachu kamienicy na dziwaczny, o kształcie wieka trumny. Turyści to zauważą, znowu miasto będzie „sławne”. Ileż trzeba cierpliwości.

Bolesław Deptuła
nie, 06 grudnia 2015 23:45
Data ostatniej edycji: 2015-12-06 23:54:40

Mimo samotności.

„Decydujący moment”- taką dewizą kierował się mistrz fotoreportażu XX wieku, Henri Cartier-Bresson. Nad Sekwaną takie arcydzieła szybciej trafiają do obiegu - to naturalne, że nad Narwią tej klasy fotografie własne, łomżyńskie muszą czekać na odkrycie, na swój czas. Musi pojawić się świadomy odbiorca, doceniający ponadczasowe dzieła sztuki fotograficznej. Autor posiada umiejętność, którą tak celnie opisywał Bresson: „Albo masz dar, albo nie. Jeśli go masz, to jest odpowiedzialność. Musisz pracować”. Wzruszający portret gospodyni spod Łomży, to przykład solidnej pracy fotografa, wykonanej intuicyjnie, wg zasady: być jak najbliżej w centrum wydarzeń, nie odciągać uwagi sobą, nadmiarem sprzętu, nie burzyć zastanej rzeczywistości i kierować sobą tak aby tło najlepiej dopełniło temat podstawowy. Jeśli zdjęcie będzie po latach elektryzować widza tak jak Autora, wtedy docenimy naturalność sytuacji, bogactwo uczuć samotnej gospodyni wśród różnorodności hałaśliwych, współczujących istot wokół niej - zrozumiały stanie się tytuł nadany przez Autora. Dla takich chwil warto żyć.

Bolesław Deptuła
wt, 17 listopada 2015 09:10
Data ostatniej edycji: 2015-11-17 09:14:09

Mazowieckie

Mało które drzewo ma tyle ukrytej energii. To jak spotkanie z żywą istotą. Podłomżyńskie wierzby z fotografii emanują mocą i fantazją kształtów, pięknem gwarantującym poprawę nastroju. Czasem, widząc dawny obraz lub szablę mówimy, że mają w sobie coś nieuchwytnego, więc są to „przedmioty z duszą”. Czujemy, że pamięć z nimi związana wciąż istnieje podnosząc wartość, niekoniecznie materialną. Tym bardziej wzrusza żywe "drzewo z duszą”. Takie szczególnie pamiętamy juz od dzieciństwa, kiedy z obawą spodziewaliśmy się czegoś ukrytego w spróchniałym wnętrzu wierzby (efekt bajki o żołnierzu przez wiedźmę namówionym, aby odnalazł w drzewie skarb ukryty). Albo jak AD.2015 sympatyczny obrazek ze spaceru: widok zakonnika o. Jana z przymuzealnego Klubu Historycznego w Łomży (z koleżeństwem zwiedzającego Narew między mostami), który filuternie sprawdził przytulne, niewielkie wnętrze wierzby na wypadek deszczu. Zmieścił się! - sytuacja obfotografowana na dowód poczucia humoru, nic nie umniejszającego postaci godnej szacunku. Wierzby, ciche przerywniki lub łączniki krajobrazu, pełnią wartę i są ozdobą spinającą wstęgi pól malowniczą kępą lub krótkim ściegiem na miedzy (w przelocie obiecujemy sobie powrócić w to miejsce, zauważone na horyzoncie - w różnych porach roku). Pojedyncze sędziwe okazy na rozstaju dróg lub długie szpalery (jak przy drodze do Narwiańskiego Parku Narodowego). To wreszcie stale coś obecnego, dzięki natchnieniu Chopina. Jego wierzba z mazowieckich równin stała się symbolem romantycznej natury Polaków i szczególnie bliskim znakiem dla uczestników Konkursu Chopinowskiego z całego świata -"globalnej wioski" z muzyką jako uniwersalnym językiem i swojsko-egzotyczną Naturą.

Bolesław Deptuła
so, 24 października 2015 12:14
Data ostatniej edycji: 2015-11-02 11:25:49

Miły portret

Niełatwo złapać portret dziecięcy, tak aby „modelka” zachowała naturalność. Tu fotograf schował się za taboret, aby wywołać ciekawość dziecka i szczery uśmiech. Udało się bez zakłócenia proporcji a spojrzenie z tzw. „perspektywy żabiej” umożliwiło wyolbrzymienie postaci. Co ciekawe, tu wystarczyło jedno ujęcie - jedna klatka negatywu na taśmie światłoczułej: a były to czasy oszczędzania filmowej taśmy, zawierającej tylko 36 klatek do naświetlenia, co zmuszało fotografa do samodyscypliny. Dobrze jeśli doświadczenie podpowiadalo, że trafiło się za pierwszym razem - choć  dopiero po wywołaniu można było sprawdzić efekt. Ryzyko? Trochę adrenaliny, np. czy ręcznie nastawiana ostrość odpowiednia, ale ogląd całości w ułamku sekundy upewniał - tak jak w tym wypadku - że nie trzeba kolejnych zdjęć. Dziś w dobie "cyfrowego nadmiaru" pewnie każdego korciłoby zrobienie wielu zdjęć „do wyboru” i tu już wątpliwe, czy energiczna „modelka” utrzymałaby filuterne ogniki w oczach. Moment silnego słońca przy oknie wygubił niepotrzebne szczegóły tła w tajemniczym zaciemnieniu, a rozświetlił włosy i przypadkiem odbijając się od jasnych powierzchni, dodał łobuzerskiej buzi dziwacznego efektu - który dzieci uzyskują chcąc się nastraszyć - podświetlaniem twarzy latarką. Wobec tylu punktów optymistycznych, może widz zechce wybaczyć miękkość obrazu, pewnie rażącą dziś dla „cyfrowych maniaków wyostrzania”?

Bolesław Deptuła
cz, 24 września 2015 23:24
Data ostatniej edycji: 2015-09-30 07:54:45

Plac budowy

„Czy się stoi, czy się leży, to wypłata się należy” - mawiano w PRL, czyli systemie robotniczo-chłopskim „słusznie minionym”. Byle jak, a forsa leci - zabawne? Nie bardzo.  Ze ściśniętym sercem prawdziwi Polacy oglądali takie obrazki na wielu placach budowy. Marnotrawstwo i odczłowieczanie za fasadą lukrowanej, kłamliwej propagandy. Porażająca codzienność, którą pod bacznym okiem funkcjonariuszy z Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk (państwowej Cenzury) czasem udało się przemycić choćby w obrazach „satyrycznych”, niechętnie widzianym „wentylu bezpieczeństwa” dla rozładowania wybuchowych sytuacji. Jednak kto miał stale socjalistyczny bałagan przed oczami, tego nie śmieszyły komedie filmowe typu „Miś”. Ile można było udawać, że mieliśmy „najweselszy barak w obozie komunistycznym”, albo że facet w bereciku z antenką nadawał się na dygnitarza, a prostackie obyczaje warto celebrować, jako „dziedzictwo nowej kultury proletariackiej”? Jak się czuli oszukani głodni koledzy na widok obrośniętego w piórka bezwstydnika z toastami, typu: -„Zdrowie wasze, w gardła nasze!”. Rzeczywistość, to jak plac budowy kolejnego osiedla w Łomży:  upiorna utrata zdrowia robotnika, trzeźwiejącego „ludu pracującego miast i wsi”, w bydlęcym błocie zamiast w hotelu robotniczym. Być wtedy odstawionym do specjalnych Izb Wytrzeźwień, to pech, czy szczęście: bo rósł dług „za usługę” ale na starość perspektywa mniejszych kosztów leczenia. Dziś po 35 latach, syta armia lemingów zatrudnionych „wg znajomości” beznamiętnie przyjmuje szokującą wiadomość, że słynne Postulaty Solidarności nadal czekają na realizację. Jak będzie za późno, dopiero usłyszymy dzwony na trwogę? Ktoś po fakcie będzie apelował o więcej edukacji? Pilne nauki patriotyzmu, to także drobiazgi - perły składające się na budowę godziwego życia: gospodarność, oszczędzanie, szacunek dla pracy innych, porządek itd. Przykład: kiedyś sobie a muzom, puszczono w tv obrazek z placu budowy w Japonii: samochód ciężarowy pod groźbą kary musiał mieć obmyte strumieniem wody wszystkie koła, aby błota nie wynosić poza bramę. W Polsce? Plac budowy można poznać po koleinach błota przed bramą.

Bolesław Deptuła
śr, 02 września 2015 23:28
Data ostatniej edycji: 2015-09-03 18:29:38

Dwa w jednym

Piękny strzał reporterski: brawa dla Autorki za spostrzegawczość i czułe wyławianie smakowitych tematów z chaosu otoczenia. Nieco melancholijny obrazek z centrum Łomży. Swojska zaradność - ileż dystansu i optymizmu. Upiększamy otoczenie nieomal jak w Sienie we Włoszech. Choć nie do końca te klimaty: media przekazały, że tam rada miasta pilnuje harmonii stylistycznej - wszelkie plomby budowlane między zabytkami Sieny muszą nawiązywać do otoczenia. Wynalazki typu anteny satelitarne nie mogą psuć widoku turystom, więc Włosi dopuścili w starej części miasta tylko TV kablową. Koniec i kropka. Czy dałoby się nakazy w stylu włoskim połączyć z ułańską fantazją? Nie dla nas podobne rygory, ważniejsze jest zdrowie, zwłaszcza gdy trzeba przeżyć serię kosztownych tortur wyborczych. Rodacy muszą śmiechem odreagować czasy odchodzących sfer aferalnych (sfor?), które butnie zapewniały w mediach, że w „tym kraju”(!) „wszystko chodzi jak w zegarku”. Przeszliśmy w Ojczyźnie niezłą szkołę cierpliwości, jak z tym balkonem: zepsuł się duży - zmajstrowano mniejszy. Niech ten obrazek bardziej łączy niż dzieli: tych z sytej "partii miłości" którym "wszystko" rozkwita - z tymi, którym przypisano prostackie, wyborcze hasło „wszystko w ruinie”. Łączyć powinna nadzieja na zmiany. Jeśli większość zechce prawdziwych zmian, to wymusi utworzenie i umocnienie klasy średniej - normalnej (nie aferalnej). Trzeba inteligentnych decyzji, aby zmniejszać dewastacje: moralne, zdrowotne, demograficzne, emigracyjne, zadłużeniowe, oświatowe - z tych ważniejszych, naprawdę zrujnowanych spraw, a lewizna umysłowa niech sama pilnuje się aby nie wpaść w nicość. Ile lat jeszcze? Które pokolenie podniesie polskie Starówki, tak łaciate jak łomżyńska , do poziomu zamożnych miast na Zachodzie? Kiedy Łomża będzie miała wszystkie elewacje zadbane i przeraźliwie czyste, świadomie skomponowana w każdym szczególe? Jak przestaniemy się szarpać od ściany do ściany i zapanuje poziom sterylnej, więc nudnej wizytówki w sercu miasta - być może ktoś zatęskni za odrobiną szaleństwa: wtedy niech ta fotografia będzie mu wzorem wolności. Oby nie za cenę niekończących się komisji, zezwoleń, kontroli, procedur, nakazów i wielu pieczątek -a po prostu w oparciu o zwykłe zaufanie wśród mądrej, wykształconej większości.

Bolesław Deptuła
śr, 05 sierpnia 2015 06:09
Data ostatniej edycji: 2015-08-21 07:51:09

Potworki łomżyńskie

Staropolski układ przestrzenny przetrwał na Starym Rynku długo. Niestety, w latach 30. XX wieku, jacyś lokalni pomyleńcy uznali, że na niewielkim placu przed Ratuszem zmieści się Hala Targowa - niezbyt urodziwa budowla użytkowa. Pewnie dopiero następne pokolenie pomyśli nad przeniesieniem tej nieszczęsnej Hali Targowej w inne, mniej widoczne miejsce. Oby wtedy ktoś rozsądny przywrócił jej pierwotną funkcję: kontakt z naturalną żywnością, przywożoną bezpośrednio od wytwórców. Niewielki Rynek w sercu miasta zatkały bardziej działania lobby handlowego czy lewizny umysłowej? Masy robotnicze kiedyś uznały, że to odpowiednie miejsce do demonstracji 1 majowej - na tym unikalnym zdjęciu widzimy jedną z nich. Dość upiorna budowla, znośna gdzieś na uboczu - całkowicie zmasakrowała bezcenną przestrzeń Starówki. Zaspokoiła za to żądanie wygód dla "nowych-miastowych”: pod dachem znalazły się Jatki Handlowe i Szalet Miejski - ten od strony Ratusza akcentował dziesiątki lat swoją obecność liszajami wilgoci. W Łomży rozum na długo ustapił miejsca Dyktaturze Proletariatu - nie na darmo „przyjaciele ze Wschodu” przynieśli bolszewię na bagnetach. Bagnetów nie ma, ale strach przed myśleniem pozostał? Zaświtała za to jutrzenka nadziei: wreszcie widać, że wyraźnie odstajemy od innych. Jeszcze nad Starówką pojawiła się „dominanta architektoniczna” nazwana przez mieszkańców piszczotliwie „trumną”: dziwny dach, który zmasakrował piękną zabytkową kamienicę i otoczenie. Na nic fale jałowych dyskusji „wyborczych” - ujawniły tylko brak odwagi do rozwiązań zdecydowanych i dla miasta ożywczych. Kiedyś deliberowano nad magazynami pruskimi k. Cmentarza i planowano tam przenieść Biuro Wystaw Artystycznych, w końcu zabudowano widok na magazyny - „plombą sądowniczą”. Hali zasłonić się nie da, chociaż...? Nie zdziwiłoby pojawienie się gustownej stodoły-supermarketu, skoro były nawet krzaczki i drzewa, za którymi tęsknią "prawdziwi łomżyniacy i łomżanianki". Ciekawe kiedy powrócimy do staropolskiej tradycji.

Bolesław Deptuła
pt, 03 lipca 2015 06:57
Data ostatniej edycji: 2015-07-16 14:38:54

Ból istnienia

Przed każdymi wakacjami, mocniej przeżywamy powody do strachu. Chcemy aby zwłaszcza najmłodsi odpoczęli od narastającego hałasu egzystencji, dominacji lemingów, kleszczy. Będzie dobrze. Damy radę, nawet w zetknięciu z resztką drutu kolczastego, to diabelstwo poczujesz w piasku, trawie - dopiero po nadepnięciu. Załatwi ci rower lub o zgrozo narty porysuje, gdy wybierzesz góry zamiast plaży. Nie da się przewidzieć - gdzie jeszcze się czai? Zdumiewajace, jak sobie nasi przodkowie radzili do tej pory bez tego amerykańskiego wynalazku z XIX wieku. Jak my opanujemy narastające wokół zło? Jakoś wszystko w pewnym momencie obraca się przeciwko Bogu ducha winnym. Przykra świadomość, że rozrastający się bez opamiętania gatunek dwunożny widzi, ale nie potrafi opanować dokuczliwości nadmiaru, narastania wszystkiego, co najgorsze. Kiedyś ten balon pęknie. Nadmiaru agresji, ekshibicjonizmu, głupoty, nadmiaru chemii w jedzeniu, braku chemii między bliskimi ... jak u desperata przed pożegnaniem, kolejność obojętna. Autor fotografii nie zważając na to, co powie jakiś lekkoduch, dostrzegł źródło emocji w miejscu, które inni obojętnie mijali. Widzi okazję do poszukiwań człowieczeństwa wokół, wśród słabszych. Widzi okazje do współczucia, refleksji nad kruchością istnienia i zbyt częstym brakiem myślenia: znowu ktoś wściekły na złodzieja lub bydło włażące w szkodę potraktował drzewo zbyt instrumentalnie. Jak niejeden dwunożny najbliższe sobie istoty.

Bolesław Deptuła
pt, 12 czerwca 2015 07:16
Data ostatniej edycji: 2015-06-12 08:19:47

Wiosna w Starej Łomży

Fotografia jest lepsza, gdy oszczędna kompozycja. Tu trzy elementy sygnalizują: rojne ule, wybuch zieleni na wiosnę i gniazdo rodzinne. Jak wspomnienie dzieciństwa i zasłyszane przysłowie o „Krainie mlekiem i miodem płynącej”. Sielski obraz, z miłą dla oka bliskością pasieki i chałupy. Jeszcze trochę a obraz wyjątkowy lub utracony, bo publikatory skutecznie wtłaczają do głów inny styl życia: zniechęcanie do wędrówek poprzez straszenie groźną i niebezpieczną przyrodą. Uważaj - kleszcze atakują w lesie a kto uczulony może umrzeć od jadu pszczoły. Jesteś bezpieczny tylko przed szybą ekranu. „Nie odchodź od TV”. Jak się zmieniło nasze rozumienie pracy pszczelarzy? Są nieobecni. Chyba Nie popularyzujemy w atrakcyjny sposób miłośników pszczół, a kolejne pokolenia na pytanie skąd się bierze miód - będą odpowiać szczerze: z hipermarketu. Coraz głośniej sami pszczelarze mówią, że w Polsce spożycie miodu jest bardzo niskie. Jakoś tego nie zmieniają jednorazowe akcje lub kiermasze, na które nie dojedzie starzejące się społeczeństwo, a do pozbawionych aut - nie chce dojechać żaden bezrobotny z obwoźnym kiermaszem. Na potrzeby wyborcze Prezydent RP - „tego kraju” jak mawia syta część społeczeństwa - podpisał ustawę zezwalającą rolnikom na bezpośrednią sprzedaż swojej produkcji. Dopiero? A kiedy obłożenie podatkami zachodnich super-extra-lux-marketów? Zanim umęczona głupotą nasza Ojczyzna doczeka możliwości urzadzenia w każdej dzielnicy mini targów pod otwartym niebem, wzorem krajów cywilizowanych, może jakiś rolnik, na początek w Łomży urządzi  obwoźny handel, zwłaszcza z miodem? Ciągle Dziki Wschód? A tu chwila i dościgniemy „Dziki Zachód”, gdzie jak doniosły media: pszczelarstwo XXI wieku, to obecność pszczół np. na dachach (Londyn w 2012 r.- ponad 3 tys. pasiek, a Nowy Jork - 400 pasiek). Ilu rodaków obejrzało dokument filmowy o pracy pszczelarza na dachu Opery w Paryżu? Ilu pomyśli z sympatią o naszych pszczołach, także ze Starej Łomży?

Bolesław Deptuła
cz, 14 maja 2015 07:05
Data ostatniej edycji: 2015-05-14 12:45:30

Kwiecień z mostu

Cyklicznie znikająca plaża miejska. Niekonieczna dla odważnych, samotnych pływaków hartujących się w zimnej wodzie. W leniwym nurcie dzikiej Narwi - znowu bujna trawa plażowa. Dla wielu najmilszy jest widok, gdy rzeka w naturalny sposób rządzi się sama, a ludzie dostosowani do rytmu przyrody. Oczekujący wygód liczą, że ktoś im urządzi rajską plażę, a na razie jak zwykle potulnie rozłożą kocyk na podsuszonym bajorku. W powietrzu wisi przygniatająca wszystko ogólna niemoc. Co roku bezsilne czekanie na gospodarza. Zmusić się do egzotycznego wyjazdu czy tylko pomarzyć o Wyspach Kanaryjskich? Tam wiadomo, wyspiarzom kapitalizm całkiem namieszał w głowach i opłaca się im przywozić mięciutki piasek prosto z Sahary, do przykrycia zbyt kamienistych, ciemnych plaż. Oblatani w świecie zadziorni łomżyniacy z łomżyniankami oraz stateczni łomżanie, chyba powinni dopytać jak rozwiązali problem rozwożenia tego złocistego skarbu stateczni kanarianie, a jak kto woli kanaryjczewiacy lub swojsko: zadziorne kanaryjczewiaki? My zadłużeni i na dorobku możemy myśleć o użyciu taczek - a jaki to byłby światowy nius dla wszelkich TeraMyTV, tuż po: gdzie kto kogo - rozjechał na zielonym lub okradł oraz ile przeleciało trąb - w ramach codziennych, pogodnych wiadomości. Może rozpylali z powietrza - gdy brakło silnych wiatrów, które naprawdę już przenosiły grube warstwy piachu z Sahary. Chyba nie rozwieźli metodą łomżyńską, bo nie słychać o głębokich koleinach do samego Oceanu? Na kogo można więc liczyć? Regionalni milionerzy mają etap przewożenia pojedyńczych siedzeń na w/w Kanary. Są jeszcze na horyzoncie „autostrady w budowie” gdzie błyszczą  góry piachu, ale w ramach reklamy żadna Wysoka Dyrekcja  nie ofiaruje paru wywrotek, a nawet pewien jeszcze Wyższy Naczelnik Łomżyński rozłożył ręce bezradnie, pytany o możliwość skierowania trochę żwiru na podwyższony nadnarwiański brzeg przy moście. Ten stopień plażowej trudności jest nie do pokonania, chociaż gustownych opon chyba starczyłoby do wyłożenia drewnianych schodków nad Narew? Mamy więc plażę jak Wspólnotę - cyklicznie nieobecną.

Bolesław Deptuła
wt, 21 kwietnia 2015 13:25
Data ostatniej edycji: 2015-04-22 10:14:29

Matera

Był rok 2002. Zastanawiałem się, jak sfotografować to wyjątkowe miejsce, czym ożywić bryłę starej Matery, z warstwami domków jakby przylepionych do skał? Nadarzyło się odpowiednie światło i w tym momencie pojawił się gołąb na balustradzie widokowej - połączył oba plany zdjęcia. Stałem na skraju „nowego miasta” z nie mniej fascynującą architekturą, ale to właśnie tzw. Sassi -„kamienna dzielnica”- była najciekawsza. Żałowałem, że jestem zbyt krótko aby w najstarszej części Matery zagłębić się w plątaninę uliczek, gdzie mieszkalne groty to często jednoizbowe domy drążone w skale, mające jedynie murowane fasady. Pamiętałem że w 1993 r. Materę wpisano na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Przed wyjazdem kupiłem na pamiątkę lokalną gazetę i… na głównej stronie przykuł mój wzrok portret Mela Gibsona - zapowiedź jego wizyty w mieście. Byłem nieświadom tego, co tu się będzie działo, ile rozgłosu na cały niemal świat, przyniesie kręcenie przez ok. 2 miesiące słynnej i kontrowersyjnej „Pasji”. Z czasem okazało się jak wielką odwagą wykazał się znakomity aktor, który podjął się reżyserii niezwykle realistycznej, pełnej przemocy wizji Drogi Krzyżowej w głośnej „Pasji” - filmie który rozsławił miasto. Wg mediów Gibson zachwycił się Materą od pierwszego wejrzenia, od razu uznał że jest idealna. Teraz jedno z najstarszych miast na świecie znowu kusi: do ponownych odwiedzin. Szlakiem filmowej „Pasji”- w naturalnej „scenerii” skalnej, niczym u progu naszej ery.

Bolesław Deptuła
so, 04 kwietnia 2015 15:41
Data ostatniej edycji: 2015-04-04 23:03:45

Pod dachami Łomży

Samo skrzyżowanie z dachu wystarczająco intrygowało nie opatrzonym punktem widzenia, było jednak zbyt pusto, sucha dokumentacja tworzyła przygnębiający obraz wyludnionego miasta. Dopiero autobus ożywił kadr, pojawiając się wśród pudełek domów jak energiczny aktor na scenie. Co jakiś czas słychać głosy o podrzucenie super tematów „artystycznych”, adresów. Zbyt rzadko doceniamy urok tego co mamy pod ręką, myślimy o dalekich wyprawach, zaniedbując systematyczne dokumentowanie otoczenia, które się najlepiej zna i lubi. Po uwiecznieniu wszystkich wyludnionych wsi i opstrykaniu opuszczonych fabryk - co zainteresuje wymagających fotoamatorów ?

Bolesław Deptuła
so, 07 marca 2015 06:21
Data ostatniej edycji: 2015-03-09 17:38:57

Samson i niewiasty.

Dlaczego tylko nieliczni są obdarowani umiejętnością: patrzę = widzę? A jeszcze potrafią to w szczególny sposób utrwalić i przekazać innym. Jak Autor, który opowiadał: -„ Zobaczyłem cały  lodowy świat w cieniu mostu nad Narwią - z postaciami, budowlami, zamkami itp. Zrobiłem w ciągu 4 dni kilkadziesiąt zdjęć. Nigdy potem takie warunki się nie powtórzyły. Tamtej zimy woda była wysoka, zamarzała kilkakrotnie. Odwilż, znów zamarzało i tak powstały piętrowe warstwy lodu, a między nimi utworzyły się te figury. Dodajmy: niełatwo pokazać coś tak niepozornego w odpowiednim kontekście emocjonalnym i koniecznie z niższego punktu widzenia, a więc „wyolbrzymiając” miniaturowy świat, dodając dostojeństwa. Pomysł „spaliłby na panewce” bez „wyjęcia figur” z tła, przecież o jednakowej tonacji i ostrości. Dopiero użycie teleobiektywu rozmyło drugi plan, skupiając uwagę na tym co najważniejsze. Teraz dopiero umysł zgodnie z naturą człowieczą włączył zabawną „skazę” antropomorfizacji, zgodnie z którą we wszystkim dopatrujemy się cech ludzkich, na podobieństwo swoje. Zaczyna się wtedy nadawanie zjawiskom lub jakimś rzeczom ludzkich motywów postępowania. Może jest w tym odruch obronny: oswajanie świata? Mówimy sobie: żaden złowieszczy znak - nic strasznego, wokół „sami swoi”. Autor widzi tu atletycznego Samsona i niewiasty w powłóczystych sukniach, u jednej dziecko w ramionach. Ktoś przekorny będzie mieć skojarzenia zaskakujące: może to raczej przestępca? Z takimi dawniej rozliczano się na miejscu, poprzez oblanie smołą i obsypanie pierzem. Z kolei para z dzieckiem wygląda jak uciekinierzy z Sodomy lub Gomory, nawet pojawił się za nimi czerwony element krajobrazu niczym rozżarzony kamień wyrzucony siłą wybuchu z płonącego miasta - im już nie pomożesz, nie oglądaj się, bo zamienisz w słup soli niczym żona Lota! Zadziwiająca natura umysłu ludzkiego, wykształconego w kręgu kultury antyczno-biblijnej i odwiecznych skojarzeń ze zmaganiami Dobra i Zła. A więc: szukajmy po swojemu, jest tyle możliwości dookoła. Choć mówimy „wszystko już było”, wciąż można zobaczyć „to samo - inaczej”. Wszak każdy ma swój oryginalny, wyjątkowy świat - tylko sztuką jest odkryć ten skarb umysłu - najlepiej ćwicząc i ucząc się na błędach. Czyż nie w każdym pokoleniu kryje się odrębna i bezcenna świeżość widzenia tajemnic wspólnoty?

Bolesław Deptuła
pon, 09 lutego 2015 07:55
Data ostatniej edycji: 2015-02-09 08:03:46

Na grzyby w styczniu

Choć kolejna zima kusi długimi wiosennymi przerywnikami - w malowniczych lasach pustki. Jak łatwo ulegamy nowym przyzwyczajeniom: w miejsce zdrowego spaceru - bezruch przy migającym ekranie. Tymczasem przy odrobinie wysiłku można odnaleźć wyjątkowe piękno - niedaleko nas. Jak w tym miejscu, gdzie strzelistość sosen i głębię perspektywy podkreślił prześwit leśnej drogi prowadzącej do Narwi. W nagrodę za trud, przy odrobinie szczęścia spotkamy grzyby, często maleńkie ale piękne w swej różnorodności kształtów i barw. Jednak prawdziwą sztuką jest odnalezienie zimowych okazów, nieznanych o egzotycznych nazwach: boczniaki ostrygowate, zimówki aksamitnotrzonowe i uszy bzowe.

 

Bolesław Deptuła
śr, 21 stycznia 2015 23:53
Data ostatniej edycji: 2015-01-23 10:11:29

Dziury

Gdy opadł pył po walce wyborczej, ujrzeliśmy wyraźniej podziurawioną rzeczywistość wokół - w spadku po czasach „słusznie minionych”. Od dziury budżetowej itd. itp. aż po bardziej przyziemne, jak przedziurawiona balustrada mostu Hubala nad Narwią. Ta odkąd pojawiła się w sierpniu AD 2014, przeraża jakością pordzewiałych, żałosnych resztek balustrady i rokuje poszerzeniem dziury do szerokości kapryśnej rzeki. To jednak marność wobec przypomnienia sobie płynu Lugola (zapewne zaopatrzenie nie będzie dziurawe?), skoro kolejna elektrownia atomowa na Ukrainie zaczyna mieć kłopoty - zimą. Za to najsłynniejsze Czarne Dziury mamy z głowy: podobno nie istnieją - właśnie po 50 latach badań ogłosiła to pewna uczona, co stawia pod znakiem zapytania teorię Wielkiego Wybuchu. Kosmos nam na razie odpuścił. Zaświtała jutrzenka nadziei na powrót do normalnej pracy, bez której jak wiadomo nie ma kołaczy. Teraz kto rozpocznie walkę z nawykiem bylejakości, łatwizny pt. „wszystko po najmniejszej linii oporu”? Czy jest pomysł na wciąż pączkującą „większość” myślących inaczej, która grozi, że „zawsze ma rację” a zbyt polubiła słodkie życie, jednak nie drogą kupna-sprzedaży ale rwącego potoku „kombinacji pod stołem”. Kto ukróci wymyślanie znoszących się nawzajem przepisów, procedur, wykazów, nakazów bez pierwszeństwa zasady „zdrowego rozsądku”? Jak zachęcić do podwinięcia rękawów? Przede wszystkim kto zalepi dziurawy system „niby kontroli” - począwszy od solidnego wy-cho-wy-wa-nia, młodych i starych? Najlepiej jednoczesnej nauki (szkoła i kursy) tych samych spraw i stałego przypominania o obowiązku uczciwości i rzetelnej pracy. Dziurawy system oświaty i wychowania jest początkiem każdego narastającego nieszczęścia.

Bolesław Deptuła
śr, 03 grudnia 2014 17:12
Data ostatniej edycji: 2014-12-04 12:48:27

Wyjazd z Polski

Jaki obraz zostaje w oczach zmuszonych do zarobkowej emigracji? Szacuje się liczbę kolejnej fali na dwa i pół miliona, z czego większość już nie wróci. Podróż prosto w słońce, z nadzieją zmian na lepsze - u obcych. Skoro świt, bo czas goni. Świetnie uchwycona migawka z drogi głównego kierunku - do Niemiec. Niepokój ogniskuje się w centrum kadru, wzmocniony dominującym kolorem. Autor złapał chwilę przecięcia kadru inną nitką autostrady, umieszczając jakby sygnał usprawiedliwienia się: "zawsze jest możliwość powrotu?”. Kula światła wysyła echo w kierunku widza (odblask na szybie auta? w dobrym momencie) - nie zapomnij wrócić, tu Twoje miejsce! Ilu myśląc o zagrożeniach „fotografuje oczami” ulubione fragmenty rodzinnego pejzażu, ta chwila pozostanie zadrą w podświadomości. Wyskoczy, zaboli w chwilach zwątpienia, gdy zawiedzie oczekiwany raj. Spóźnione refleksje: uciekam z tchórzostwa czy tak przerosły mnie trudności biurokratyczne w rodzinnych stronach? Usprawiedliwiam się, że jest trudniej dla tych ze wschodu Polski, gdzie straszy jeszcze mentalność najgorszego zaboru, ruskiego: z trzech dawnych „jeźdźców apokalipsy” ten wyniszczający najbardziej moralnie i psychicznie. Zakodowane w pamięci resztki feudalnego prostactwa, konieczność przełamywania tej mieszaniny bierności i strachu. To się jednak zmienia: pokojowo odwracamy dołujące nas złowieszcze proporcje Zła i Dobra. Pokonywanie trudności nas zahartowało: czas na odtruwanie umysłów i pracę od podstaw. Chcemy normalnej pracy, na uczciwych fundamentach. Czas przerwać potok emigracji. Nie warto wyjeżdżać na stałe, w Ojczyźnie jest ciekawiej - tu czekają prawdziwe wyzwania, większe emocje. Teraz od siły polskich rodzin zależy dobra przyszłość.

 

Bolesław Deptuła
pon, 17 listopada 2014 11:55
Data ostatniej edycji: 2014-12-01 08:12:34

Wataha

Osiedlowa codzienność Łomży. Niekończąca się saga śmieciowa i wataha, tu odmiana miejska. Weterani chcą pamiętać PRL tylko poprzez doraźne przyjemności: oranżadę w proszku, gumę Donald i wyroby czekoladopodobne. Przecież dało się żyć wśród odpadków? W kolejności więc najpierw psia „większość” dopiero potem babcia z wiaderkiem śmieci. Czujna obserwacja watahy: gdzie ustawiły się usłużnie spuszczone uszy, kto tam podkulił ogon a kto jest „przewodnią siłą” ze sterczącymi uszami? Mieszkańcy - drudzy w kolejności do śmietnika - uformowani przez strach, musieli siedzieć cicho i służyć władzy, której przedstawicielem był robotnik fizyczny. Skoro ten obłudnie zwany „pupilem” klasy rządzącej, nie odstawiał pustych pojemników na śmieci pod daszek, to widocznie nie musiał. Każdy się z nim liczył, a inteligencik zamiast narzekać, mógł zabrudzić rączki i wepchnąć śmieci za murek - proste, bo drzwi nie było. Nie chce tam wejść w urynę? A gdzie lud pracujący miast i wsi miał się odlewać, skoro szaletów 2-3 na całe miasto? Przez długie lata wystarczyło hasło dyscyplinujące „A co, może się wam ustrój nie podoba?” Milczano, pamiętając o strzałach w tył głowy przeciwników, o czym głośno dopiero od niedawna. Dzieci nie uwierzą, że urządzano też w PRL tzw.„czyny społeczne” zwłaszcza w niedziele, aby "uczyć pracy", pośmiać się z mieszkańców śpieszących do kościoła i lepić sztuczny mur: „nowocześni” (homo sovieticus) kontra „ciemnogród". Podobno dziś bylibyśmy na poziomie Danii, Szwecji, gdyby nie narzucony Polsce model sowiecki - piszą media AD 2014. Ale z tego „wzorca” nie możemy się otrząsnąć, bo znów w kolejce do „wybrania” jakby nic podnoszą się weterani, którzy chcą dokończyć, wygładzić „błędy” i namaścić dziedziców „władzy”. Tymczasem pół wieku po rządach jedynych nieomylnych, śmieci dalej wysypują się z pojemników. Bardziej czystych, kolorowych plastików - o, to już sukces starej upudrowanej mentalności. Weterani udają, że to problem nierozwiązalny więc normalni ludzie muszą „dopłacać do śmieci”, zarobić na tym może tylko aferzysta na stanowisku. Jak przywrócić wytępionych wszelkich „prywaciarzy”- w tym handlarzy szmat, butelek zwyczajnie, jak dawniej, wspierających oczyszczanie naszego krajobrazu? Wolimy upadlające zjawisko "nurków śmieciowych"? Natura nie czeka: podsyła do miast nowe watahy: dziki buszujące w śmietnikach Warszawy i w mediach długo, aby radni zauważyli problem - oraz niedźwiedzie zaglądające do śmietników w Zakopanem, może szybciej uziemione bo pokazane w wiadomościach TV. Które z dzikich zwierząt (oprócz jenota w sklepie) zadomowią się w śmietnikach Łomży?

Bolesław Deptuła
wt, 28 października 2014 11:49
Data ostatniej edycji: 2014-10-28 12:05:53

Czerwony autobus

Wzdychamy czasem: „Boże, widzisz i nie grzmisz?”(cytat z „Ogniem i mieczem”). Przyzwoici ludzie wiedzą że kara za nadmiar bezczelności w końcu nadejdzie i będzie to widowiskowa lekcja, dla przestrogi. Kiedyś uczono, że albo robimy coś dobrze albo wcale - bo tak uczciwość nakazuje. Jednak nastąpiła zmiana: testuje się nadmiar jawnego marnotrawstwa. Bylejakość kwitnie. Rozbudowano „świecką tradycję”: od nieprzytomnego sypania milionami na nowe budowle choć w ruinę staczają się pustostany - po dbałość o „wizerunek partyjny” na pokaz i cudzym kosztem. Coś tak dziwnego, jakby chodziło o testowanie cierpliwości coraz bardziej wkurzonych ludzi. Pojawiła się np. propagandowa  książeczka, której nie warto reklamować, bo wstyd dla miasta. Powiedzmy tylko, że spłodził ją ratusz, z popiersiem „miłościwie urzędującego jeszcze”. Od razu widać niechlujstwo: na okładce wydrukowano datę: 2104. Zabawne, że „zdążono” przed wyborami samorządowymi AD 2014, które „przypadkiem” za chwilę. Z czyjej kieszeni ten „druk niewyborczy”: nieświadomych podatników czy tylko wiernych urzędników? Naciągana okazja to nieokrągła rocznica 45-lecia uruchomienia „czerwoniaków” w mieście. Jakiż to „głębszy” związek mają zdjęcia MPK (Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacji) ze zdjęciami Łomży XIX wieku albo jak się ma czerwony autobus do religii, wojska, sportu lub Narwi? Pod takie hasła powtykano żenującą zbieraninę wielu miłych zdjęć. które aż się proszą o dopracowanie i pozbawienie propagandy. Powstało coś ni przypiął, ni wypiął - bez jakiejkolwiek chronologii, za to z naruszeniem praw autorskich. Może autorzy fotografii mają być wdzięczni za wiekopomny druk i milczeć? Pewnie zapracowany urzędnik nie miał głowy do jakiś honorariów, czyli jak w PRL: „nagrodziliśmy Was publikacją wybranych prac”? Kto zakończy na Ziemi Łomżyńskiej ten PRL-bis z przejściowymi Towarzyszami, mimo trudności budujących własną odmianę „kapitalizmu bez twarzy”? Cóż za niepojęte lekceważenie: choć pokaleczone gazetową jakością druku, to jednak fotografie należało ponumerować i powtórzyć numer przy każdym nazwisku, dla łatwiejszego odnalezienia źródła. Należało też dopracować literacko podpisy - bo są infantylne i błędne. Efektem niechlujstwa jest np. brak nazwiska Janicki, pod zdjęciem „ostatniej dorożki” - na pewno Autorowi jest przykro a wątpliwe by urzędnik odwiedził go z przeprosinami. Innych autorów określono tylko „właścicielami zbiorów”. Jakby nadal obowiązywał kołchozowy styl dusznej aury „robotniczo-chłopskiej”, gdzie prym wiodą eksperci i znawcy układów, załatwiania, kombinacji. Bez strefy normalnego rozwoju. To chore. Niby wiadomo, że jest źle, a wciąż brak mądrych do naprawy takich sytuacji. Podpatrujmy przynajmniej jak odnotować dla potomnych ten chory układ, bo młodzi nie uwierzą: to jakiś rodzaj Skansenu Wspólnoty Socjalistycznej „Z ludzką Twarzą”? Pomysł na przedsiębiorstwo atrakcji turystycznych „Nasz PRL”? Tu ważą się opcje: prostacy nieświadomi własnej głupoty na tropie cyników wręczających przysłowiowej małpie brzytwę? Ilu gotowych do przemalowania czerwonego autobusu na niebiesko, czeka w napięciu aby dorwać się do worka pieniędzy i władzy?  Śmietnik Historii litościwie czeka. W którym momencie piorun strzeli?

Bolesław Deptuła
so, 18 października 2014 11:10
Data ostatniej edycji: 2014-10-20 23:47:05

Projekt

Intrygujące zdjęcie konkursowe z autoportretem, projekt plakatu oświatowego. Niezapomniany dr Bolesław Czyżewski na własnym przykładzie poprzez zdobywane nagrody ośmielał miłośników dobrej fotografii, zachęcał do aktywności nowe środowisko. To dzięki Niemu przy Szpitalu Powiatowym - naprzeciwko Szkoły Drzewnej - powstał klub twórczy, najpierw złożony z lekarzy potem przyjmujący chętnych z miasta. Wciąż za mało takich wyjątkowych ludzi, którzy zakładają i utrwalają bezcenne, ważne stowarzyszenia artystyczne lub ochronne - od strażackich po charytatywne - jak było zawsze i powinno być nadal. Wartościowy impuls zwykle szedł od wybitnych samouków, zwłaszcza z kręgów wykształconych: lekarzy, prawników, nauczycieli itd. Ale jak działać w społeczeństwie świadomie ogłupianym, uwięzionym w jeszcze powojennej mentalności?  Zbyt wolno rozliczana rzeczywistość - ułomna i okaleczona przez sowieckie obyczaje. Przetrwaliśmy, bo ochronione zostały  zasady i wartości ponadczasowe - nie „dzięki PRL” ale obok PRL i w opozycji do jej agresji, alkoholizmu, kombinatorstwa, nepotyzmu itd. Także dzięki odtrutkom środowisk prześmiewczych, wzorem prawdziwych Kabaretów, choćby Piwnicy Pod Baranami gdzie z namaszczeniem odczytywano spłodzone przez „jedynych nieomylnych” teksty urzędowe, dla publiki pokładającej się ze śmiechu. Ziemia Łomżyńska miała mniej szczęścia - zbyt mało przebojowych, mądrych ludzi. Tym bardziej wartościowych jeśli ze środowisk pamiętających przedwojenne solidne wychowanie, o innej kulturze współpracy - jak dr Bolesław Czyżewski. Do świetlicy w Szpitalu, potem do Klubu w Domu Kultury - na spotkania z Doktorem przybywano chętnie bo obudził nadzieję i potrafił zjednoczyć światłych ludzi aktywnych, z różnych środowisk - zwłaszcza ze szkół, bibliotek i muzeum. Kiedy po śmierci założyciela Towarzystwa Fotograficznego większość zdobyła młodzież, nie tyle „zapomniała o kulturze” co wdrożyła w życie zwyczaje dominującego „wschodniego wychowania”: nieważna stała się ciągłość tradycji a doraźne korzyści (darmowe materiały i poczęstunek piwny). Po skłóceniu twórczej grupy każdy chciał być prezesem bez obowiązków. W miejsce niepotrzebnego stowarzyszenia powstał klub i kolejne podziały, w imię fałszywej „równości” prowincjonalnego niebytu, gdzie trudno wybić się zdolniejszym. Dziwne, że jest tak mało nowych pomysłów i grup twórczych, niezależnych choćby niewielkich. Wsparcie nie pojawia się ze środowisk szanowanych i wykształconych, a mogłoby szczególnie ze środowiska Doktora Czyżewskiego. Wytyczył szlak, aby ktoś nowy, wzorując się na pięknej tradycji, połączył kiedyś zerwaną nić.

Bolesław Deptuła
nie, 05 października 2014 15:07
Data ostatniej edycji: 2014-10-08 13:54:00

Diabeł w szczegółach

Prawie pół wieku minęło od powstania fotografii - co się zmieniło? Wizytówka beznadziei: liszaje, zacieki - dominuje szarość. Historia zatoczyła koło, ale nie zmiotła do końca śmieci i stróżów starych układów. Bałagan po PRL trwa. Ciekawy przypadek, gdy tak duże miasto potulnie czeka jak zahipnotyzowane, aż beton posowiecki sam się wykruszy. Dlaczego np. tolerujemy wulgarne i bagniste wypowiedzi z Forum 4Lomza - echo sowieckiej sieczki w głowach „gminnych polityków”? Bez cenzury ale wychowawczo można sądownie piętnować rynsztok wypowiedzi. Już sama możliwość ujawnienia „pożytecznych idiotów” ograniczy obrażanie kultury polskiej, fundamentów wiary i tożsamości. Można też żądać komisji śledczej do publicznego rozliczenia dziwnych decyzji, zwłaszcza nieprzytomnego zadłużenia miasta. Długo jechano na sowieckiej metodzie kłamstw, przekręcania faktów i utajniania, aby mieszkańców „przyzwyczaić do kłopotów” choćby z internetem, autobusami, finansami, planowaniem itd. Zatruto umysły, pokrętnie małpując mądrzejszych. Utrwala sie bezprawie, lawinę niegospodarności oraz prymitywne powiązania kolesiów. Dookoła życie 50 lat do przodu, a w Łomży w kółko remonty tych samych dróg. Pokłosie bolszewickiej czkawki, dziś polskojęzycznej, wciąż obcej. Dlaczego „salon klakierów” nie piętnował „gospodarza” za kpiny w mediach o dręczącym go „nieudolnym” CBA - czy urzędnik może wpływać na skuteczność kontroli? Komu podoba się buta zastępcy, wymuszającego działki „tanio kupione od staruszki’ i bezmyślnie wyznającego dziennikarce, że.. musiał, bo nie chciał być pośmiewiskiem kolegów? Zaradni cudzym kosztem, nieukarani - upiorny wzór dla młodych. W tej atmosferze diabeł zaciera łapki. Przykładem Starówka. Dopiero w ramach wyborczej gorączki „odfajkowuje się” jakieś spotkanie z obietnicami na pokaz - dla ratowania „wizerunku”. Od lat to samo, niewykorzystany początek kadencji z falą ożywienia społecznego. Czekamy na zielone światło dla małej architektury! Znaczne ulgi wyłącznie dla Starówki pobudziłyby właścicieli do współfinansowania: kolorowe elewacje, rzeźby sławnych osób w narożnikach kamienic, rekonstrukcje ozdobnych lamp naftowych, szyldy przestrzenne i mnóstwo innych „drobiazgów” nie „made in China” a potwierdzonych przez historyków, na zlecenie Ratusza. Najważniejsze projekty wyłącznie w konkursie ogólnopolskim. Niestety, nawet to można spaprać. Klasyczny symbol oszpecenia Starówki: zamiast tradycyjnej fontanny - jakiś „bidet dla gołębi”. Lekceważenie wyjątkowego miejsca. Albo chaos nieczytelnych reklam. Dopiero gdy Łomża została oblepiona byle czym, na odczepnego ogłoszono potrzebę „uporządkowania estetyki przestrzennej” ale przedtem ktoś wydawał zgodę na potok kiczu ulicznego? Od dawna tylko „mówi się” o przywróceniu stanowiska Plastyka Miejskiego - oczywiście to musi być artysta na miarę Wiesława Sielskiego, bo urzędnik nie zapanuje nad zharmonizowaniem wnętrza miasta! Szyld to niby drobiazg, a jaki ogromny wpływ ma na całość. Poprawia, nawet przemeblowuje otoczenie, wyznacza odrębność, informuje, zdobi - wzmacnia nastrój miejsca. Kiedyś bardziej widoczna forma przestrzenna, bo huśtana wiatrem - dzięki lokowaniu nad chodnikiem. Jak te na fotografii. Jeszcze tu widać bodaj 5 takich szyldów: jabłko, nożyce, szpulę nici itp. Póki żyło przedwojenne pokolenie niezależnych właścicieli kamieniczek - pamiętano o takich szczegółach staropolskich. W czasach spolszczonej komuny nastała moda masowego wieszania tablic tekstowych widocznych raczej z przeciwległej ulicy - więc z daleka czyli mniej czytelnych. Chcemy uroczej Starówki? Przywróćmy szyldy w dawnym stylu ! Dziś pewien miłośnik lewicy, ot taki szczegół, ocenił z piorunami  własny beton partyjny: -„A idźcie wy sobie zanim jeszcze coś bardziej sp…e, kupa betonu zamiast bulwarów a Starówka z ostrą kostką urywającą obcasy - wystarczy, niech was wreszcie diabli wezmą”. Koniec świata?

Bolesław Deptuła
wt, 02 września 2014 14:38
Data ostatniej edycji: 2014-09-16 17:49:24

Na otrzeźwienie

Może od samego patrzenia komuś zimno się zrobi? Udane zdjęcie młodego fotografa, dla większości niewykonalne: bo najtrudniej chcieć:  pojechać i wdrapać się na Pałac Kultury aby zachwycić widokiem lodowiska z lotu ptaka. Dobry kadr, z niejednym skojarzeniem, co zwiększa atrakcyjność obrazu. Niestety, takie cuda tylko zimą, bo „sorry, taki klimat” jak mawiała klasyk(-czka) Ministerka. O wyższości zimy nad latem świadczą fale gorąca zbyt często wyłączające myślenie, co widać po tabunach totalnych lemingów „robiących” za maskotki w mediach. Drobne objawy lemingozy zdarzają się każdemu, niejeden ze świecznika pacnie coś pięknego, a otoczenie oddycha z ulgą: „nie tylko mi odbiło”. To jak z pewnym mąciwodą, niestety profesorem, który komplementował słowem „wybitny” znanego księdza za to, że ten potrafił obrazić Kościół na Przystanku W-sztok. Nazwa adekwatna do imprezy, odkąd jej Opiekun i Wzór dla młodzieży znalazł  sponsora, w postaci dużego browaru. Młodzi chętnie zachowują się jak lemingi - dla zgrywu, ale to samo w przypadku urzędnika owocuje totalną katastrofą. Upał, gorąca atmosfera na salonach i przeświadczenie o bezkarności - ważniejsza oglądalność  i wizerunek niż cierpienie zwykłych podatników. W naszym Kraju zapewne niezbędne są całoroczne lodowiska, ważniejsze jednak kręcenie lodów przez rodziny urzędnicze (najlepsi Wyborcy). Ot, Stadion Narodowy „musi zarobić na siebie” jako największe zadaszone lodowisko w Polsce, ale na rosnące długi niech sobie narzekają gdzie indziej. Za panią Ministerką mamy chwalić polskie autostrady, wszak dogoniliśmy europejskie standardy: „gdzie bramki, tam korki”. I tu wreszcie partyjny fenomen został wytłumaczony przystępnie. No przecież latem jest ciepło - a zimą zimno. W ten klimat świetnie wpisuje się Łomża: nic lepiej nie schłodzi narastającej rewolucji, jak szeroki uśmiech weterana socjalistycznego, na stołku gospodarza. Trwa skansen małego komunizmu, gdzie konserwuje się receptę: „wszystko utajniać”. Gdyby nie krecia robota niezależnych mediów, lud robotniczy dowiedziałby się „o błędach gospodarza”- po wyborach, niestety teraz trzeba wstydzić się za wszystkie kary co rusz spadające na miasto - ładnie tak denerwować Towarzyszy i Towarzyszące? Jeszcze któreś skojarzy, że np. 700 tys. złotych kary, które dostał ratusz za „nieprawidłowości przy zakupie autobusów” to: - „mój kumie - ponad pół miliona !! Ile głodnych dzieci za to Pan Prezydent by nakarmił, a chociażby  jedno lodowisko całoroczne zbudował. To jak, wybieramy go jeszcze raz? No nie dadzą żyć te wredne kapitalisty, a tu jeszcze upał mąci: czym my się ochłodzim, Narew daleko, darmowe autobusy tam nie kursują, chodźwa na majdan przed blok, do cienia, to ochłoniem przy piwku, kulturalnie”.

 

Bolesław Deptuła
śr, 06 sierpnia 2014 15:59
Data ostatniej edycji: 2014-08-06 23:55:03

Łyk i end

Prawdziwy obraz PRL - kontynuatorki ucieczek w alkoholową wolność „przez chwilę”. „Łomża czy Nakło… nie, tego nam  nie zabraknie…” Wchodzimy w kolejne świętowanie: ale sowa już nie jest znakiem mądrości, a „Przyjaciele utrzymywani z naszych podatków” nie płacą z własnej kieszeni za alkohol. Weszliśmy w XXI wiek bez pomysłu na ograniczenie otchłani, wciągającej całe pokolenia w nicość. PRL w pigułce - zilustrowany na tej wymownej fotografii - miał na odczepnego esperal wszywany pod skórę, PRL bis to zapowiedź czipów, które tak samo desperaci będą wycinać kozikiem. Pół wieku temu towarzysze odpoczywali pokotem w Parku Ludowym, po 5o latach od tej fotografii przenieśli się na ławki przed Ratusz - dopóki istniały tam drzewa i cień. To był postęp społeczny: wdzięczny lud pod przewodem tolerował proletariat XXI wieku, aż… wprowadzili się z noclegiem do toalet Ratuszowych. Kolejny przystanek to ławeczka przed Katedrą łomżyńską, potem..? Nie tylko w Łomży chorobę alkoholową "leczy się" bez przekonania, bo trwa psychiczne perpetuum mobile: podtrzymywany skutecznie stan nieważkości „dzięki” ważnej „gałęzi”, na której dynda postronek do podczepienia ważnej części gospodarki narodowej - spirytualiów. W zamieszaniu ktoś szykuje sznur na edukację. Jeszcze nie robimy z tego powodu majdanu - sorry: rabanu. Cierpimy wychowując „duże dzieci” w cierpliwych Rodzinach Polskich - to najskuteczniejszy lek na zagrożenie alkoholowe. Ratuje naród miłość rodzinna - obok dyscypliny szkolnej, ale.. szkoły właśnie likwidujemy, zamiast nadmiar nauczycieli przekierować do świetlic, bibliotek. Na razie zawłaszczone przez ufoludki Państwo robi eksperymenty wysyłając fale emigrantów: polskie do niewolnictwa u Obcych, a przyjmując roszczeniowych Obcych do stratowania Polski na Pole Do Igrzysk, trwają przymiarki do wynajęcia. Czeka nas horror jak Stadion Narodowy, czyli: a niech „zarobi na siebie”. Co z tego, że „upojnie” jest wszędzie, Polska może i ma szansę być liderem przemiany stada Baranów w Owieczki trzeźwości. Chorobę dla niepoznaki „zwalczano” Klubami AA - to sukces w porównaniu do peerelowskiego horroru Izb Wytrzeźwień (póki są w pamięci, załóżmy Muzeum choćby Izbę Pamięci pod hasłem: „Chopin gdyby żył..” a może nowocześniej , łikendowo spolszczone hasło: „Łyk i end”? Idealne zakończenie się nie uda, ale koniec tortur nam się należy. Mamy już nie gierkowe „Przyśpieszajmy Obywatele” a zastępczo sympatyczny uśmiech I Sekretarza w Łomży. Czy obrócą się koła młyńskie tragedii mielące lokalną „wolność chwilową” i na dobry początek wyzwolą od nadmiaru upiorów przeszłości i alkoholu? Powinniśmy uczyć kultury picia, a zwłaszcza „Ograniczajmy Obywatele !!!”

Bolesław Deptuła
wt, 08 lipca 2014 08:45

Skrzydła

Przykład wnikliwego spojrzenia  Autora wielu mocnych obrazów, tym razem „portretującego” wiatrak. Kikuty skrzydeł „resztkami sił” zakreślają - wskazują przestrzeń, którą omiatały w czasach świetności.  Jak zauważyć i podkreślić w czytelny sposób ten trwający dramat? Autor wie i zostawił kolosowi „oddech” w miejscu, gdzie pracowały śmigła. Konstrukcja typu Holender z 1838 r. niedaleko Łomży - z obrotową wieżyczką - pozwalała ustawić skrzydła do najsilniejszego wiatru. Tak na Ziemi Łomżyńskiej jeszcze trwa i woła o pomoc „olender”- dziś zabytek, ale nadający się do uruchomienia. Inne drewniane wiatraki i młyny wodne, choć przetrwały nawet wojnę, zostały skazane na ruinę - jako niepoprawne politycznie dla komunistycznych zarządców, wdrażających mentalność kołchozową. Dziś historia zatoczyła koło i ci, którzy zwalczali „prywaciarzy” stali się pierwszymi kapitalistami, najgorliwszymi "prywaciarzami". Właścicielom wielu utraconych, podobnych arcydzieł konstrukcyjnych lub ich potomkom nie powiedzą nawet „przepraszamy” albo: „wdrożymy program odszkodowań i wsparcia”. Nikt nie widzi w takich miejscach atrakcji turystycznej, ani szansy na aktywizację kolejnych grup młodzieży, przedsiębiorczych Polaków szykujących się do emigracji. Obraz gorzkiego, wymownego symbolu „wolności” gospodarczej - pomniejszanej propagandowo, prawdziwej „parady” różnych grup społecznych. Oni rozwiną skrzydła - gdzie indziej.

Bolesław Deptuła
pon, 23 czerwca 2014 09:45

Pa ta taj

Główna ulica Łomży, widok z kamienicy naprzeciwko Parku Ludowego. Rewelacyjny reportaż - opiekun gdzieś poszedł, tak zaaferowany że aż laskę zostawił, a na koźle utrudzony drogą drzemie dzielny syn Mazowsza. Pilnuje wozu, lejce na ręku, z wyczuciem. Tak ówczesną młodzież życie hartowało. Chociaż w latach powojennych wołg lub warszaw nie było za dużo, nagłe pojawienie się auta mogło spłoszyć konia i nieszczęście gotowe. Kompozycja ukośna wzmaga dynamizm spodziewanej, niebezpiecznej sytuacji - wcale nie razi brak w kadrze łba zwierzęcia - całą uwagę przyciąga mały woźnica. Jest też świetna dokumentacja egzotycznych „kocich łbów” oraz głębokich rynsztoków. Wyobraźmy sobie udrękę jazdy po ówczesnej ulicy „Gen. Świerczewskiego”. Dziś Aleja Legionów ma w tym miejscu asfalt - co kilka lat naprawiany - ale którym wreszcie do Europy „dojechaliśmy”, chociaż bardziej uważający na lekcjach wiedzą, że byliśmy w niej od zawsze. Nawet podczas obcych zarządów - przetrwaliśmy i jeszcze potrafiliśmy zasiewać w innych narodach przechowane zasady i wartości. Na nic zatruwanie umysłów - pamiętamy, że od wieków istnieliśmy zgodnie i wielokulturowo, jeśli w nasze życie nikt się nie wtrącał. W rodzinach wielopokoleniowych panował solidny rygor wychowawczy, a jeśli bywało ubogo to starczało wyobraźni by jakimś patykiem zastąpić kosztowną zabawkę. Niejeden z okrzykiem: Patataj! biegał po podwórkach - zapomniane słowo ocalało jeszcze w wierszu Marii Konopnickiej. Gdy dorośli - szybko zaczęły się podziały - teraz ujeżdżają „kobyły historii” jako cyniczni gracze kontra patrioci liczący straty. Zbyt szybko skończyła się prawdziwa solidarność - zadręczani długie lata, oswobodzeni z pęt muszą po zamianie ról przełamać w sobie odruch ciemiężycieli. Przed długą drogą która nas czeka, ilu z nich zadba tylko o limuzyny dla siebie a innym każe powrócić do furmanek?

Bolesław Deptuła
so, 14 czerwca 2014 17:49
Data ostatniej edycji: 2014-06-20 07:02:49

Wieczorem

To rzadkość natrafić na taką perełkę wśród talentów fotograficznych. Warto śledzić jej rozwój plastyczny, samodzielny i oryginalny. Większość dużej sesji wieczornej z lalką jest równie dobra jak to ujęcie - od razu gotowe, bez konieczności przycinania kadru. Godna zazdrości intuicyjność właściwego wyboru, także ciekawych tematów. Strona warsztatowa bez zarzutu, nic nie przeszkadza skupić się na treści, a te budzą wiele skojarzeń i niepokojących pytań - zbyt „dojrzałym spojrzeniem”- jakby przeczuwaniem zagrożeń za szybą. Chciałoby się rzec Autorce zaledwie kilkunastoletniej: jeszcze masz czas, niech cię omijają problemy albo zostaną w oddali - ciesz się beztroską dzieciństwa. Wykorzystaj w pełni jasne strony życia, zwłaszcza gdy masz kochających ludzi wokół siebie. Jednak taka zdumiewająca świeżość spojrzenia może być dzwonkiem alarmowym dla dorosłych, którym czasem potrzebne jest wyraźne wskazywanie potrzeb, lęków, tęsknot, nastroju, zainteresowań. Różnimy się i to bardzo. Starsi raczej nie czują skali zagrożeń w epoce przyśpieszenia obiegu i nadmiaru informacji a dla nowych pokoleń to pasjonujące doświadczenie - gotowi są na badanie granic możliwości. Dobrze być razem w tym badaniu blasków i cieni życia, oznaczaniu granic bezpieczeństwa i wspólne budowanie  tarczy psychicznej na ewentualne zderzenie z szarością dorosłych kłopotów.

Bolesław Deptuła
so, 17 maja 2014 11:22
Data ostatniej edycji: 2014-05-17 11:35:20

Apokalipsa

Oto buszujący w mleczu, właściwie mniszku lekarskim - zapowiedź miodu, jednego z najzdrowszych - wg znawców. Fotografujmy pszczoły póki są, bo giną masowo! Na całym świecie. Od lat bez efektu podnoszony jest alarm. Niejeden macha ręką: oj tam, takie są koszty „rozwoju cywilizacji”. Czy rzeczywiście sytuacja jest wszechstronnie badana i pod kontrolą? Z podobną ufnością w imię wygody, eksperymentujemy na sobie coraz mocniej faszerowaną chemicznie żywność - oby tylko była jak najtańsza. Tolerujemy też ataki na resztki dzikiej Natury ograniczonej do „parków narodowych”- za dziwaków mając żyjących w zgodzie z przyrodą. Lubimy żarty z „kmiotów” i ciągłe reklamowanie kolorowego życia w „błyszczącej” rewolucji przemysłowej. Czy obudzimy się dopiero, gdy pracodawcy nas -niedoskonałych- zastąpią przez „bioroboty”? Czy zreflektujemy się dopiero gdy zdominują nas automaty odporne na postępujące skażenie powietrza i wody? Na razie lekceważymy fakt, że pszczoły giną. Na wielką skalę. Jesteśmy  świadkami narastającej apokalipsy - nagłej zagłady nie tylko pszczół, przy okazji wielu innych stworzeń znikających cicho, niezauważalnie. Jak to możliwe? Wg naukowców nie ma jednej przyczyny ale do najgorszych należą: zniszczenie przyrody nadmiarem środków chemicznych, ingerencje genetyczne oraz zakłócenia środowiska naturalnego falami np. telefonii komórkowej. Czy zbyt kosztowne są działania osłonowe - może pszczoły muszą ginąć, bo zakłócono im powrót do pasieki? Nie wiadomo, ale na pewno: gdy ważniejszy jest zysk wtedy wyłączane jest myślenie perspektywiczne. A miód można sobie sztuczny kupić, prawda? Co najwyżej urządzi się polowanie na ostatnią pszczołę, do sklonowania. Już są miejsca na świecie, gdzie pszczoły wyginęły całkowicie, mimo to nie mówi się o środkach zaradczych. A nasze dzieci nie uwierzą, że kiedyś wystarczyło przechodzić obok miododajnej lipy aby przestraszyć się niebywałym szumem - którego dziś nie ma!  Cudowne wspomnienie gwałtownych przelotów skrzydlatej armii, która - Polsce kiedyś z tego dumnej - wypracowała miano „krainy miodem i mlekiem płynącej”. Żal tej braci w „porteczkach”, jak zachwycone dzieci określały obciążone pyłkiem kwiatowym odnóża podglądanych pracownic. Pozostaną fotografie? Więc które bardziej będziemy pamiętać? Te z rewolucji cyfrowej - niewolnictwa nadmiernej pstrykanki, jednakowo gładkiej jak meble z politurą, czy odwrotnie – zdjęcia w dawnym stylu „pozornie niedoskonałe”, ze szlachetnością umiaru?  Kto się wychował na fotografii analogowej - ten pamięta działanie z dyscypliną i namysłem. Wiedziano, gdzie czyhają pułapki przesytu anatomicznych szczegółów.  Dbano, aby przyciągnąć uwagę widza wyostrzeniem wybranych partii obrazu. To zostawało na całe życie. Cóż - pozostaną więc zdjęcia. Tylko czy przeżyje ktoś chętny do ich oglądania - w bezdusznym świecie automatów?

Bolesław Deptuła
śr, 23 kwietnia 2014 21:36
Data ostatniej edycji: 2014-04-28 19:38:09

Duża rodzina

Barwną, radosną procesję Niedzieli Palmowej poprzedza domowa, nie mniej wesoła krzątanina całych rodzin. Wykonanie wielometrowej palmy trwa ok. miesiąca. Zajęcie mają wszyscy - wnuczek, synowa, krewni i babcia - pod okiem dziadka z Biblią w ręku, jak u Niedźwiedzkich we wsi Baba na Kurpiach.
Wielopokoleniowy zespół twórców ludowych wpisał się w historię regionu głównie dzięki seniorce rodu Stanisławie: znanej też z tradycyjnych pisanek i wycinanek. Przez szereg lat zdobywała I nagrody, a synowa II miejsce w Konkursie na najpiękniejszą palmę w sławnej dziś wsi Łyse. Konkurs znany nie tylko w Polsce kontynuuje Muzeum ostrołęckie - już po raz 45, ale trzeba było odwagi by w czasach PRL podtrzymać  zanikającą tradycję -podjęło się tego Muzeum w Łomży. Zezwolono wtedy na konkurs sztuki ludowej pod warunkiem, że odbędzie się w szkole podstawowej: Muzeum zaczęło od wysłania pracowników celem wykonania zdjęć twórców i przekazania barwnej bibuły do palm i papierów na wycinanki. Kierowniczka Jadwiga Chętnikowa realizowała marzenia męża: „Pragniemy by życzenia założyciela Muzeum w Łomży spełniły się i co roku do Łysych zjeżdżały rzesze turystów - by podziwiać olbrzymie, sięgające niekiedy 5 m wysokości puszczańskie palmy, wykonane z ziela leśnego”. Na pierwszym konkursie w 1969 r. nagrodzono 11 palm spośród 25 zgłoszonych. Rok później było 95 palm, w kolejnym roku już 191 - sławne stały się także procesje kościelne w parafiach: Lipniki, Zbójna. Nie byłoby to możliwe bez dużych rodzin kurpiowskich, niosących przez pokolenia odrębność i różnorodność ludowej kultury. To pasjonujący temat: gdzie i jak bardzo odchodzimy od tradycyjnych rodzin wielopokoleniowych? Czy nie za łatwo lansowane jest  przekonanie, że taki model rodziny jest „charakterystyczny dla krajów uboższych lub słabiej rozwiniętych”? Już nawet w USA od lat powraca „moda” na duże rodziny. Trzeba myśleć o zagrożeniach, sposobach obrony - doceniając polski model dużej rodziny złączonej miłością i skarbami tradycji.

 

Bolesław Deptuła
so, 12 kwietnia 2014 12:03
Data ostatniej edycji: 2014-04-14 09:51:03

Bez żarcia nie wracaj

Długi tytuł - żartobliwy pomysł Autora, jest przeniesieniem cech ludzkich na bociany. Kadr do pozazdroszczenia, ciekawa, świetnie uchwycona scenka. Zwykłe podglądanie gniazda od dołu stało się banalne - wreszcie dynamiczna chwila widziana z poziomu ptaków. Z sympatią myślimy o bocianiej wierności, tym milszej, że jak twierdzą znawcy: co czwarty bocian na świecie „jest Polakiem”. Szczególnie duże zagęszczenie gniazd w północno wschodniej Polsce, może tutaj uśpić czujność mieszkańców: skoro jest ich tak dużo - były i będą zawsze - nie myśli się o zagrożeniach. Tymczasem w XXI wieku - polskie bociany masowo są rozstrzeliwane „dla sportu” podczas przelotu nad Libanem…Wolimy się łudzić, że wszyscy je lubią i szanują, jak my. Kiedyś Polaków wychowywał Adolf Dygasiński, który pięknie opisywał zwyczaje bocianie lub Zygmunt Gloger z nie mniejszym sentymentem. W książce Glogera „Dolinami rzek” z 1903 roku: „Siedlisko bociana przy domu…to charakterystyczne znamię naszej słowiańskiej zagrody. Bocian, to prawdziwy przyjaciel domu, powracający corocznie z rozkosznych krain wiecznego lata pod chmurne i chłodne niebo polskie…W pojęciach staropolskich „sprowadzić bociana” czyli założyć mu starą bronę lub koło wozowe pod gniazdo, na strop strzechy lub wiąz czy lipę, znaczyło sprowadzić szczęście do domu”.

Bolesław Deptuła
wt, 01 kwietnia 2014 00:33
Data ostatniej edycji: 2014-04-03 14:33:24

Przedwiośnie

Na przekór depresyjnym nastrojom, szukajmy siły spokoju w przyrodzie budzącej się do nowego życia. Najlepiej nad Narwią - ona mimo kaprysów niezawodna w odwiecznej obecności. Wciąż zaskakuje, za każdym razem inaczej. Popatrzmy oczami mistrza pejzażu fotograficznego - a nad Narwią jednym z najlepszych jest Stanisław Andruszkiewicz z Łomży. Kiedy zachwycony widz wykrzykuje: „Znowu jesteś artystą!”, pyta skromnie: „Gdzie?” Chwalebne, gdy w dążeniu do ideału Autor nie pozbywa się wątpliwości. Tym chętnie słucha argumentów, których jest więcej, ale chociażby: celnie wyważone proporcje. Oto biel nieuchronnie ustępuje miejsca energii zieloności, choć jeszcze śnieg w niemałej ilości. (Jak nie rymować - wiosną?) Potem zakręt: mocny punkt w centrum obrazu - zastanawia nurt, jakby stracił tu impet w okowach lodu. Przekornie taki punkt widzenia dodaje dynamizmu - burzy ustalony porządek czytania obrazu z lewa na prawo. Jeszcze pokierowanie uwagą patrzącego, aby w takiej kompozycji mocniej odczuł urodę chwili przełomu: walki ciepła z zimnem. Wreszcie brzozy w głębi, przyciągają wzrok nostalgią, zgrabnie łącząc pierwszy i drugi plan. Tyle na pierwszy rzut oka można wyczytać. Dlaczego inni artyści nie rozpieszczają nas nadmiarem dobrych zdjęć przedwiośnia? A jest coraz trudniej, bo klimat ulega gwałtownym przemianom - zanikają okresy przejściowe. Może nowe pokolenie będzie jak „bajki o żelaznym wilku” słuchać gawęd Ojców o dawnej, bajkowej atmosferze przedwiośnia? O magii różnorodnych pór roku? O bogactwie zwyczajów, czasem zapominanych? Nie traćmy ciągłości, w tradycji szukajmy natchnienia. Jak artyści fotografii, także Autor w ulubionych stronach Tykocina patrzy na świat poprzez arcydzieła malarstwa. Przecież solidni mistrzowie tej klasy co: Fałat, Wyspiański, Witkiewicz, Stanisławski i wielu innych, na przekór kłopotom, w Ojczyźnie czy na emigracji -  wzmacniali nas obrazami staropolskiego, wielokrotnie opiewanego motywu „Przedwiośnia”.

Bolesław Deptuła
pt, 14 marca 2014 06:59
Data ostatniej edycji: 2014-03-15 08:14:50

Świadek historii

Klasztor Braci Kapucynów na początku Jubileuszu 250-lecia obecności w Łomży, może liczyć na jeszcze większa sympatię, nie tylko wiernych. W tej pokornej i uduchowionej społeczności widać znowu szczególną energię o. Jana Bońkowskiego, który powrócił do rodzinnego miasta i dziś chętnie dzieli się doświadczeniem całego życia w habicie, w tym 20-letniej posługi kapłańskiej na Białorusi, gdzie pozostał harcerzem. Teraz mocniej wracają wspomnienia, część udaje się o. Janowi wydać drukiem. Sędziwy zakonnik zgodził się na intrygujące, dokumentalne zestawienie swoich portretów - dzisiejszego oraz w mundurze harcerza łomżyńskiego z 1953 roku, na 90% z firmy fotografa Kochanowskiego. Dla życzliwych ważne jest, że potrafi łączyć dar ciekawej rozmowy z umiejętnością przerzucania pomostów poprzez czas. W tych opowieściach często poświadcza dramatyczne przeżycia swojej rodziny w carskiej Rosji. To co wielokrotnie Mama przekazywała jemu jako zwyczajne perypetie młodej dziewczyny, było osadzone mocno w historii. Dziś jej bohaterską postawę lepiej widać: w groźnej sytuacji mimowolnego obserwatora Rewolucji Październikowej - nie stchórzyła i zgodnie z patriotycznym wychowaniem postąpiła zgodnie z własnym sumieniem. A działo się to w kościele św. Katarzyny w Petersburgu. Odważna Józefa z Pociejewa nad Narwią, trafiła nad Newę jako niania dzieci notariusza z Łomży. Był to czas bolszewickiego prześladowania wszystkich wyznań i aresztowania księży, w tym najwyższego przedstawiciela na całą Rosję - biskupa Cieplaka oraz proboszcza Budkiewicza, właśnie kościoła św. Katarzyny - gdzie przerażone tysiące wiernych zgromadziły się w intencji uwolnienia księży. Wśród nich Józefa. Nie zawahała się w obliczu zdrajcy - Polaka z pistoletem w garści, który wtargnął do świątyni. Na odchody rosyjskich przekleństw z ust bolszewika przetykane czystą polszczyzną: „Zachciewa wam się arcybiskupa”? - zareagowała: chwyciła renegata za klapy i strąciła ze schodów. Może zawstydził go rechot krasnoarmiejców „Ma dziewczyna charakter”, bo skończyło sie na uderzeniu. Mogła stracić życie chwilę później, ale zdołała uciec z tłumu wiernych prowadzonych do więzienia, skąd wkrótce ich zwolniono po zgodnym zeznaniu wobec „bolszewickiej władzy” że ludzie byli w kościele aby dowiedzieć się, gdzie można zanieść żywność aresztowanym księżom. To był głośny międzynarodowy fragment ówczesnej rewolucji - obu w/w skazano na karę śmierci za szerzenie zabobonów i szpiegostwo. Ówczesna Europa zamarła w niedowierzaniu. Ks. Konstanty Budkiewicz mimo interwencji wielu rządów - w 1923 r. został rozstrzelany, arcybiskupowi Janowi Cieplakowi zamieniono karę śmierci na 10 lat łagru - po nieustępliwych interwencjach zwolniony rok później. Jak to przyjmujemy dziś AD 2014 - ilu rodaków uważa, że już nie trzeba bronić patriotyzmu i wolności? Gdzie jeszcze mentalność bolszewicka nie zamierza ustąpić w obliczu prawdy? Kto z tego pokolenia będzie świadkiem niezłomnym?

 

Bolesław Deptuła
so, 15 lutego 2014 12:26
Data ostatniej edycji: 2014-02-15 21:51:59

Słoń łomżyński

Aby Polak poczuł się lepiej, powinien gdzieś wyjechać. Niestety, do odwiedzin egzotycznych krajów typu Tajlandia trzeba mieć zdrowie i odwagę, choćby łomżyńskiej studentki - autorki tej fotografii. Oto ulica w Bangkoku - swoją drogą reporterska perełka: być może obyło się bez mandatu za wyrwane trąbą kwiatki? Ci którzy nie dadzą się oderwać od łomżyńskiej skarpy, mielą przekleństwa lub usiłują poprawić swój los dywagacjami w nieustającym cyklu: Słoń a sprawa polska. Ot choćby, dlaczego nad Narwią - nie możemy się dorobić choćby 1 słonia, sorry: jednej porządnej dorożki? W Tajlandii słonie darzy się wyjątkowym szacunkiem - bo to skarb narodowy. A jak Łomża traktuje tradycję? Lekko - a tubylców obdarza kpiną dopuszczając w sezonie do użytku „jako dorożkę”, chyba na odczepnego, jakiś wóz w stylu cygańsko - pionierskim z Dzikiego Zachodu. Zaiste - wciąż pionierskie czasy, a to już 60 lat po Wojnie Światowej, przed którą w Łomży było dużo normalnych dorożek. Dlaczego mieszkańcy zbiorowo nie walczą o powrót minimum zdrowego rozsądku? Ze strachu przed utratą jakiś „przywilejów” czy bardziej z lenistwa czekamy aż ktoś za nas „to zrobi” samotnie ale w naszym imieniu? Nawet krótka lista zaniechań budzi zdumienie. Jak brak wyobraźni w kwestii małej architektury - na początek w obrębie Starego Rynku chociażby! Czy bezradność wobec cudownej wieży ciśnień, której inni nam zazdroszczą - bo nie w każdym mieście jest - w dodatku tak oryginalny, punkt obserwacyjny. Albo hańbiąca afera z Zieloną Dzielnicą, gdzie właścicielowi na własnej ziemi uniemożliwiono utworzenie Muzeum Narwi, a „elicie lokalnej” to nie przeszkadza! Choć te żenujące wpadki na trwałe już wpisały się w historię miasta - jeszcze można je komisyjnie rozpatrzyć i zakończyć, chyba że mają pozostać szyderczą atrakcją turystyczną... Uwaga! Uwaga! Tuż przed Ratuszem - proszę wycieczki - chcieliśmy mieć pomnik Księcia Janusza w zbroi rycerskiej jak przystało na uczestnika bitwy pod Grunwaldem: dumna postać wsparta o miecz (miecz jako wskazówka zegara słonecznego!) - ale urzędnicy za plecami mieszkańców i za ich podatki zamówili projekt księcia w stroju rozmamłanego geodety z cyrklem (czy dlatego, że pewien prezydent był geodetą?) … a tam miała być słynna wieża w roli „Muzeum wodociągów i Kawiarenki non stop” zamiast obecnej Ruiny Mózgów Urzędowych … jeszcze mieliśmy zwiedzać unikalne eksponaty Muzeum Narwi w otoczeniu Ogrodu Botanicznego ale Dla Dobra Społecznego urządzono tam Pustynię Betonowo - Asfaltową Aferzystów Ratuszowych... Mieszkańcy Łomży obudźcie się - czy na ulicy widzicie słonia, sorry: prawdziwą dorożkę chociaż jedną?  Wyobraźmy sobie: aż tyle uda się naprawić przed Jubileuszem 600-lecia królewskiego grodu - w 2018 roku. Dzięki śmiałym decyzjom nowego Prezydenta Miasta?

 

Bolesław Deptuła
so, 11 stycznia 2014 15:04
Data ostatniej edycji: 2014-02-08 10:38:30

Grobla

Jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc w Łomży - grobla przy dawnym moście drewnianym i drogą do Kalinowa. Trudne zdjęcie pod światło - ciekawsze dzięki użyciu filtra przyciemniającego niebo dla uchwycenia grozy nadciągających chmur burzowych. Po latach grobla do mostu - już betonowego - straciła niepowtarzalny urok wskutek nadmiernej wycinki. Kolejni „władcy biurek” nie zadali sobie trudu, aby dostosować się do Natury. Tak było wtedy - tak jest nadal. A przecież pełnią rolę służebną wobec społeczeństwa, które na próżno protestuje! Losy drzew przypominają los mieszkańców. Nie chcemy widzieć dziwnej przycinki do gołych pni? Dla „dobra drzew” oczywiście czyli aby szybciej uschły. Jednocześnie głoszenie haseł o potrzebie pielęgnacji zieleni - przypomina dbałość o nasze zdrowie i emerytury. Już nawet media spokojnie przyjmują z zachodniej Europy idące przyzwolenie na eutanazję, w wykonaniu ludzi nazywanych „lekarzami”. Większość prasy podobnie interesuje się „jakimiś tam starymi” drzewami. Wycinanie to długoletnia „świecka tradycja”. Kontynuowana właśnie…. przed Bożym Narodzeniem AD 2013, przy ulicy Sikorskiego w Łomży - obok wieży ciśnień chylącej się do ruiny. Ludzie ludziom czynią takie „eleganckie” prezenty pod choinkę, równie „na poziomie” co niedawne ogłoszenie o przystąpieniu - tuż przed Świętami! - do wywłaszczeń pod kolejne ulice. Jedynie co dobrze rozkwita nad Narwią - to specyficzna kultura papierkowa, nie licząca się z niewolnikami systemu a tym bardziej ich uczuciami w coraz bardziej opustoszałym mieście. Jak hulający wiatr nad zabetonowaną nadmiernie rzeką, w Porcie niedaleko wspomnianej Grobli. Dalajlama stwierdził niedawno, że światu braknie kultury współczucia, ale korzystanie z siły, nie liczenie się z nikim - ulega zmianie. Pewnie tego nie doczekamy, więc Wesołych Świąt !

Bolesław Deptuła
pon, 23 grudnia 2013 08:19
Data ostatniej edycji: 2013-12-23 08:30:48

Siódme przykazanie

Ograbiono nagrobek pioniera archeologii na Ziemi Łomżyńskiej, słynnego Alfonsa Budzińskiego. Kto odnajdzie skradzioną żeliwną tablicę? Czy ktoś przeszukuje skupy złomu - bo może tablicę zerwał miłośnik „pół litra”? Czyim obowiązkiem jest łapanie sprawcy na gorącym uczynku - np. za pomocą mini kamer? Przecież przestały być nowością. Skoro już na wyrębach leśnicy montują kamery i złodzieje drewna są wyłapywani - tym bardziej na cmentarzu policja mogłaby jedną kamerką ocalić wiele pomników najstarszych i wzmocnić poczucie bezpieczeństwa. XIX- wieczny pomnik pioniera archeologii przetrwał bez szwanku dwie wojny światowe. Do dziś. Doczekaliśmy Polski, w której coraz więcej wolności mają bezkarni złodzieje. Kategoria „niskiej szkodliwości czynu” zostawi naszym dzieciom w spadku zubożenie kulturowe i spustoszenie moralne. Swoistą zachętą jest z kolei niedokończone lapidarium - bez solidnego ogrodzenia i bez kłódki: złodziej nie musi szukać daleko, zgromadzono mu ciekawe rzeczy w jednym miejscu. Już tylko podczas plenerów fotograficznych miłośnicy Łomży bezsilnie dokumentują puste miejsca po kolejnych kradzieżach - zniknął np. unikalny zabytek: nagrobek o kształcie gotyckiej świątyni. Co się stało z Rodakami? W Łomży na mur obojętności trafia od dziesiątków lat próba założenia Towarzystwa Opieki nad Zabytkami. Kiedyś jeszcze czuli się potrzebni Społeczni Opiekunowie Zabytków - dopóki działał śp. Wiktor Grochowski, bezinteresownie wizytujący m.in. cmentarze, alarmujący w mediach w razie zagrożenia. W dobie dzikiego kapitalizmu bardziej liczy się „ochrona papierkowa”, urzędowa, co zawsze owocuje chorymi efektami - w stylu zabierania dzieci, biednym ale biologicznym rodzicom. Czekamy na wytyczne, procedury, nakazy czy sami mobilizujemy młodych, aby działaniem ochronnym przypominali o siódmym przykazaniu - kto szybszy?

 

Bolesław Deptuła
śr, 30 października 2013 10:21
Data ostatniej edycji: 2013-11-07 08:23:54

Abstrakcja

Długo fotografia walczyła o należne miejsce w panteonie sztuk pięknych. Nie brakowało niechętnych artystów starszych dziedzin pokrewnych, jakby przestraszonych nadmierną konkurencyjnością nowego medium. Doszukiwano się minusów w mechanicznej rejestracji światłoczułej. Potem próbowano dzielić i wykluczać, deprecjonowano np. fotografię za odejście od reportażu w stronę grafiki. Na szczęście, wśród pionierów artystycznej fotografii mieliśmy wielu zdolnych Polaków, badających granice wyobraźni. Podpatrywali twórców ze świata, jak: Man Ray, Laszlo Moholy-Nagy i starali się być oryginalnymi kontynuatorami: np. od końca lat 50. Fortunata Obrąpalska, Stefan Wojnecki, Zbigniew Dłubak, Zdzisław Beksiński czy inni, z których Bronisław Schlabs wydaje się być najbliższym duchowo - Autorowi prezentowanej fotografii, tworzącemu nad Narwią w latach 1970- 80. Władysław Mścichowski jest nieobecny w dzisiejszym życiu artystycznym Łomży. Tym bardziej wart przypomnienia jako przedstawiciel lokalnej „awangardy fotograficznej”. Niedoceniony w pełni także jako malarz. Twórca poszukujący - osobny i niespokojny tak jak w tej pracy: intrygującej kompozycyjnie i w przesłaniu zadziwiającej. To abstrakcja nie tyle dekoracyjna co przedstawieniowa - dzięki różnym możliwym znaczeniom, przypominającej choćby wyobrażenia kosmosu lub wizję narodzin życia.

Bolesław Deptuła
śr, 16 października 2013 11:28
Data ostatniej edycji: 2013-10-22 10:27:39

Oczekiwanie

Zwykle wolimy obrazy jesieni przeładowane szaleństwem barw, jakby dla odczarowania dominującej o tej porze lepkiej szarości. Tu Autor przekonuje, że „mniej znaczy lepiej.” Więcej siły zawiera jeden mocny punkt: nieskazitelna biel w centrum fotografii - zapowiedź dalszych obłoków w czystym błękicie. Pięknym dodatkiem, swoistym obramowaniem dla ulotnej chwili - są niechętnie ustępujące ołowiane chmury i gęstwina kontrastów leśnych, w nagłym ostrym słońcu. Autor miał szczęście znaleźć się w odpowiednim miejscu ale też z talentem wybrał bez poprawek najlepszy kadr „jednym strzałem”. Obraz pozostaje pod powiekami na długo. Warto ćwiczyć oko, w oczekiwaniu podobnych chwil - tylko nam danych.

Bolesław Deptuła
śr, 18 września 2013 11:13
Data ostatniej edycji: 2013-09-30 06:14:56

Jak to się robi w Łomży.

Tych bajkowych drzew z fotografii już nie ma, miały być ozdobą Muzeum Narwi w Łomży - przy bezczynności Ratusza wyciął je „nowy inwestor”, chociaż właściciel działki już rok temu prosił, by ostatecznie uregulować bałagan „scaleniowy”, bo nigdy nie zgadzał się na zmiany własnościowe i nie przyjął zamiennej działki - dlaczego Ratusz jej nie przydzielił „ inwestorom”? Ile trwa odzyskiwanie posiadłości prywatnej, przydzielonej „nowym inwestorom” drogą kombinacji urzędniczych, bez zgody i powiadamiania zainteresowanych? W Łomży 20 lat nie wystarcza. Nadal można uratować honor Łomży wprowadzając alternatywne rozwiązanie: domy w miejsce niepotrzebnych dziś domków gospodarczych. Zamiast  merytorycznej decyzji uparty właściciel dostał w odpowiedzi groźby karalne. Dlaczego urzędnik woli zaniechanie, zamiast przedstawienia sprawy radnym do wspólnego rozwiązania? Urzędnik bezdusznie odsyła do sądów, znanych z koleżeństwa ze sprawcami - co udowodniło zbiorowe zrzeczenie się udziału w sądzeniu b. prezydentów miasta. Łomża z winy bezczynnych urzędników coraz częściej „gości” w mediach ogólnopolskich. Czy te hańbiące i niepotrzebne tzw. „scalenie” też ma tam trafić? Rozbicie działek rozpoczęto w 1993 r, a więc mamy niechlubny, okrągły Jubileusz przekrętu w Zielonej Dzielnicy. Pamiętamy wizyty urzędników, ich „porady”: „Nie róbcie nasadzeń w ogrodach, wszystko będzie wyrwane” - to jak nóż w serca przerażonych gospodarzy. Nie oddamy ziemi! - takie słowa dziennikarze wytłuszczali w tytule lokalnych mediów. Zimno ripostował w Gazecie Współczesnej zastępca prezydenta - „Już tylko kilka osób nie chce oddać ziemi miastu”. Prywatną własność „oddać”? Kto obliczy, ile kosztowało podatników wieloletnie, w złej wierze przymierzanie się metodą prób i błędów, do zniszczenia Zielonej Dzielnicy, określanej „rejonem P-2” niczym numeracja w gułagu - przez trzy „ekipy prezydenckie”? Kto odpowie za stwarzanie ciągłego zagrożenia, psychiczne maltretowanie,  niewyobrażalne straty finansowe właścicieli? Wbrew licznym protestom, obojętni na argumenty Żelechowski, Turkowski,  Brzeziński, aż 20 lat przesiewali przez palce cenny czas - nie pomógł też obecny prezydent miasta, który jakoś nie ma czasu na przerwanie tego chocholego tańca. Na razie nikt nie rozlicza z urzędu celowej dewastacji własności prywatnej i lekceważenie ustawowego obowiązku wspierania kultury. (Wystarczyło nie przeszkadzać to już byłaby pomoc.) Tymczasem niszczeje prywatna posesja, a stan zawieszenia przekreśla starania o dotacje europejskie dlla Muzeum Narwi. Już sam fakt podziału na 4 części działki zabudowanej ( a więc ustawowo nie podlegającej scaleniu) , w dodatku pozostawienie tego bałaganu po nazwą „scalenie” świadczy o bucie i całkowitym poczuciu bezkarności. Świadomie rozbito świetnie działający przez pół wieku zwarty układ przestrzenny, a niepokornych ukarano przesunięciem granic o 5 m aby nie mogli ogrodzić odsłoniętych posesji. Na pokaz fałszywa uprzejmość, a wobec niewygodnych - chamskie wywyższanie się, psychiczne tortury i niszczenie majątku - tak się niszczy Polaków „procedurami, przepisami, nakazami”. Kto skończy z obłudą oficjalnych zapewnień, typu: „Nie można wprowadzać utrudnień dla obywateli, nie mając ku temu solidnych i nie budzących wątpliwości podstaw”? Inny zawstydzający przykład dobijania się Hospicjum przez ponad 20 lat do sumień ratuszowych urzędników, pokazał, że to nie pojedyncze „błędy” ale stała praktyka.

Bolesław Deptuła
nie, 01 września 2013 21:57
Data ostatniej edycji: 2013-09-03 16:34:35

Wspólne więc niczyje

Mocna fotografia, świetna kompozycja. Znakomite, malownicze oświetlenie ponurej ruiny promu. Narew i wieczorne niebo w jednej tonacji, dzięki wersji czarno-białej uwypuklają motyw główny. Pogodna wielobarwność budziłaby nadzieję, ale nie tym razem. Temat ma zmusić do myślenia. Ciekawe ilu z nas zauważy szerszy problem? Wrażliwych obraz przerazi - wielokrotnie przyciągnie wzrok: jak do tego mogło dojść? Czy zabrakło kozła ofiarnego, aby za groszowe wynagrodzenie czuwał i szybko reagował, może w społeczności ceniącej własność prywatną nikt nie kwapi się do zabezpieczenia wspólnego promu? Czy kołchozowo-prywatny problem rozwiąże się naprawą ruiny z funduszy publicznych - przecież wspólnych? Niejeden cynik - leming skrzywi się, że banał, codzienność. W końcu sowiecka mentalność PRL nadal króluje na urzędach, trzeba absurdalnymi przepisami regulować całą sferę publiczną lub… wymienić zlustrowanych tępogłowych, ale kto ma to zrobić - oni sami? Jak podziękować ludziom ograniczonym i nieukom, którzy rządzą naszymi pieniędzmi, promując igrzyska bardziej niż wychowanie młodzieży? Jak naprawić pozostałości systemu konserwującego „samych swoich”? Przecież od wielu lat stwierdzamy zawstydzające fakty i nic z tego nie wynika. Za to ważniejsze jest zwiększenie pensji kolejnym urzędnikom - teraz „europejskim”, którzy „dla wspólnego dobra” zdejmą z naszych głów ciężar myślenia. Nam pozostanie obojętność: na marnotrawstwo publicznych funduszy (wspólne, więc hulaj dusza), na decyzje bezkarnego niby „pod kontrolą” niszczenia prywatnych posiadłości (kułaków, więc niczyje). „Nowa świecka tradycja”: nierozwiązywalność ogólnopolskich problemów, jak słynny kiedyś „brak sznurka do snopowiązałek w PRL”- trwa siłą bezwładu od czasów komuny. Niezmienny wstyd jak sprawa „Śmieci PRL” -nasz odcinek miał po czterech dniach 11 tys. odsłon, po miesiącu 14 tys. - rekord, bo dotychczasowy pułap oglądalności odcinka: 2 tys. odsłon. I co z tego - nie próbujmy naśladować innych (np. angielskich rozwiązań śmieciowych).

Bolesław Deptuła
so, 24 sierpnia 2013 17:57
Data ostatniej edycji: 2013-08-24 18:10:52

Śmieci

Dokument z czasów Polski Ludowej: po wizycie śmieciarki już puste pojemniki tworzą kompozycję podwórkową - bałagan z fantazją. Oglądamy sytuację bardziej „optymistyczną”, bo Autor wykonał wcześniej inną fotografię tego miejsca - gdzie przepełnione pojemniki najwyraźniej nie za często opróżniane, toną w śmieciach wokół. To niestety: centrum Łomży między ulicami Dworną i Długą. Autor miał kilkanaście lat, gdy fotografował widok z okna. Jednak obraz jako zbyt smutny - przekreślił na negatywie - w albumie małoobrazkowym. Bogu dzięki, nie wyciął tych klatek - po 40 latach stały się bezcenne. Piewcy PRL-u, którzy dobrze się czuli w kręgu takich sowieckich porządków, dziś jako „europejczycy” pewnie się obrażą na zdjęcia, jako ociekające „nienawiścią i jadem”. Sami jednak nie pojadą na Wschód, aby przekonać się, że podobne widoki są tam nadal. To obrosło jakąś tradycją: dzieciństwo tamtych lat jest sentymentalnym wspomnieniem ”placu zabaw” - z wieloczynnościowym trzepakiem jako przyrządem gimnastycznym.  Chodnik szczerbaty: może komuś przydały się płyty chodnikowe, albo producent wcześniej dosypał piasku aby skombinować cement ? Rolę chodnika oraz parkingu przejął… trawnik, który jak trzeba, jest także zapasową uliczką. Nie mogło być inaczej, skoro na przejeździe wysypano węgiel ! Dlaczego nie dbano o porządek? Gdzie zagroda z desek, piętrząca szczególnie przykry miał węglowy? Czy dlatego, że robotnik już nie musial? Zresztą, kto lubił dodatkową robotę? Skoro wszyscy „byli równi” bo i „ żołądki mamy jednakowe” jak mawiano. Tak było bardziej swojsko, po robotniczemu - po odrzuceniu tradycji burżujskich. AD 2013 kłopoty śmieciowe nie wzięły się znikąd - bałagan równie malowniczy. Coś się jednak zmieniło: pojemniki - wypisz wymaluj jak te z fotografii - elegancko są dziś obudowane murowanymi śmietnikami. Kiedyś w roli zabytków, staną się perłami małej architektury - a projektowane są coraz fikuśniejsze jak przystało na gust nowobogacki, bo np. w stylu ”pałacowym”. Ciężko będzie wykorzenić dominującą mentalność robotniczo-chłopską z przyśpieszonych kursów i studiów przebalowanych punktami „za pochodzenie”: jedno czy dwa pokolenia?

Bolesław Deptuła
wt, 09 lipca 2013 19:10
Data ostatniej edycji: 2013-07-09 19:24:22

Pasikonik

Cudowny moment, pozornie banalny - trwa zbyt krótko więc nie taki łatwy do upolowania. Sympatyczny portret zwłaszcza dzięki urokliwej scenerii - utrwalony lustrzanką cyfrową przez teleobiektyw 300 mm - z użyciem statywu. Trafiona dynamiczna kompozycja. Pogodne trofeum młodego mieszkańca Łomży, z wycieczki do wsi Zbójna. Początkujący fotograf - jak mówi skromnie - choć ćwiczy na poważnie od kilku lat. Pasikonika nie łatwo dostrzec - mimo że ma pokaźne rozmiary. Budzi respekt i uszczypnąć do krwi potrafi, czego doświadczył piszący te słowa, gdy nieopatrznie podstawił dłoń do przeniesienia go w inne, bardziej fotogeniczne otoczenie. Nie stroni od środowiska miejskiego - zdarzyło się, że kiedyś wskoczył przez balkon na parter bloku w Łomży i spacerował po ścianie nad tapczanem ze śpiącymi dziećmi. Wyglądał groźnie, ale udało się w porę odstawić go do ogródka przed zamknięciem okna, zanim napędził strachu dziwnym istotom dwunożnym z ludzkiej krainy.

Bolesław Deptuła
wt, 25 czerwca 2013 21:26
Data ostatniej edycji: 2013-07-03 15:38:30

Załatwiona

Urokliwa brama do Pałacu Chodźki, od strony ul. Zjazd. Przetrwała zawieruchy wojenne - poległa AD 2013. Niejedna zakochana łomżynianka została przy niej sfotografowana podczas romantycznego spaceru nad Narew. Była - już jej nie ma. Afery też nie było bo społeczeństwo umęczone absurdami dnia codziennego nie może sobie głowy zawracać znikaniem każdej „drobnej sprawy” - prawda? Oj, oj tam, postawi się „nową” może wyrośnie jeszcze ”ładniejsza” brama, np. otynkowana? Przecież „nikt” nie zauważył, że i sam Pałac, który przetrwał dwie wojny, został w „wolnej Polsce” ordynarną nadbudówką „poprawiony” przez autentycznego architekta z PRL, który po czymś takim powinien projektować wyłącznie domki gospodarcze i chlewiki. Tak oto w niby wykształconym kraju, myśląca część (mniejszość?) poczuje się po raz kolejny nieswojo. Oto kierowca samochodu większego niż ta brama „po prostu” w nią wjechał - bo była otwarta. Może gdyby musiał wysiąść do zamkniętej bramy, miałby chwilę na zastanowienie się? Czy jednak warto o tym mówić - w końcu Łomża to nie Wawel, prawda? Właśnie tak lekko traktując każdy drobiazg naszych dziejów pozostaniemy w niewoli, przygnieceni nadmiarem zwyczajnej głupoty. Nadal można w Łomży „załatwić” rozbiórką małą architekturę - urocze staromiejskie drobiazgi oraz stare drewniane domy i piękne murowane kamienice - to wszystko co świadczy o naszej odrębności i przyciąga turystów w cywilizowanym społeczeństwie. Ba - nawet całą prywatną Zieloną Dzielnicę da się w tym dzikim kraju zamienić w asfaltową patelnię i tzw. wymiar sprawiedliwości problemu nie widzi. Jak długo jeszcze myśląca część mieszkańców będzie potulnie czekać, aż Rozum zacznie naszą codziennością rządzić?

Bolesław Deptuła
śr, 05 czerwca 2013 07:17
Data ostatniej edycji: 2013-06-05 07:21:26

Polska robota

Czy to obrazek z PRL? Nie -„tylko” łomżyńskie echo przyzwyczajeń z tamtych lat. Kiedyś powtarzano „Czy się stoi, czy się leży, 2 tysiące się należy”. Nadal są tacy co nie rozumieją, jak to możliwe, że ten sam fachowiec lekceważący w Polsce swoją robotę - gdzie indziej zamieniał się w super pracownika. Powracając zza Wielkiej Wody z pokorą opowiadał, że tam robotnik musi kupić sobie robocze ubranie i narzędzia - w efekcie dba o nie i pilnuje, a do pracy idzie czysty, nieupaćkany. Więcej, jeśli się starał szanowano go, a za ciężką pracę był solidnie wynagradzany. Niechętnie opowiadano, że gdy obijał się - wylatywał natychmiast. Nie dziwota, że kto podpadł ten psioczył na wyzysk i wracał. Pewien mieszkaniec Łomży chociaż mocno zadłużył się na podróż, tak obco się poczuł, że przyjechał ze Stanów już po tygodniu, bo „wilgotny klimat mu nie odpowiadał”. Za to na Wschodzie mógł swobodnie oddychać i „kombinować”. Lata lecą, ale czas jakby się zatrzymał w oparach „komuny, której nie było”. Opadają z sił emeryci, którym zlikwidowano tak liczne na Ziemi Łomżyńskiej głazy pamięci: „Za utrwalanie władzy ludowej”. Ledwo dyszą kontynuatorzy procedur i przepisów, zakazów i nakazów, za to w ich imieniu „za szkalowanie PRL” obrażają się dzieci. One wciąż lubią bajki,  to ich dobrego samopoczucia bronią piewcy, ostatnio autostrad, jakże aktualnych przykładów „polskiej roboty”. W dodatku winnych można znaleźć: choćby Chińczyków. Nie jest źle - można się pośmiać z siebie. Np. TV powtarza co jakiś czas mniej znany film twórcy „Rejsu”, pt. „Uprowadzenie Agaty” gdzie roi się od powiedzonek charakterystycznych dla PRL, typu: - „A w gazetach co dzień - nowa, legalna afera” lub: -„złodziej w tym kraju ma swoje prawa”. Czyli jak w przysłowiu: dawno i nieprawda?

Bolesław Deptuła
wt, 14 maja 2013 10:58
Data ostatniej edycji: 2013-05-14 12:48:54

Nareszcie coś rzucili

„No co, może ustrój wam się nie podoba?- mawiano „za komuny”. Jak historyk ma opisać coś, czego podobno „nie było”? Od haseł „Wróg czuwa!”-po „styl Barei”? Swoisty „wentyl bezpieczeństwa”- spojrzenie z przymrużenie oka, oswajało straszną, prostacką codzienność i kołchozową mentalność. Śmieszne nie dla każdego „komedie filmowe” trafiały w gusta sytej warstwy „równych i równiejszych”, którzy przełykali ubarwioną ale jednak dokumentację niebywałych absurdów i chorobliwego cwaniactwa. „Dobrowolne” pochody „1-Majowe” mimo „darmowego piwa z kiełbaską” były udręką fałszu pod sztandarami - co urwało się nagle po roku 1989 z umownym „końcem systemu”. Doprowadziło to przy okazji do zaniku stowarzyszeń, klubów i masowej ucieczki w prywatność. Choćby w niewolę „jadu z ekranów” - to jednak do wyłączenia. Zahartowała Polaków sowiecka „toczka” w każdym domu. Młodzi nie uwierzą, jak wyłączenie „toczki- gadzinówki” było niebezpieczne w PRL: życzliwy sąsiad mógł donieść na rodzinę unikającą słuchania jedynego programu radiowego, czyli przemówień partii rządzącej, marszów wojskowych i muzyki ludowej. Kto przeżył świadomie „polską komunę” pamięta Urzędy Cenzury, wysokość kary za posiadanie dolarów, przydziały na rajstopy i talony na auto, kartki na cukier lub wódkę, punkty na studia za pochodzenie robotniczo-chłopskie lub szkolne wycieczki zbierające stonkę „podrzuconą nam przez amerykańskich imperialistów” i wstydził się niewolniczych „prac społecznych” w dni świąteczne w towarzystwie docinków „szefa” na ciemnotę ludzi śpieszących do kościoła. Dziś skostniali w obyczajach miłośnicy PRL wolą pseudonimy i wulgaryzmy, czym ułatwiają pracę badawczą historykom Internetu. Pomaga fotografia: amatorzy pamiętają przydziały na chemikalia w Foto-Optyce lub na wagę z Aptek, filmy cięte samodzielnie do kaset ORWO - szczęściarze zamawiali potężne pudła taśm filmowych z magazynów wytwórni fabularnych - dzielone nożyczkami w łazience zamienionej na „ciemnię fotograficzną”. Posłusznie wpisywało się „obywatelskie uwagi” do zeszytów pt.„Księga życzeń i zażaleń”- Winna była nie „Władza” ale sklepikarz i tzw. „prywaciarz” - bijcie się między sobą a nie z władzą wybraną „bez kantów” słynne: Głosuj 3 X TAK”. Ze zgrozą ujawniano butną wypowiedź na zebraniu partyjnym łomżyńskiego „aparatczyka” dzierżącego w garści kilka funkcji, miejskich i partyjnych: -„Musimy się martwić nie o to czy wygramy wybory, ale w jakim stylu tego dokonamy towarzysze!” Nie znikła mentalność elit nagradzająca rodziny i sama siebie: „bo się należy”. Niezmienne hasła: „nadrzędność Ojczyzny” -będzie najweselszy barak w obozie, tylko zmiana stolic, czy „wspólne dobro” - trochę zostało dobra i działeczek prywatnych dla „nowych inwestorów” oraz „służenie ludziom” - bo rodziny to też ludzie, kto zaprzeczy? Pamięta się czasy polowań na okazje spod lady lub słynne dostawy „cytrusów”, gdy Trybuna Ludu anonsowała statek płynacy do Polski z bananami. Poczta pantoflowa elektryzowała: gdzie coś „rzucano”- jak ochłapy - do kiosku Ruchu lub sklepu MHD (Miejski Handel Detaliczny). Po coś większego typu „meblościanki” potulnie formowano kolejki ze spisem nazwisk w zeszycie, po drobiazgi pod kioskiem nacierało się kupą, bo w kupie liczył się silniejszy. Utrwaliło się tchórzostwo życia w układzie, wśród zabaw cudzym kosztem (klasyk: „zdrowie wasze w gardła nasze”). Po latach zamiast sprawiedliwych rozliczeń, gnębiciele oczekują, że ofiary „połączą się z nimi w bólu wspomnień utraconego dzieciństwa". Wtedy było lepiej - drogi się rozeszły, ale byliśmy w tej samej klasie, czy nie łączy nas sentyment do Gumy Donald, wyrobów czekolado-podobnych i oranżady w proszku?

Bolesław Deptuła
śr, 24 kwietnia 2013 11:05
Data ostatniej edycji: 2013-04-24 11:34:10

Kumoszki

Rewelacyjna fotografia, jedna z tych, które nabierają dodatkowego smaku z upływem czasu. Autor wyłowił scenkę za pomocą obiektywu super zoom. Trafnie znalazł właściwe podświetlenie tak aby zanikające, zmienne kształty zamrożonej wody - nabrały życia. Nie tak łatwo dostrzec z oddalenia, w przeładowanym szczegółami otoczeniu miniaturowe „postacie” z topniejącego lodu. Dla Autora to rozgadane kumoszki - wędrujące przez zimowy krajobraz. Inni dostrzegli w tym obrazie duszki z krainy mrozu, figurki z baśni Andersena, a nawet modelki Xawerego Dunikowskiego z serii rzeźb „Brzemienne”. Jedno jest pewne: można nudzić się i narzekać, można też ruszyć poza miasto i znaleźć w cudach Natury pożegnanie zimy. Chyba najtrudniejszy pierwszy krok: oderwać się od ekranu telewizora lub komputera - heroiczna decyzja którą ciężko podjąć, co widać po zbyt opustoszałych ulicach rozleniwionej, 60 tysięcznej Łomży.

Bolesław Deptuła
śr, 03 kwietnia 2013 08:49

Nad rzeką Narwią

Przykład reliefu fotograficznego. Rzadko stosowana technika artystyczna. Efekt przestrzenny powstawał dzięki połączeniu negatywu z pozytywem w lekkim rozsunięciu pod powiększalnikiem, aż do uzyskania wrażenia płaskorzeźby. Drobne niedoskonałości zwiększały wartość ostatecznej odbitki, nie tylko u koneserów. Zabawne - mimo upływu lat nie przestało to być ważne: sztucznie wyposaża się kolejne aparaty cyfrowe w naśladowanie rękodzieła. Jeśli dziś mając cyfrowe ułatwienia szukamy wyjątkowego tematu do ćwiczeń, to bez wątpienia - nadnarwiańska skarpa jest tym szczególnym, inspirującym miejscem, przyciągającym w różnych odsłonach roku. Niewiele miast w Polsce pochwalić się może tak malowniczym położeniem. Szkoda, że mało obecnym - jako myśl przestrzenna w mediach, do cierpliwego uzgadniania - zwłaszcza w kwestii pogodzenia nowych projektów z najstarszą częścią miasta. Gdzie ta inteligentniejsza część społeczeństwa, pilnująca aby Polacy byli „mądrzy przed szkodą”? Niemrawo bijemy na alarm także wobec prób „oszczędzania” na szkołach i bibliotekach - dlaczego tak łatwo forsuje się likwidację miejsc nienaruszalnych, podstawowych dla naszej tożsamości? Dziś powinno się dyskutować o większym przyciągnięciu w tej sprawie emerytów, naturalnych strażników tradycji - i zamiast zamykania placówek raczej zamiany na „ogniska kultury”, które w razie potrzeby powrócą do roli szkół. Wstyd, że zapomina się o idei przedwojennych, często ze składek społecznych tworzonych „Domów Ludowych” lub Czytelni, Herbaciarni - z takim trudem budowanych ognisk społecznej aktywności i wychowania. Jeśli nie powróci się do źródeł i  nie zauważy szansy na „zagospodarowanie” starzejącego się społeczeństwa - to kolejny problem dojrzeje do wybuchu i będzie „zaskoczeniem”. Papież Franciszek apelował: „Starość jest miejscem, w którym mieszka mądrość - darujmy ją młodym”. Na razie sumienia usypia propaganda - ci co powinni nie czują się odpowiedzialni za bezkarne marnotrawstwo, za system, w którym zbyt wielu samorządowców woli budować to, czym się można pochwalić - zamiast inwestycji, które zlikwidują głód pracy. Jesteśmy w szczęśliwym, pięknym położeniu nad Narwią - łatwo te kolejne szanse stracić.

Bolesław Deptuła
pt, 15 marca 2013 16:57
Data ostatniej edycji: 2013-03-26 09:52:27

Ufoludki

Gdzieś w Kosmosie mieszkają istoty takie jak my, oczywiście o ludzkich kształtach ale jakoś doskonalsze, nadzwyczajne - świetliste. W tym przekonaniu pewnie niejedne oczy utwierdzi prezentowana fotografia wykonana przez 11- letnią Izabelę Osial z Łomży, podczas jazdy autem. Autorka zauważyła zwyczajne reflektory samochodu na mokrej jezdni pod oślepiającym światłem latarni - ale jej wyczucie kompozycji i wyobraźnia uchwyciły coś więcej: co dało w rezultacie wieloznaczny i niepokojący obraz. W banalnej, deszczowej migawce z telefonu komórkowego (znak nowych czasów !) oczy dziecka zobaczyły ludziki - gości z bajkowej mgławicy usianej gwiazdami - przybyszów z tajemniczego kręgu światła. Antropomorfizacja to powszechna, ciekawa skłonność nadawania cech ludzkich - pojęciom abstrakcyjnym, faunie, florze, nawet martwym przedmiotom a przede wszystkim zjawiskom naturalnym, jakby dla obłaskawienia groźnej Natury. Współczesny człowiek sięgnął gwiazd, łatwość podróżowania zmniejszyła planetę do rozmiarów „globalnej wioski”, ale zawsze będzie towarzyszył nam strach przed Nieznanym. Kto wie, może jesteśmy hodowlą doświadczalną Kosmosu i obiektami obserwacji turystycznej w „Rezerwacie Ziemia”? Na wszelki wypadek lepiej oswoić Wszechświat uznając, że nie jesteśmy w nim sami, a na pewno większość z tych „gości z innych światów” musi mieć dobre zamiary - przecież do tej pory nie zniszczyli Ziemi, raczej opiekują się naszą wyjątkowością - np. rozbijając na mniejsze kawałki zagrożenie z Kosmosu, tak aby rodzaj ludzki nie zniknął, ale zapamiętał swoją małość (choćby meteoryt tunguski i czelabiński).

Bolesław Deptuła
śr, 20 lutego 2013 09:57
Data ostatniej edycji: 2013-02-20 21:20:07

Ocean

Dlaczego ludzie nie potrafią wyjść poza jałowe dyskusje, gdy narastający Chaos rozbija ożywcze prądy? Kiedy światłe umysły wskażą sposób zatrzymania kolejnych fal Nicości? Gdzie wzmocnienie mądrych decyzji i wsparcie słabnącej edukacji: w ukazywaniu jak przeobrażać twórczo nie niszcząc? Czy musimy koniecznie sięgnąć dna, co nas obezwładnia? Do jakiego punktu będziemy łudzić się, że lepki bezruch nie zatrzyma całkowicie naszego świata? Oczywiście wygodniej poczekać, może jakieś nowe fale same wypłuczą brud i fałsz. Nie chcemy myśleć o dalekosiężnych skutkach ludzkiego zaniechania. Czy nie szkoda straconego czasu, odsuwającego od poznania, twórczego udziału, wzbogacania? Warto spojrzeć od nowa także na głębię i rozległość Królestwa Błękitu, który przeraża słabsze jednostki kroczące na niepewnych nogach - za żadne skarby nie zanurzą głowy aby na własne oczy ocenić co tracą. Nie chcą zastanawiać się, dlaczego - na powierzchni „kuli ziemskiej” ląd zajmuje tylko niecałe 30 % - to raczej „kula wodna”, niszczona z rozmysłem, systematycznie. Zamiast żyć w zgodzie z tajemniczą, nie do końca poznaną Naturą - działamy przeciwko niej, świadomie z agresją. Lądowy sposób myślenia z uwagą obserwuje kapitan Wojciech Białecki z Łomży, od 40 lat przemierzający drogi wodne świata. Autor rewelacyjnych w swoim rodzaju fotograficznych „portretów fal” oraz pejzaży z morskiego punktu widzenia - z których 100 wybrał do pokazania w  Galerii Sztuki Współczesnej przy Muzeum Północno-Mazowieckim. Piękno tego świata odbitego w miniaturze na powierzchni oceanu, jest zrozumiałe w każdej części planety, jest łącznikiem - możliwością uniwersalnego porozumienia - jak język muzyki. Okazja do refleksji jak porządkować chaos działań, nie niszcząc wspólnego obszaru istnienia.

Bolesław Deptuła
wt, 22 stycznia 2013 13:08
Data ostatniej edycji: 2013-01-28 11:21:05

Grobla Jednaczewska

Siermiężna codzienność „przejściowych trudności” z odśnieżaniem to „koniec świata” dla mieszczucha, który nie jest w stanie sobie wyobrazić wiejskich, nie zawsze przejezdnych przestrzeni - gdzie tylko konie sobie poradzą. Jeszcze niedawno podczas srogich zim wielogodzinną sannę bez szwanku zapewniały solidne przedwojenne szuby i palta do samej ziemi - dziś egzotyczne, ale pewnie zachowane w niejednej szafie. Gdy kiedyś zabrakło lekarstwa albo soli, nie czekano aż rodzina zareaguje na jedyny we wsi telefon na korbkę i wyruszy państwowym PKS- em! Zresztą autobusy zawracały do Łomży, gdy łopaty w rękach pasażerów były bezskutecznie wobec zatorów śnieżnych. Z tamtych czasów pochodzi fotograficzna pamiątka zimowego spaceru, z próbą złapania ruchu w kadrze. Zwróćmy uwagę, czy udało się trafić w ten najlepszy moment - przewidziany przez fotografa właściwy punkt zamrożenia biegu konia. Drzewa są dodatkowym obramowaniem i ozdobą obrazu. Na negatywie to jedna, jedyna klatka - ta właściwa - efekt ćwiczeń i samodyscypliny. Oczywiście, aparaty analogowe wymuszały ćwiczenie samokontroli, skoro na jednej rolce filmu było tylko (aż !) 40 klatek. Dziś uleganie łatwiźnie cyfrowej kończy się „pstrykaniną”, której nikt poza „autorem” nie chce oglądać. Wygrywa ten, kto ćwiczy i próbuje sobie wyobrazić, jaki efekt da naciśnięcie migawki. Także ten, komu będzie się chciało zejść z Grobli w głęboki śnieg - dla uzyskania atrakcyjnego punktu widzenia. Dziś fotografowanie samochodów na Grobli Jednaczewskiej to słaba atrakcja. Musi pojawić się wreszcie odważny bezrobotny - który lubi konie: jest tyle ciekawych tras wokół Łomży na kulig i dorożkę!

Bolesław Deptuła
pon, 17 grudnia 2012 20:23
Data ostatniej edycji: 2012-12-24 16:22:51

Przed podróżą

Wyjątkowo mocny przekaz delikatnego tematu, z miejsca przecież tętniącego życiem - wbrew stereotypom. Trafny obraz zwyczajnego etapu egzystencji człowieczej: oczekiwania na ostatnią podróż, o której nie umiemy, boimy się mówić choć jest czymś oczywistym, godnym naturalnego traktowania. Uniwersalne przesłanie z Hospicjum Autorka zebrała w arcydzieło fotograficzne, mówiące więcej niż tysiąc słów. Na zauważenie zasługuje oszczędność przekazu i podkreślenie ważnych punktów składających się na opowieść: dłonie z różańcem kierują myśl w górę, poprzez wizerunek przypominający łączność ze Wspólnotą, do tajemnicy rozświetlonej bielą okna - symbolicznego celu podróży. Przejmujący do głębi obraz jest wezwaniem do pokory, zachętą do odwiedzin - choćby dla zwyczajnej obecności, z której wrócimy do swojej codziennej krzątaniny bogatsi duchowo. Niezwykła dojrzałość uczuć zawarta w tej pięknej fotografii budzi wdzięczność za celną obserwację oraz - szacunek wszystkim zaangażowanym w trwanie tak potrzebnego miejsca. Krzepiące, że nawet gdy najbliżsi nie zdążą z pożegnaniem, tu jest się bliżej kogoś kto słucha - zawsze obecny - poprzez różaniec albo obecność życzliwej osoby.

Bolesław Deptuła
wt, 04 grudnia 2012 20:07
Data ostatniej edycji: 2012-12-06 15:28:21

Starość

Jesienny plener pod łomżyńską wieżą TV na skarpie. W resztkach gasnącego światła koledzy zajęli się łapaniem nieba w szerokich pejzażach, ale dla teleobiektywu 300 mm było już za ciemno, więc sprawdziłem jaka kompozycja pojawiła się pod światło. To był ten moment!  Na pochyłości poletko wysuszonych badyli: stapiało się w półmrok z drzewami, ale po wycelowaniu obiektywu w zamglone słońce - pojawiła się tajemnica ukrytego piękna starości. Wbrew paplaninie zdziecinniałych „wiecznie młodych” po operacjach plastycznych, którzy i Naturę chcieliby poprawiać, przycinając np. krzewy w gustowne „grzybki, dzbanki”: starość nigdy nie jest brzydka. Może być tylko przykro - gdy zaniedbana, zazwyczaj przez ingerencję bezmyślnych osobników. Zaśmiecana wytworami przemysłowymi, których przyroda nie jest w stanie szybko się pozbyć, zalewana asfaltem, betonem „dla uporządkowania” a gdy pozbawiona „oddechu” ziemia zamiera, chwalenie się kosztowną, sztuczną trawą. Tak sie oduczamy czerpać radość z każdego etapu istnienia. Tymczasem każdy niepozorny badyl ma znaczenie i swoją rolę do odegrania - jak tutaj. Teleobiektyw rozmył tło i wydobył ostrość tylko „bohaterów pierwszego planu” a spojrzenie z dołu nadnarwiańskiej Pradoliny uwzniośliło dostojność i piękno starości.

Bolesław Deptuła
so, 10 listopada 2012 15:18
Data ostatniej edycji: 2012-11-13 15:30:13

Pod Rakowem

Wyjątkowy plener nad Narwią. Długo śledziliśmy obiektywami lustrzanek to co się otworzyło na skarpie Pradoliny w niczym nie zasłoniętej przestrzeni: wystarczyło to dostrzec. Układ chmur przechodził w niejedną monumentalną konfigurację ale wciąż przypominał Oko Opatrzności, znany od wieków symbol kojarzony z obecnością Boga obserwującego poczynania ludzi. W takim kontekście śmieszne jest wspomnienie wynalazków - tylko naśladujących przyrodę oraz ludzików tytułujących się „stworzycielami” tego co było w nieskończonej ilości wersji do odkrycia, a  co w naturalny sposób pojawia się na kolejnych stopniach przemijania ludzkiego - wznoszenia się i upadku. Czuliśmy podkreślenie ludzkiej małości w tej gigantycznej przestrzeni otwartego nieba, którego wykadrowany fragment był ledwie ozdobnikiem emocji. Byliśmy świadkami znaku przeobrażającego się w stronę miasta, które zastygło w korupcji, złych emocjach, niegospodarności, krzyczącej niesprawiedliwości, jak wykrzyknik: dostaliście wolną wolę - co z nią zrobiliście? Czytelne „memento mori” sił potężniejszych od rojowiska ludzkiego: jak wykorzystujecie  swoją szansę? Zamiast się wspierać, rozwijać siły dobra, wytworzyliście ogrom złej energii, a ona prędzej czy później zniszczy swoich „twórców” - to będzie prawdziwy koniec świata dla niejednego durnia.

Bolesław Deptuła
so, 13 października 2012 13:29
Data ostatniej edycji: 2012-10-16 22:47:48

Barwy jesieni

Są odbiorcy sztuki, którzy czegoś po prostu nie widzą i już. Dla znudzonego dyletanta nawet wysmakowany malarsko motyw będzie „kolejnym pejzażem” i kropka. Jak to zmienić? W tym obrazie pewnie niepoprawny amator umieściłby odruchowo białą ścianę w środku kadru - ale tak nie musi być z każdym mocnym punktem, tylko bezmyślny turysta uparcie ustawia wszystko centralnie w krajobrazie do cyklu: „Ja tu byłem”. Autor tego obrazu fotograficznego (bycie artystą-malarzem zobowiązuje) zbudował w obiektywie kompozycję do wędrowania wzrokiem. Od bieli z lewej - budynku, nasłonecznionej, jakby promieniującej ciepłem ściany - poprzez żółtą czapę zmieniającego się drzewa - do niepokoju mocnej czerwieni, zieleni, głębokich cieni muru z prawej: aż tyle narastających zmian w warstwie poziomej ! A w pionie? Kolejny przekładaniec: od rozleniwiającego pogodnego nieba, przez  kontrasty świateł, cieni i barw - do zapowiedzi melancholii suchych, czepliwych badyli, w które się zmienią lada moment pastelowe kwiaty. Jak w pigułce, ścieśniono w kadrze moment przejścia pór roku: od ostrego słońca do głębokiego cienia, ale aż w dwóch kompozycjach! Ukośnej: trójkąt światła z niebem odpowiednikiem trójkąta cieni z ziemią oraz warstwowej: prostokąt nieba, horyzontu, architektury, zieleni. Dla wrażliwego Autora zauważenie takiego nagromadzenia świateł, barw, przejścia czasu to cenna zdobycz i chciałby już, natychmiast - podzielić się tą radością z całym światem! Swoją drogą powstała jakby wydzieranka z kolorowego papieru do wycinanek - jaki kierunek malarski to przypomina?

Bolesław Deptuła
wt, 02 października 2012 10:40

Mały olbrzym

Zadziwiający efekt, jak z filmu „Kochanie zwiększyłem dzieciaka”. To przywilej młodości: łamać stereotypy, bez oporów badać skróty perspektywiczne i dziwne punkty widzenia. Coraz tańsze aparaty - zabawki pomagają  w poszukiwaniach: łapią obrazy w trudnych warunkach i z niebywałą głębią ostrości, jak w tym przypadku. Starsi łapią się za głowę: tak nie wolno zniekształcać - po latach dziecko zapyta a gdzie są normalne fotografie ? Jednak eksperymentować warto. Przetrwają próbę czasu fotografie zabawne, ale nie ośmieszające - wtedy bohater zdjęcia też będzie zadowolony. Więc na chwile spróbujmy zamiany ról: i kto tu jest Guliwerem w krainie Liliputów ?

Bolesław Deptuła
pon, 27 sierpnia 2012 08:44
Data ostatniej edycji: 2012-08-27 17:22:05

Pamiątka z pleneru

Oby wiele zdjęć pamiątkowych , które powstaną podczas wycieczek do Skansenu Kurpiowskiego prezentowało się tak nastrojowo - jak świetna fotografia Macieja Kościuszko z pleneru w Nowogrodzie. Tu prześwietlenie słońcem ma taką siłę wyrazu, że spodziewamy się jakiejś akcji, czegoś emocjonującego co zaraz nastąpi - a przecież to ciągle statyczny temat. Papierowe firanki są namiastką kotar teatralnych, ale skoro ażurowe więc i lekkość spodziewanych atrakcji zapowiadają i dobry humor wprowadzają frywolnym koronkowym wzorkiem. Pomyśleć tylko, że z drugiej strony to samo ujęcie będzie ładnie oświetlonym - ale tylko dokumentem. Warto próbować trudnego fotografowania pod światło, nie wszystkie szczegóły musza być widoczne a zazwyczaj ich nadmiar - przeszkadza.

Bolesław Deptuła
śr, 25 lipca 2012 23:29
Data ostatniej edycji: 2012-08-10 13:11:00

Dyskretny urok elegancji

Nieznana fotografia autorstwa dr Bolesława Czyżewskiego, założyciela ŁTF. Eleganckie auto w tajemniczej oprawie nocy lśni tu niczym czarna perła, marzenie koneserów. Dominuje kompozycja ukośna łącząca cały obraz, z mocnym punktem centralnym w oświetlonej szybie auta - od lamp ulicznych, przez jasny reflektor po błysk karoserii. Autor wszystko połączył perfekcyjnie. W efekcie obraz spokojny, harmonijny - wyczuwa się szlachetne spojrzenie fotografa. Lata 70.- z których pochodzi ta fotografia, czas aparatów na taśmy światłoczułe - to wymuszone oszczędne działanie w granicach jednej rolki, co bardziej sprzyjało tworzeniu dzieł przemyślanych. Dziś XXI wiek to raczej uleganie bylejakości epoki cyfrowej. Niełatwo teraz pokonać opór materii, w dodatku czując się „ubogim artystycznie” mimo posiadania kosztownej pstrykawki. Trochę wysiłku wymaga szukanie nieśpiesznych obrazów, wyczucia umiaru i proporcji - choćby z nutą dobrego smaku.

Bolesław Deptuła
pt, 15 czerwca 2012 10:53
Data ostatniej edycji: 2012-06-16 08:45:51

Trzmiel

Uchwycenie ruchu ścina z nóg. Odtąd ten pogodny, sympatyczny obrazek za każdym razem niech kojarzy się z mistrzowskim utworem Rimskiego-Korsakowa „Lot trzmiela”! Dynamiczna scena niesie więcej emocji niż zamrożenie skrzydeł w pełnej ostrości - swoją drogą ciekawe czy wystarczyłaby 1-tysięczna część sekundy w aparacie? Autorka znalazła świetnie tło dla stworzenia, które na zdrowy rozum nie ma prawa unieść się w powietrze - z powodu zbyt małej powierzchni skrzydeł. Jak nie darzyć pokorą i szacunkiem takiego cudu Natury ? Są łagodne, nie atakują ludzi. Można je polubić za pracowitość - po pszczołach najbardziej wydajne w zapylaniu roślin. Niestety również zagrożone wyginięciem: jak twierdzą naukowcy - wskutek m.in. nadmiernej chemizacji upraw, postępującej degradacji środowiska i niszczenia miejsc lęgowych (zanikające miedze, gdzie wiele gatunków trzmieli zakłada gniazda). W naszych czasach pojawił się kolejny problem: komercyjne sprowadzanie z innych państw obcych gatunków, które doraźnie zwiększając uprawy szklarniowe „zaśmiecają” rodzime populacje, wg znawców przenosząc cechę małej odporności. Uczeni alarmują: pomagajmy naszym trzmielom - zakładając ogrody i różnicując kolorystycznie uprawy więc przyciągając różne gatunki - ułatwimy im zdobycie pożywienie  a budując siedziska lęgowe na wzór budek ptasich - część ochronimy. Co jedni ludzie zepsują, inni mogą naprawiać - czy zdążymy?

Bolesław Deptuła
so, 02 czerwca 2012 23:40

Pod Szurem

Czarno-białe fotografie stają się modne, powstają nawet aparaty cyfrowe pracujące wyłącznie w czerni i bieli. Słusznie, kolor często przeszkadza w odbiorze tego, co autor chce przekazać. Posiadacze starych aparatów mogą poczuć się dowartościowani... Po 40 latach od wykonania tej fotografii w Starej Łomży, polna droga wygląda tak samo jak w czasach grodziska średniowiecznego. Jest coś uroczego w takiej niezmienności - jednak coś trwałego zostało wśród gwałtownych zmian w naszym krajobrazie. Jakiś pewnik w skali wielu pokoleń. Co najwyżej turysta zwiedzający Wzgórze Św. Wawrzyńca ponarzeka na możliwość odciśnięcia swojej figury, a im bardziej ostrożny tym szybciej wywinie salto na gliniastej drodze. Próba chwytania się trawy przyśpieszy emocjonujące, bliższe spotkanie z przyrodą. Bo zmieniło się jedno: kleszcze nasze czasy polubiły, jest ich coraz więcej, rozmnażają się znakomicie - bez przeszkód.

Bolesław Deptuła
so, 19 maja 2012 13:55

Wieża przez dziurkę

Nic tylko się cieszyć, że światowe ekstrawagancje artystyczne docierają nad Narew. Rozkwitła tu fotografia na miarę naszych czasów, głównie za sprawą Leszka Wiśniewskiego. Chodzi o „pinhole” (z ang.) -fotografie otworkowe, które doczekały się kolejnej wystawy. Przy okazji, w Galerii N na oczach widzów autor parę osób uwiecznił w aurze tajemniczości, uroczyście naświetlając portrety. Efekty wizji twórczych niekoniecznie wiernych oryginałowi, można było obejrzeć od razu, bo Wiśniewski użył kaset natychmiastowej fotografii typu Polaroid - do pudełka z kartonu w roli aparatu. Dlaczego mimo takich możliwości fotografia otworkowa nie ma zbyt wielu wyznawców? Przecież to swoboda, przymknięcie oka na niedoskonałości, ba! nawet lepiej im więcej nieostrości i fantazyjnych plam, w nieoczekiwanych miejscach. Wystarczy prosta konstrukcja typu „camera obscura”, używana m.in. przez Leonardo da Vinci. „Odlotowy aparat” można zrobić i ozdobić własnoręcznie choćby z pudełka po butach, gdzie rolę obiektywu spełni dziurka wykonana igłą - naprzeciw dowolnego materiału światłoczułego. Efekty unikalne - z kliszy ciętej albo papieru fotograficznego. Dzieło jednorazowe - chyba ze ktoś chciałby naświetlić więcej materiału, wtedy trzeba zabrać na spacer specjalny rękaw światłoszczelny. Przykładem takiej oryginalnej fotografii otworkowej jest widok łomżyńskiej wieży ciśnień, z ogromną kałużą dla oddechu i proporcji z przewrotną skalą ważności. Dobrze, że udało się ją upamiętnić także na fotografii otworkowej - być może to „ostatnie chwile” tej charakterystycznej wizytówki Łomży w pierwotnym kształcie. Tu również przy oszałamiających możliwościach, jakie daje wieża  - brak tłumu. Pewnie wyemigrowali wszyscy zdolni do wysiłku intelektualnego, a niedobitkom ryzykantów pozostało „przyjazne środowisko”. Z funduszy publicznych też nie, prędzej kupimy kolejną martwą komorę kriogeniczną i zbudujemy następne Baseny - to bezpieczne inwestycje i bezkarna niegospodarność. Czy starczy lat na przepychanki, zanim nastąpi pośpieszna przeróbka zabytkowej wieży w kiczowatą narośl „dla dobra społecznego”? To potrafimy - dobitnym przykładem zbędna nadbudówka, którą oszpecono Dom Chodźki. Niewykluczone, że szybciej „za przyzwoleniem społecznym” powstanie malownicze gruzowisko natychmiast objęte opieką konserwatorską jako trwała ruina. Dziwne, że do tej pory nie udało się jej przynajmniej podświetlić, jak katedrę. A co dopiero zorganizować atrakcje dla wszystkich - jak punkt widokowy z lornetkami lub mini muzeum wodociągów, stolik na degustację „Ciastka-wieży” i przysłowiowego Misia do pamiątkowej fotki przy jakiejś pompie ssącej. Tracimy czas , nie wyrabiamy nawyku spacerów w te okolice, bez czego biznes się nie utrzyma - przecież wszystko musi potrwać, zanim zacznie procentować. Przezwyciężyć fatum wiszące nad miastem mógłby ktoś z mocnymi nerwami i „zwariowany artystycznie” jak niezapomniany Wiesiek Sielski, który niestety żył w Łomży za krótko. Pozostaje bezruch i wykreślanie z papierów wszystkiego co wartościowe - nie ma mocnych na obojętność i zaniechanie, w tym Łomża celuje od dawna. Jednym ze sposobów na rosnące dziury (kulturalne, ekonomiczne, umysłowe, itd.) w „ścianie wschodniej” jest punkt widzenia fotografii otworkowej: problemy znikają, jest dobrze.

Bolesław Deptuła
wt, 08 maja 2012 09:28

Plener pod Nowogrodem

W zdjęciach reporterskich dopuszcza się swobodę np. w przerysowaniu, zachwianiu proporcji, jeśli brak czasu lub sytuacja wymuszają szybką reakcję fotografa, ale trzeba pilnowac pewnych zasad. Autor na szczęście czuwał nad wybraniem odpowiedniego punktu widzenia, kierując naszą uwagę na więź między bohaterami zdjęcia - wykorzystał dodatkowe łączniki: cienia, kijków na ziemi i w ręku głównego bohatera zdjęcia. Warto czekać, jak tu na pojawienie się słońca, aby wypełnić zbyt pustą przestrzeń w  kompozycji fotograficznej. Rewelacyjne są takie obrazy, z dodatkowym walorem dokumentu - prawdziwe życie na wsi jest trudniejsze niż się mieszczuchom wydaje. Kiedy po latach odwiedzamy te same miejsca, zazwyczaj zastajemy smutną rzeczywistość: w miejscu drzwi gęste krzaki, a dachy „malowniczo” zapadnięte. Czy w pełni zdajemy sobie sprawę z losu samotnych, starych, chorych na wsi?

Bolesław Deptuła
pon, 23 kwietnia 2012 07:53

Pod Łomżą

„Polskie drogi: jadę sobie dziurą - a tu asfalt !!” Znaleziony w necie dowcipno gorzki komentarz rzeczywistości, szczególnie na wschodzie nie jest do śmiechu. Trasa zwana „drogą śmierci” to też wizytówka Europy. Lata mijają, a my wciąż wypadamy z planów. Odcinek tuż pod Łomżą od strony Stawisk - jedno z wielu miejsc o jakości tektury falistej. Kiedyś w celach propagandowych publikowano mapkę komunikacyjnych połączeń Kraju z przeraźliwą „białą plamą”: północno-wschodnią ćwiartką Polski - aby podkreślić skalę opóźnień cywilizacyjnych. Dlaczego mieszkańcy mają wrażenie, jakby nadal żyli w „Polsce B”? Jak idzie realizacja hasła o „równaniu szans”? Dlaczego goście wolą przemknąć przez Łomżę -„czarną dziurę”, gdzie kończą się tory kolejowe, a diabeł mówi dobranoc okradanym mieszkańcom? Zamknięto nas w zaczarowanym kręgu łatania dziur.

Bolesław Deptuła
śr, 11 kwietnia 2012 12:42

On

Tylko On jeden - a miliony innych wciąż Jego życie rozpamiętuje, umacniając się duchowo. 2 tysiące lat minęły - a On nie przestaje budzić wielkich emocji. Były i są próby instrumentalnego wykorzystywania i dopiero w chwili kataklizmu złorzeczenie - że On zawiódł ! Nie brakowało wspólników pogardy - nie potrafili wzmocnić się tym, że On cierpliwie czekał i cały czas był z nimi. Były narody, całe pokolenia, które chciały i potrafiły czerpać siłę z Jego obecności.Przykładem ziemia nad Wisłą: rozerwana między agresywnych sąsiadów wróciła w ręce gospodarzy tylko dzięki temu, że polski naród i religia katolicka stanowiły jedność. Kto kpi z tego, ten sam się odsłania jako wróg Polaków. Nie brak odważnych, którzy przypominają, w jaki sposób trzeba bronić Polski. Chociażby przypominając (jak „Uważam Rze” 12/2012 w artykule Karnowskich „Polska Śląsk podniosła”): "Pięć prawd Polaków - 1.Jesteśmy Polakami  2.Wiara Ojców naszych jest wiarą naszych dzieci  3.Polak Polakowi bratem  4.Co dzień Polak Narodowi służy 5.Polska Matką naszą, nie wolno mówić o Matce źle"... Dla wielu Polaków było i jest to oczywiste, naturalne  - więc i Autor prezentowanej fotografii, wracając z dalekiej podróży ze swoim Ojcem, miał szczęście zauważyć ten przejmujący obraz na swojej drodze: przeżył go ze wzruszeniem i po prostu - pomodlił się.

Bolesław Deptuła
śr, 04 kwietnia 2012 07:30

Łoś z Czerwonego Bagna

Majstersztyk fotograficzny teleobiektywem 500 mm, mocna rzecz dla kogoś, kto doświadczył emocji wędrówek z dawnym analogowym aparatem - w tym przypadku „Pentaxem”. Efekt przypomina malarską impresję. Zauważmy z prawej strony naturalne ”obramowanie” kompozycji: liniami gałęzi - ciemnym pniem drzewka - jasnym rzędem wysokich traw. Ta nieostrość na pierwszym planie podkreśla głębię perspektywy. Takie rzeczy przed naciśnięciem migawki podświadomie się zauważa - to nie przypadek u myślącego fotografa ! Autor świetnie uchwycił właściwy moment i zgrabnie zamknął kadr, zostawiając nieco wolnej przestrzeni przed wędrującym łosiem. Czas jakby zwolnił - czy nie łapiemy się na tym, że chcemy wstrzymać oddech, aby jak najdłużej być nie zauważonym? To nareszcie prawdziwy obraz swobodnego, dzikiego zwierzęcia - u siebie, w naturalnym środowisku. Na krótko mamy poczucie wejścia w czyjeś życie – czy próbujemy czasem zrozumieć dawne harmonijne współistnienie z pierwotnym człowiekiem, tamto przeżywanie duchowe i porozumienie dwóch światów? Niesamowite, że takie piękno w stałym zagrożeniu - jest tuż obok nas, niedaleko Łomży.

Bolesław Deptuła
pon, 26 marca 2012 22:15

Coś rzucili...

To tylko historia - zaśmieje się niejeden, rozrzewniony obrazkiem kolejkowiczów z czasów „władzy ludowej”. Zanim nastąpił grudzień i wprowadzenie stanu wojennego - w maju 1981 r. zezwolono na wentyl bezpieczeństwa: premierę filmu Barei „Miś”. Trwały rządy fachowców - którzy wprowadzili w kwietniu kartki na masło, mąkę itp. Wstępem do tej operacji było ograniczenie dostaw mięsa i wędlin, a pięć lat wcześniej cukru… W marcu 1981 roku, gdy powstała ta fotografia, ludzie już byli zaprawieni w karnym staniu w kolejkach, wszędzie - ze względu na „przejściowe trudności”. Co za ulga, gdy do portu wpłynął wreszcie statek z cytrusami od „zaprzyjaźnionego kraju obozu socjalistycznego”. Sklep otwierany od 8.oo miał już dużo wcześniej ok. 50-osobową kolejkę, jak ta na ul. Farnej w Łomży - gdzie obecnie stoi ławeczka z Hanką Bielicką. Postać „wygadanej łomżynianka” współgra z monologami kolejki: „Pani, a czy rajstopy gdzieś dają?” Cierpliwi nabywcy wyrobów czekolado-podobnych oraz win marki ”Wino” zasługują na upamiętnienie: choćby na inicjatywę zbiorowego pomnika z brązu, z mottem - nowomową czasów (minionych?): ”Coś dali - rzucili”. Ściągnęłoby to tłumy turystów, a szok artystyczny postawiłby Łomżę wśród najsławniejszych miast świata. Skromna fotografia może służyć jako wzór.

Bolesław Deptuła
pon, 19 marca 2012 08:34

Wiosna w Łomży

Najwyższy czas  pogodzić się  z faktami: kolejna zima przestaje nas lubić i nagle zostawia na łasce wiosny - kto się zagapi i w porę nie wymieni butów ma zapewnione kłopoty ze zdrowiem. Ilu z nas śpieszy się, przewidując kaszel z przegrzania? Tu wkroczył spostrzegawczy Autor utrwalając słoneczną chwilę w reporterskim ujęciu, w centrum miasta przy fontannie. Nie upozowana scenka - życzliwa obserwacja codzienności. Warto podkreślić, jak dobrze Autor wyważył proporcje: więcej „oddechu” dał spokojnej przestrzeni u dołu fotografii wobec natłoku szczegółów u góry. Ciekawa jest porządkująca obraz rytmiczność elementów poziomych i pionowych, w kontraście jasne - ciemne: na przemian elementy ławeczki oraz piony: jasne spodnie - ciemna para zimowych butów.

Bolesław Deptuła
wt, 13 marca 2012 12:46

Spacer

Ta panorama zapada w pamięć,wspaniała z różnych punktów widzenia: wieża ciśnień nad charakterystyczną zabudową, skarpa zwieńczona Klasztorem O.O. Kapucynów, fantazyjny zakręt Narwi z plażą miejską. W pamięci jednego pokolenia łomżan pozostały w tym miejscu aż 4 mosty - w tym dwa drewniane. Jak były łączone podpory powojennego drewnianego mostu -widać na tym zdjęciu. Prosta, przy tym bardzo fotogeniczna konstrukcja, stanowiła szansę dla wybrednego pejzażysty. Aż połowę kadru musiała zająć dla zrównoważenia pustej plamy nieba. Ciemniejsza część z fragmentem mostu, choć dominuje jest tylko dodatkiem i jakby obramowaniem dla panoramy miasta w głębi starannie skomponowanej fotografii.

Bolesław Deptuła
wt, 06 marca 2012 14:44
Data ostatniej edycji: 2012-03-09 10:59:16

Przy drodze

Wybudzanie z zimowego snu. Inspirujący temat i jakże trudny. A jednak wrażliwy obserwator znajdzie coś nowego, zaskoczy przyjaciół dobrej fotografii. Nagrodą jest znalezienie choćby takiego momentu ulotności, przejścia, zmiany ku lepszej stronie życia. Potwierdza to podstawową zasadę w sztuce: nie wystarczy patrzeć, trzeba - widzieć. Spróbujmy tu zauważyć wyłowienie harmonii w nadmiarze kształtów, barw, świateł  - oraz odpowiednie nachylenia po ukosie w lewo, „pod prąd” co dodaje dynamizmu kompozycji a także umiejętność odpowiedniego zbliżenie „wachlarza” usychającej konstrukcji roślinnej przekazującej życie. Tutaj mamy wrażenie chwili ugięcia pod ciężarem przysłowiowych „pereł” rosy, na które czeka ziemia - choć się nie rozsypią nam pod nogi, pozostawią miłe wrażenie bogactwa, milszego od prawdziwych pereł. Optymistyczny obraz na tym etapie drogi życiowej: narastające ciepło, wyjście z chaosu, ustąpienie miejsca odradzającej się zieleni.

Bolesław Deptuła
śr, 29 lutego 2012 11:30

Z lodu

Tradycją od wielu lat stały się na świecie doroczne rywalizacje artystów w tej dziedzinie, ale nie musimy daleko podróżować - chociaż Polacy na festiwalu w Kanadzie potrafili wypracować tytuł wicemistrzów świata. Polska coraz częściej organizuje tego typu imprezy. Międzynarodowy Festiwal Rzeźby Lodowej w Poznaniu (gdzie powstała prezentowana fotografia) stał się bodaj największym w Europie spotkaniem mistrzów rzeźby m.in. z Japonii, Francji, Rosji, Serbii, USA i Kanady. Tam w czasie festiwalu z kilkunastu tysięcy ton lodu tworzonych jest ok. 40 figur kilkumetrowych. Jeśli ktoś nie zdążył wybrać się w grudniu do Poznania - w lutym może podziwiać rzeźby z lodu przy Bulwarze Nadmorskim w Gdyni, stworzone m.in. przez uczniów Liceum Plastycznego w Orłowie. Bloki specjalnego lodu nasycone specjalnymi płynami topią się dopiero w temperaturze 2 stopni C. Niezła zachęta do wyciągnięcia ludzi na świeże powietrze, na rozgrzewający wysiłek, zamiast chowania się po domach i narzekania na zimno. Świetna zabawa i promocja miasta. Ładnie skomponowana fotografia uzmysławia skalę rzeźbiarskich pomysłów w porównaniu z sylwetkami widzów. Wieczorna sesja fotograficzna to okazja podziwiania bajecznej gry świateł  na odrealnionej, pozbawionej nadmiaru zbędnych szczegółów ulicznej scenerii.

Bolesław Deptuła
pon, 20 lutego 2012 08:33

Na skarpie

Kiedy otoczenie rejestruje wrażliwy twórca - także dokument nabiera cech artyzmu. Oto skarpa łomżyńska od strony ulicy Zjazd. Autor starannie umieścił w kadrze dwa równoważniki obrazu po skosie: krzaki z lewej i gałąź  z prawej, jasna plama nieba z lewej i ciemna bryła tzw. Muszli z prawej. Wszystko to stanowi obramowanie dla głównego tematu, górującego na skarpie od ponad 200 lat: zespołu klasztornego z kościołem Ojców Kapucynów. W ciągu 50 lat zlikwidowano stopniowaną zabudowę widoczną w środku fotografii, zniknęła też Muszla w stylu lat 60-tych - którą mieszkańcy wciąż pamiętają i nawet polubili ten charakterystyczny kształt podium do występów artystycznych. Co teraz wymyślą projektanci? Z niepokojem spodziewamy się potworków architektonicznych w stylu stodoły - supermarketu lub drewnianej knajpy - przaśnej „bonanzy” ni przypiął ni wypiął, która kiedyś istniała u podnóża skarpy. Jeśli umysły decydentów zdominowały białostockie pomysły, np. pamiętnej „oryginalnej piramidy” przed Ratuszem w Łomży, to przyszłość będzie pod znakiem oczyszczania z naleciałości PRL-u (nie tylko durna nadbudówka pałacyku Chodźki na skarpie) ale kto wie może też bufiastych wieżyczek? Jeśli ponad siły jest konkurs ogólnopolski, powinniśmy pomysły czerpać ze wzorców mazowieckich miast - jak Płock, Warszawa -projektować ucząc się na ich błędach. Tak imponującego usadowienia na skarpie pradoliny, niejedno nam miasto w Polsce zazdrości. Czeka Łomżę egzamin z przyjaznego zagospodarowania wjazdu od strony Narwi.

Bolesław Deptuła
wt, 07 lutego 2012 17:30

Okno

Dlaczego tak rzadko pokazywane jest piękno mrozu na fotografii - czy temat zbyt trudny do upolowania? Może za bardzo zrobiliśmy się wygodni, aby na mrozie szukać najlepszego punktu widzenia, wybierać dobrą kompozycję i jeszcze czekać na odpowiednie światło. Zwłaszcza, że ostateczny efekt trzeba sobie wyobrazić: dopiero wzmocnienie kontrastu może nadać właściwą dramaturgię fantastycznym kształtom, wytworzyć nastrój pogodnej bajki lub narastającej grozy. W dodatku nie dać się złapać w pstrykanie banalnej dokumentacji. Dla oswojenia tych niepokojących światów równoległych, umysł doszukuje się kształtów ludzkich w gąszczu lodowych drzew, krzewów lub kwiatów. Ci, którzy cieszą się życiem, pewnie dostrzegliby głowę brodatego staruszka w jaśniejszej wersji fotografii albo uwięzioną w pnączach młodą twarz - w ciemniejszej wersji zdjęcia, jak ta prezentowana. Nie dotyczy to przyziemnych, nudnych osobników nieczułych na piękno Natury - zobaczą wyłącznie płaską szybę, zniekształconą mrozem przez ”wstrętną” Zimę.

Bolesław Deptuła
wt, 31 stycznia 2012 14:22

Światła Warszawy

Panoramy wcale nie muszą być nadmiernie wydłużonym paskiem fotografii: niestety - tak przeładowane, pełne nieczytelnych punktów, zniechęcają zwykle widza i w ten sposób niechcący można „osiągnąć” efekt odwrotny od zamierzonego. Pomaga czasem szukanie równowagi w plamach barwnych, zestawach chmur itd. Ciekawsze jednak jest znalezienie w pejzażu zwartego fragmentu, jak w tym obrazie dr Czyżewskiego. Co zaintrygowało Autora? To udziela się odbiorcy -  przemyślany wybór: bo to pokazuje emocje. Tutaj - w pierwszym spojrzeniu, najpierw cieszy oko graficzne odrealnienie z wygubieniem zbędnych szczegółów, a taką możliwość dało Autorowi użycie specjalnego materiału Agfa Contour. Jednak po przymrużeniu oczu pojawia się drugi, zupełnie inny obraz z tajemniczym, w domyśle - pełnym szczegółów mrocznym środkiem kompozycji, który wzmacnia efekt kaskady świateł po bokach. Ma się wrażenie  - pod powiekami - że drgają odbiciem na falach Wisły. ( Może ktoś posiada lepszej jakości odbitkę tej pracy - przydałaby się do planowanego albumu.)

Bolesław Deptuła
wt, 17 stycznia 2012 22:41

Bal na Titanicu

Bawmy się, rozkołysani własną wielkością - wszak znikły wszelkie zasady i przykazania. Już byle żul, nieuk może wspiąć się wysoko i bezkarnie pochwalać Zło, co zawsze jakieś Media dla zarobku chętnie powielą. Przykrywajmy kpiną nasz udział w „śmiesznym grzechu zaniechania”. Liczmy na zmrużenie oczu w momencie rozliczeń, przecież istnieją zwolnienia lekarskie w razie przyłapania na gorącym uczynku. Nie wypadajmy z rytmu trendy: „szybko, dużo, byle jak”. To raczej frajerzy umierają - śmiejmy się z takich, bądźmy wiecznie młodzi, bo tylko tacy nie zaznają „końca świata”. Brak ubawu byłby prawdziwym końcem świata, więc „używajmy życia” póki czas, „drugi raz nie zaproszą nas wcale - na ten Bal nad Bale”. Ile jeszcze zostało do przetańcowania? Dla motłochu decydujące będą obietnice telewizora w celi i rozrywkowe towarzystwo. Dla niewolników w takiej liczbie że aż niewidocznej - kuszące obniżki cen: coraz „większe” za „coś” w błyszczącym, kolorowym papierku, najlepiej z zagranicy. Bawmy się więc - kto chce, niech grzebie w „guglach” innych „pediach”, już  nie trzeba wiedzieć, kto przestrzegał: „Miałeś chamie złoty róg, ostał ci się jeno sznur”. Szampańską zabawę psują jeszcze związkowcy, w opinii których: jak wykazały dziesięciolecia doświadczeń, na tych podejmujących decyzje wpływają „nie tyle argumenty merytoryczne, co obawa niepokojów społecznych”. Tymczasem nad Łomżą fajerwerki wyglądają tak samo jak w Dubaju, no może tylko więcej kredytu trzeba zaciągnąć żeby dorównać ilością. (Na razie wystarczy powiększyć załączone fotografie i już samopoczucie rośnie). W telewizorni pokazali, że ludzie chcą zapomnieć, nawet bez echa przeszła ciekawostka - suma wydana na petardy w pewnym polskim mieście: 900 tysięcy. Oj tam, bawmy się. Dla tych na dolnych pokładach nie ma znaczenia wielkość obciążenia, rejs będzie trwał do końca świata, a potem: od nowa !

Bolesław Deptuła
so, 07 stycznia 2012 15:25

Pod Kisielnicą

Z kopyta kulig rwie - śpiewają co roku Skaldowie; ta fraza od razu kołacze w głowie każdemu, kto przeżył szaloną jazdę. Dla podkreślenia gwałtowności chwili, autor skupił sie na koniach, a nie pasażerach. Cykl przedstawiony pozornie chaotycznnie, celowo w formie historyjki obrazkowej: początek i zakończenie ulotnej chwili przejazdu sań - pędzące konie są tu w roli głównej. Zasłużony w popularyzacji hippiki Klub Jeździecki, w podworskich pozostałościach Kisielnicy - to pamięć o pięknych zwierzętach, wspaniałych opiekunach, działalności na rzecz chorych dzieci - wszystko w pięknym, szerokim pejzażu niedaleko Łomży. Przygoda fotograficzna to łapanie kadru na wertepach - w dodatku niespodziewany mróz nastawioną migawkę 1/ 500 wydłużył do granicy malowniczego, ale czytelnego poruszenia obrazu. Do dyspozycji autor miał film 12 klatkowy w średnio-formatowym PentaconSix - przymus rozważnego fotografowania. Po wywołaniu rolki 6x6, połowa filmu była zaświetlona, wyszło 7 klatek - ale wszystkie udane, więc znalazły się w prezentowanym cyklu. Dziś cyfrówką - w  innej epoce - trzeba „strzelać” kilkaset kadrów, aby wybrać kilka udanych, niestety automatycznie zbyt ostrych, zbyt kolorowych - innych. W czasach cyfrowego nadmiaru śmieciowych zdjęć - musimy od nowa uczyć się trudnej sztuki wyboru.

Bolesław Deptuła
so, 24 grudnia 2011 12:35

Pod Tykocinem

Każdy kto zobaczy Narew pod Tykocinem, będzie chciał tu wrócić. Autor bywał wielokrotnie, co wynagrodziło go tak monumentalną chwilą - a że obdarzony talentem artysty, umiał zauważyć i uwiecznić na pierwszym planie opary mgły nad rzeką i ten szczególny moment odchodzenia burzy i uwypuklenia sylwetki świątyni górującej nad okolicą. W bogatej historii Tykocina nie tak dawno zaistniało groźne, ale w sumie szczęśliwe zdarzenie, osobliwy znak - przestroga: bo trzeba było aż potęgi przyrody do naprawienia „błędu urzędniczego”. Przecież do ludzi nie trafia nakaz mądrego współżycia z Naturą, więc próbowano przerobić rynek przed kościołem w namiastkę parku. To potężna grupa drzew jeszcze widoczna w środku fotografii - na prawo od wieży kościelnej. W roku 1994 trąba powietrzna wyrwała wszystkie drzewa z korzeniami, o dziwo bez szwanku dla urokliwej zabudowy obok. W ten sposób Natura odsłoniła pierwotny, staropolski układ przestrzenny, zabytkowe domki a w centrum wyjątkowy pomnik, hetmana z czasów „potopu szwedzkiego”, Stefana Czarnieckiego z pozłacaną buławą w dłoni. To niebywałe, że w takim szczególnym miejscu, mimo różnych zawieruch dziejowych zachowało się ponadczasowe piękno i spoiwo, ten odwieczny genius loci - duch opiekuńczy, siła nadrzędna odczuwana niezależnie od wierzeń. Takie miasteczka pomagają odróżnić sprawy ważne i ważniejsze. Szczęśliwie możemy czerpać siłę z takich historycznych miejsc i okolic. Ot, niedaleko Tykocina w Morusach, słynny Włodzimierz Puchalski w drewnianej chatce miał bazę do wypraw narwiańskich, z filmem i fotografią. Jeszcze nie umiemy ogarnąć tego dorobku, nie potrafimy urządzić muzeum z prawdziwego zdarzenia. Jest o czym dumać pod Tykocinem.

Bolesław Deptuła
so, 03 grudnia 2011 12:54

Zaułek

Jedno z bardziej energetycznych miejsc w obrębie Starówki. Szczególnie lubiane przez artystów: niejeden szanujący się malarz, fotograf, poeta uwiecznił ten fragment dawnej Łomży. Ulga dla oczu wobec urawniłowki blokowisk i „nowoczesnych potworków”. Wspaniały obraz z archiwum Towarzystwa Fotograficznego - publikowany po raz pierwszy. Tak widział tajemniczy XIX-wieczny zaułek artysta fotografik, a specjalny materiał „Agfa-contour” wydobył z cienia i podkreślił upiorny „malowniczy” stan zaniedbania. Powstał wykrzyknik dla przerażającego stanu rozpaczy, obojętności, bezradności. Niewiele się zmieniło po 40 latach od tego zapisu. Układ przestrzenny przetrwał wojny, zachował swoistą atmosferę - ale czym przyciągnąć turystów? Nikt nie pomyślał o wsparciu kogoś przedsiębiorczego, o jakiejś uldze dla kawiarenki, która powinna tu dawno powstać, np. wśród czerwonych kwiatów, pod winnym krzewem. Obrosłaby legendą stałych bywalców, od słynnego ”Szeryfa” po „Hitlera” - a wystawione na zewnątrz stoliki byłyby świadkami niejednej schadzki lub afery korupcyjnej. Cóż, nawet przestępcom z Urzędu zabrakło klasy, skoro nie potrafili stworzyć odpowiedniej oprawy dla swoich rynsztokowych „scaleń” własności prywatnej - dla dobra publicznego oczywiście. Wnukom przekażemy siermiężną rzeczywistość: opowiemy o biednym architekcie, jak z braku ustronnego miejsca musiał wyjeżdżać aż do Starej Łomży, aby w barowym, rolniczym klimacie szeptem ustalać zaliczkę. Odsiedział swoje ale korupcyjna zaliczka nie zawstydziła ratusza i hipermarket powstaje. Nie na obrzeżu miasta, gdzie proponowali protestujący mieszkańcy rozmiękczani przez 10 lat w sądach, ale w ustalonej korupcyjnie szeptem "tej jednej - jedynej lokalizacji”. Dyspozycyjne lub zastraszane media nie piszą o trwających odwołaniach (np. w Sądzie Najwyższym). Cieszą się prości ludzie, bo „coś” się dzieje - to dla ich „dobra” gwałci się kulturę i narusza własność prywatną, chronione sąsiedztwo - sanktuarium pamięci Jana Pawła II. Zanik "zbędnych" zasad, wartości? Tak wygląda „nowy” odcień folkloru miejskiego z braku innych turystycznych atrakcji: kryminalna twarz Łomży do podniesienia adrenaliny w trakcie przejścia naszym zaułkiem - łącznikiem ulic Dwornej i Długiej. Co tu było całkiem niedawno? Staropolską Dworną Niemcy nazwali: Adolf Hitler Strasse, potem okupanci ze Wschodu: Sowietskaja, wreszcie piewcy komuny nazwali: ulicą 22 Lipca, a sąsiednią: Armii Czerwonej. Więc śmiałek, który zapuści się w klimaty podwórkowe, w ten zaułek, może doznać cofki historycznej, nie tylko folklorystycznej i obyczajowej. Kto mógł coś tak wyjątkowego „uśmiercić zaniechaniem” udawaniem, że nic złego się nie dzieje?  Dlaczego zrzuca się odpowiedzialność na przysłowiowych potomków fornali, gdzie jest inteligencja? Tylko w lasach Katynia, Jeziorka, Giełczyna, a resztę wystarczyło zastraszyć? Nie wiemy, że dbając o zabytki tworzymy nowe miejsca pracy? Nie chcemy przemysłu turystycznego, pamiątkarskiego - to wciąż w Łomży terra incognita? Fakt, turyści to kłopot: przyjedzie taki, zdjęć i wstydu narobi. „Wszystko” za nas załatwią obce „super-hiper” sklepiki - pewnie już bez oryginału, bo ileż takie zaułki mogą czekać na zmiłowanie? Kolejna nadęta ekipa postawi na ruinach „tabliczkę-świecką kapliczkę”. Coś w rodzaju: „rekonstrukcja dzięki funduszom Unii, wg projektów białostockich” Może równie gustowna architektura jak plomba nowego Ratusza? Żadnych złudzeń panowie - powiedział kiedyś w Warszawie Car Aleksander II do Polaków, więc posłusznie tkwimy w błędnym kole historii. My ze Wschodu Europy. Ślepy zaułek.

Bolesław Deptuła
so, 19 listopada 2011 12:10
Data ostatniej edycji: 2011-12-07 12:40:43

Dla Niepodległej

Jak łomżyńskim okiem widzimy świat ? Jak bardzo bagaż doświadczeń prowincjonalnych wyostrza postrzeganie innych środowisk, oprócz świeżości widzenia? Tu Autorce udało się interesująco uchwycić obiektywem patriotyczną inicjatywę mieszkańców Warszawy. Ułożenie w obrazie spokojnych równoległych pasów barwnych byłoby tylko dekoracyjnym zabiegiem, ale wykadrowanie grupy ludzi ukosem wprowadziło do fotografii dynamizm, przyciągnęło uwagę. Oto działanie patriotyczne, pokazujące bez zbędnej sztuczności kim jesteśmy - niezwykłe i pamiętne przez widoczny znak czytelny dla wszystkich. W 2009 r. po raz pierwszy organizatorzy XXI Biegu Niepodległości w Warszawie wprowadzili możliwość uczestnictwa w oryginalny sposób, przez ustawienie na starcie uczestników w kolorowych koszulkach - tworząc w ten sposób „żywą biało-czerwoną flagę”. Upamiętnienie odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 roku stało się  wzruszającym symbolem solidarności i przywołania pamięci o minionych bohaterach, którzy złożyli ofiarę krwi dla Ojczyzny w ciągu 123 lat niewoli i dzięki którym możemy być sobą, u siebie. To oddanie czci walczącym i poległym w obronie Niepodległej - zachęta do poszukiwań prawdy historycznej, budzenie dumy narodowej -  a poprzez zabawę i bieg dla zdrowia, łączenie kolejnych pokoleń.

Bolesław Deptuła
wt, 08 listopada 2011 14:21

Świt nad Narwią

Każdy jest inny: niepowtarzalnym układem chmur i zbiorem nieruchomości pod nimi ale także unikalnym spojrzeniem pojedynczego zachwytu (chyba że ktoś jest tego daru pozbawiony - wyrazy współczucia). Dla niejednego posiadacza sprzętu fotografującego to pułapka łatwizny: temat „samograj” wyzwalający niezwykłe emocje i wrażenie pasowania na artystę - a to najszybsza droga do „produkcji” kolejnego kiczu „wschodu i zachodu słońca”. Autor tego obrazu nie przestraszył się trudnego wyzwania - wybrał najlepszy moment i skromnie cieszył się później, że jego punkt widzenia podoba się innym. Sam maluje pejzaże olejne, stąd dodatkowa czujność i oko na urodę otoczenia. Powstała świetna fotografia. Oczywiście potrzebny był jeszcze ten „drobiazg”: chcieć pofatygować się o tak wczesnej porze w upatrzony plener (w tym przypadku pod wieżę TV przy wylocie Szosy Zambrowskiej z Łomży). Potem nawet dla wyrobionego plastycznie, wrażliwego obserwatora to jednak najtrudniejsze: umieć wypatrzyć tę chwilę, gdy na tle podnoszących się mgieł w Pradolinie Narwi zagrały swoją rolę kontury drzew niczym postacie widzów jakiegoś misterium odradzania się dnia - oraz ich odpowiedniki, grupy chmur rozciągnięte w ruchu. To dało zwartą kompozycję do której bez znudzenia chce się wielokrotnie wracać.

Bolesław Deptuła
so, 29 października 2011 20:38

Plac Zambrowski

Czy to możliwe, że po 20 latach wprowadzania kapitalizmu w Polsce, niektórym tradycyjnym miejscom targowym nie można przywrócić pierwotnego przeznaczenia? Owszem, odtworzenie np. Rynku Wołowego przy ul. Dwornej w Łomży (może zapomnieliśmy, że był taki) nie ma sensu w XXI wieku, nie tylko z powodu sąsiedztwa (pobliże klasztoru P.P. Benedyktynek i ob. Muzeum Północno-Mazowieckiego). Ale już zdziwienie budzi martwy Plac Niepodległości, d. Plac Zambrowski, wcześniej zwany także Nową Ameryką. To smutny przykład braku odwagi społeczeństwa i urzędników - także fałszywie pojmowanej „nowoczesności” i może obawy przed oskarżeniami o powrót do „średniowiecza”(?!). Bo dziś „trendy i cool” są kiełki przetworzone genetycznie oraz pastylki spożywcze? Nie kazdego stać na przereklamowaną tzw. „zdrową żywność". Więc gdzie można być pewnym, że kupi się np. normalne polskie ziemniaki, zamiast „izraelskich  kartofli”  lub „chińskiego czosnku i eksplodujących arbuzów” ??? Jesteśmy przymusowo zatruwani przez sztucznie tworzoną „okazję niskich cen” w super-hiper-extra-lux oszukańczych zagranicznych przybytkach dojenia forsy z coraz bardziej umęczonego społeczeństwa, złapanego w pułapkę rosnących dawek chemii udającej żywność. Zresztą, jak ktoś lubi byle co w kolorowym opakowaniu, to niech bierze chemiczne „konserwy z Europy” inni - powinni mieć szansę nabycia zwykłej rodzimej żywności prosto od wytwórcy, którą ten chętnie przywiezie do miasta już nie furmanką, ale szpanerskim wiejskim terenowym „jeepem”. Będzie też taniej, skoro bez pośredników - no, ale do tego trzeba odwagi przełamania sztucznej bariery niemożności. Jeśli komuś potrzeba przykładów europejskich, proszę bardzo: Paryż, stolica światowej kultury - tam nie zwodzi się mieszkańców budową „hal targowych” - tylko pozwala handlować bezpośrednio pod gołym niebem: na jakimś placyku, w narożnikach ulic, w pasie zieleni między ulicami (wszędzie auta zwalniają bez łaski). Pod kolorowa „markizą” lub (dokładnie jak na prezentowanej fotografii) pod zwykłym daszkiem z brezentu, póki żyły w Łomży resztki pokolenia przedwojennego . Tyle, że tam jest ciągłość kulturowa, przerwana u nas upadlającym, nie mającym końca wyniszczaniem tzw. „badylarzy i prywaciarzy” przez „wieczną jak Lenin” tępą biurokrację gorliwych miłośników wschodniej komuny. A może już ich nie ma, tylko nie wiemy o tym ? Pewnie tak! Więc, czy jakiś odważny rolnik lub handlowiec zmniejszy bezrobocie, składając wniosek do Ratusza a światły Prezydent Miasta zgodzi się na ożywienie tradycyjnego miejsca targowego w mieście ?

Bolesław Deptuła
so, 15 października 2011 21:57

Powrót

Szczęśliwe dzieciństwo - jeśli była możliwość odwiedzania rodziny lub przyjaciół na wsi, wtedy pełniejsze - bogatsze o doświadczenie szacunku dla ciężkiej pracy. Taki obraz pozostaje czułym wspomnieniem na całe życie, gdy się pomagało w gospodarstwie - czasem raczej przeszkadzało nieporadnością, jeśli za grabie brał się mieszczuch - ale jak potem smakowała pajda razowca z mlekiem ! Autor cierpliwie poczekał na właściwy moment i rewelacyjnie skomponował soczysty obraz. Zapada w pamięć tak ujęta chwila codzienności wiejskiej. Tu wszystko się nawzajem uzupełnia i wzbogaca, od łąki po horyzont: mali pomocnicy ściągający z pastwiska stadko krów, w głębi, w cieniu drzew rząd drewnianych chałup, szczytami do drogi - coraz rzadszy widok - potem las… czegóż więcej potrzeba do przygód ?

Bolesław Deptuła
wt, 11 października 2011 12:04

Sprawozdawca sportowy

Świetna fotografia reportażowa nestora łomżyńskiej fotografii - rentgenologa dr Bolesława Czyżewskiego. Żabia perspektywa rzadko stosowana przez fotografów, tu pozwoliła wyłowić i podnieść z przeładowanego szczegółami tłumu kibiców najważniejszy temat obrazu: człowieka z mikrofonem. On tu najważniejszy, steruje emocjami - chociaż… ktoś dziwny obok: jegomość noszący się z niemiecka, w spodniach - pumpach tuż pod długim płaszczem i skrywającym twarz kapeluszu….Tajemnicza „dyskretna cenzura”? Ona nikogo nie dziwiła w czasach PRL-u, ówczesnej manii kontrolowania wszystkiego i utajniania informacji publicznych. Już te zapędy nie wrócą? Dzisiaj możne się to wdawać niemożliwe, ale wtedy w latach 50. karano więzieniem za nieodpowiednie żarty, a w rozdmuchanej aferze „mięsnej” urzędnika skazano na karę śmierci i  - wyrok wykonano. Wraz z rozluźnieniem politycznym można było się pośmiać raczej z absurdów biurokracji - dopuszczalne jako wentyl bezpieczeństwa wobec częstych protestów społecznych.

Bolesław Deptuła
wt, 27 września 2011 07:01

Metamorfoza

Nadchodzi jesienny czas przeobrażeń. Spacer - w przypadku tej fotografii, po Lesie Szablackim nad Narwią - upewnia, że poszukiwanie absolutnej stabilizacji przez ludzi jest złudą na potrzeby chwili, bo stabilna jest jedynie nieuchronność zmian. W coraz większych obszarach szarości wśród drzew można znaleźć przeobrażenia natury w nowe kształty i zaskakujące kolory. Jedna z gałęzi w ostrym słońcu błyszczy z dala jakby otaczały ja kawałki podświetlonej żywicy - zapowiedź bursztynu. Z bliska: to tylko zwoje niepozornej, cienkiej jak błonka kory. Odkrywamy, że piękno nie ma wieku, a najlepsza jest naturalność. Odpowiednie  oświetlenie to podkreśli, z codziennej szarości wydobywając ukryte i niespodziewane barwy. Dobry moment do refleksji nad naszym udziałem w tej nieustannej metamorfozie życia.

Bolesław Deptuła
so, 17 września 2011 18:54
Data ostatniej edycji: 2011-09-21 10:44:35

Fura

Ciekawe jest przeniesienie nazwy „fura” na dzisiejsze samochody i długi okres, zwłaszcza na wschodzie kraju - co najmniej 30 lat - odchodzenia od żywych koni do mechanicznych. Można współczuć etnografom, którzy będą opisywać ten okres „nowoczesnego folkloru”: już nie wsi a jeszcze nie miasta, w świecie nowych plastikowych nastolatków zdobywających z furkotem nowe stanowiska. Ich dumni dziadkowie nie zawsze odnajdują się w przemianach, ale w tym chaosie zawsze będą mieli coś stabilnego, niezmiennego jak choćby nazwa: fura. Jeszcze w latach 80. przed kościołem w niedzielę pod Łomżą można było zobaczyć ostatnie furmanki podczepione do traktora. Zabawna jest osobliwa niechęć mieszczuchów: zazdrość wobec większych możliwości przejścia na „coś lepszego”- pewnie stąd poczciwe furmanki postrzegane są raczej w kategoriach „wypoczynku”, niż pracy i pokonywania dużych odległości. W jednym pokoleniu znikły z polskiego krajobrazu snopy zboża w „dziesiątkach” i furmanki. Na pięknej fotografii spod Łomży zauważmy żelazne obręcze na drewnianych kołach, a wgłębi nowocześniejszą wersję tzw. „gumiaka”. Rewelacyjnie ujęty obraz sennego targu z jałówką czekającą na nowego właściciela, gdzie boczne światło podkreśla główny temat w kontraście: lśniący koń - ciemny zarys fury.

Bolesław Deptuła
wt, 06 września 2011 11:22

Miedza

Często nie zdajemy sobie sprawy ze znaczenia granic sąsiedzkich - wąskich pasków niezaoranej ziemi. A to właśnie niepozornym miedzom zawdzięczamy wyższą różnorodność flory i fauny w środowisku naturalnym. Tu przetrwały słynne polne kwiaty: dzis wydawałoby się nieśmiertelne chabry i maki - i zioła, tak charakterystyczne i nierozerwalnie związane z polskim krajobrazem, tu znajdują schronienie nieprawdopodobne ilości różnych małych stworzeń: od ptaków po owady. Inne narody, które zbyt pochopnie wprowadziły monokultury rolne, autentycznie nam tej bioróżnorodności zazdroszczą - jadąc np. przez Węgry warto podumać nad złowieszczym a tylko z początku radosnym, kolorowym - potem przykrym, przez długie kilometry monotonnym od horyzontu po horyzont widokiem plantacji słonecznikowych. Co zrobimy wcześniej - czy pomyślimy jak zachować różnorodność, skarb naszego środowiska naturalnego - czy raczej będziemy również „mądrzy po szkodzie” i skończymy jak w tym przysłowiu:  „tłumaczyć coś komuś jak chłop krowie na miedzy”?

Bolesław Deptuła
wt, 23 sierpnia 2011 23:41

Połów pod Wizną

Piękna, nastrojowa fotografia. Idealna zachęta dla niezdecydowanych, którzy zastanawiają się , jak upolować ten jeden, właściwy moment, którego oglądanie nigdy nie nudzi. Owszem, trzeba mieć szczęście, ale warto szczęściu pomóc: zadbać o dobre rzemiosło (co jest podstawą powodzenia), odpowiedni punkt widzenia (podchodząc stale kontrolować „zgranie” głównego tematu z tłem), być czujnym (przewidywać, co się może zdarzyć) itd. Nagrodą za ten trud będzie satysfakcja, że trofeum jest unikalne: zatrzymanie w czasie wyjątkowej  i ulotnej chwili. To rewelacyjna kwintesencja całej wyprawy - dobry połów (z obu stron obiektywu). Teraz chwila przerwy na posiłek i rozprostowanie kości (kogo najbardziej energia roznosi - kto pierwszy leci zbadać teren ?) Najlepszy moment !

Bolesław Deptuła
pt, 05 sierpnia 2011 07:23

Wciągająca Dworna

Gdzie są granice eksperymentu? W Łomży co jakiś czas próbuje się pod kierunkiem bardziej doświadczonych twórców zachęcić mieszkańców do udziału w fotograficznych warsztatach twórczych. Podczas wakacyjnych plenerów m.in. na ulicy Dwornej, zajęcia warsztatowe organizowane przez MDK-DŚT poprowadził Leszek Wiśniewski, który uważa, że z obrazem zawsze warto eksperymentować. Zaproponował grupie młodzieży nowe spojrzenie za pomocą różnych materiałów i technik. Zamiast przetworzeń komputerowych, umożliwił uzyskanie niezwykłych efektów już na wstępnym etapie pracy z aparatem. Jednym z ciekawych materiałów pomocniczych było użycie folii pryzmatycznych z odpowiednią fakturą, które uzupełniały przetworzony obraz o tęczowe dodatki, co widać na udanym przykładzie autorstwa Adama Daniszenko. Taki sposób uzyskania obrazu nie grozi uszkodzeniem aparatu, którym można wykonać do porównań „zwyczajną” fotografię tego samego motywu. Założono odrealnienie tematu, więc nie powinno dziwić swobodne, zależne tylko od fantazji młodego Autora -traktowanie pionu i perspektywy, które skręcając wciągają także naszą uwagę.

Bolesław Deptuła
śr, 27 lipca 2011 20:46

Portret chirurga

Rewelacyjne arcydzieło ze zbiorów Towarzystwa Fotograficznego. Zwarta kompozycja gdzie mniej szczegółów znaczy lepiej: fragment np. czepka lekarskiego to czytelny rekwizyt określający profesję. Przykład wysokich lotów po obu stronach obiektywu, bez narzucającej się obecności fotografa (też lekarza). Swobodne pozowanie, wewnętrzny spokój człowieka, który posiada moc przywracania życia. Wieczorny dyżur - może przed kolejną operacją, gdy bardziej czuje się ciężar odpowiedzialności? Portret psychologiczny - dzieło sztuki i dokument, intrygujący zapis ukrytych emocji - także okazja do zadumy nad odchodzeniem ludzi z klasą - przedwojennego wychowania, na wysokim poziomie. Onieśmielająca osobowość w stylu minionej epoki, gdzie dominowały niepisane a obowiązujące zasady i dbałość o kulturę. Świetny moment dla fotografa: zdobyć zaufanie osoby portretowanej, zbliżyć się nie fałszując proporcji obrazu, wykorzystać światło zastane. Przy tak ciasnym kadrowaniu łatwo o niespodzianki, powstały np. trójkątne narożniki na osi twarzy: ciemny pod brodą i jasny nad czołem. Zwiększenie któregoś z nich odciągnęłoby uwagę od głównego tematu. Tu nie rozciągają pespektywy, nie wprowadzają niepokoju, plastycznie się równoważą, są jak symboliczne wskazówki. Widzimy pośrednika między życiem a śmiercią pacjentów (biel czepka - jasność życia a czerń - ciemność odejścia). Jak przedziwnie losy ludzkie się przeplatają: schowane do archiwum zdjęcie pozostałoby tylko pięknym portretem bez nazwiska, gdyby nie przypadek. Przez długie lata nikt nie potrafił rozpoznać twarzy na fotografii, w końcu piszący te słowa poprosił starszego brata z innego miasta o pomoc w rozpoznaniu lekarza z Łomży, bagatela: sprzed 50 lat. -„Poznaję! On uratował życie naszej Mamie po wypadku samochodowym - zawrócił na salę operacyjną sanitariuszy już odnoszących ją do kostnicy! To ordynator oddziału chirurgicznego - Witold Prusiński z d. szpitala Św. Ducha z ul. Wiejskiej w Łomży”. Jakby w rewanżu nastąpiło przywrócenie tej postaci do nowego życia - już nie anonimowego, w wymiarze nieśmiertelnym: artystycznym.

Bolesław Deptuła
so, 09 lipca 2011 11:40

Toruń - Łomża

Toruń przejazdem - łomżyńskim okiem - to delektowanie się atmosferą Starówki, odnajdywanie smaczków wartych zapamiętania: jak figura rycerza gdzieś na wysokości II pietra, sfotografowana w przelocie z rikszy. W przypadku Łomży żenujący brak rozmów różnych środowisk o naszej Starówce: marzeniach i realiach, których nie ma z kim uzgadniać. Widzimy upadek urzędników z przerostem „władzy”, którzy zapomnieli, że są opłacani przez mieszkańców i mają im nie ”panować miłościwie” ale służyć nie marnując pieniędzy. Już wiele lat temu przestano zapraszać łomżan do dyskusji w komisjach społecznych, więc podczas towarzyskich prywatnych spotkań snuliśmy projekty - np. czterech figur w narożnikach elewacji łomżyńskiej Starówki, w niszach narożnych na wzór Warszawy lub na elewacjach jak w Toruniu - a Łomża przecież ma co pokazać: św. Brunona, ks. Wojsławskiego budowniczego Katedry, księcia Janusza w zbroi rycerskiej, księżnę Annę. Takie rzeźby - symbol początków miasta nad Narwią, znaki naszej tożsamości zasługują na konkurs między zaproszonymi najlepszymi artystami oraz akceptację mieszkańców. Pomysł czeka na odpowiednich włodarzy - na aktywność grupy (chociaż jednej) mieszczan myślących o mieście twórczo, rozważnie, dalekowzrocznie. Pewien łomżyński rzeźbiarz był skłonny 1 projekt figuralny na dobry początek wykonać za darmo - zanim nie machnął ręką na tę zapyziałość i nie wyjechał do Niemiec. Można stracić wszelką nadzieję w otoczeniu smutnej rzeczywistości: niby fontanny nazwanej ulicznym bidetem, ławeczki z twarzą niby Bielickiej, tandetnego nieprzyjaznego obcasom niby bruku na Farnej itd. Liczymy szczęśliwie niezrealizowane projekty niby grodziska z żelbetonem w wałach, niby rekonstrukcję kapliczki w góralskim stylu na zabytkowym Wzgórzu… tę listę można ciągnąć - nieubłagane dowody poziomu, do którego dumne miasto nigdy nie powinno się zniżyć. Jaka szansą jest młodzież, zanim ucieknie odstraszona brakiem perspektyw życiowych?

Bolesław Deptuła
so, 18 czerwca 2011 09:01

Radość o poranku

Montaż w kwadracie to wspaniała możliwość narracji - np. o przebudzeniu wesołego rozrabiaki. Analogowe aparaty średniego formatu 6 x 6 cm miały specyficznych zwolenników, tworzących kluby „Zawsze kwadrat”. Emocje trudno osiągalne w epoce cyfrowej gdzie zwykle człowiek idzie po najmniejszej linii oporu, czyli wg opcji w popularnych aparatach. Pewnie kiedyś konstruktorzy przypomną sobie o innym kadrowaniu i ułatwią tworzenie kompozycji (także w różnych połączeniach) w formacie quadro. Na razie jeszcze przygoda z kwadratem jest możliwa z coraz tańszym, analogowym sprzętem: który wymusza oszczędność materiału, wpływa na staranniejsze przygotowanie do zdjęć, uczy szacunku i pokory - a efekty są z wyższej półki i bardziej wytrzymają próbę czasu. Wyrobienie pożytecznych nawyków z analogu przydaje się przy cyfrze.

Bolesław Deptuła
pt, 10 czerwca 2011 21:43
Data ostatniej edycji: 2011-06-14 17:18:02

Portret Gustawa

Dlaczego tak rzadko fotografowie próbują sił w trudnej sztuce artystycznego portretu ? Jeśli już, to są zbyt chętni do umieszczenia głowy w elementach otoczenia, ze zbytnim dystansem od człowieka i ”przegadaniem obrazu”. Czy nie gubią w ten sposób zalet portretu psychologicznego? Dopiero w  ciasnym kadrze, przy rozmyciu tła, uwagę widzów można skupić na twarzy. Szczęśliwie tutaj uchwycona została naturalność zachowania i cierpliwość osoby, która „swoje wie” i nie dba o upozowanie. Ten typ portretowania był chętniej stosowany kiedyś, przed cyfrową epoką - przesadnej i zbędnej dokładności każdej zmarszczki na twarzy. Portret powstał podczas prac wykopaliskowych pod Stawiskami. Przesympatyczny pan Gustaw poprawiał wszystkim humor, zapewniając, że pracę kilkuosobowej ekipy on sam w tym samym czasie, jest gotów wykonać za ich wynagrodzenie. Do godziny 11.oo gadał jak najęty, potem milczał jak zaklęty - do obiadu, i znów aż do wieczora nie mógł się nagadać.

Bolesław Deptuła
so, 04 czerwca 2011 16:47

Łysa Góra

Niebo i ziemia komponują się tu odpowiednikami barwnych plam, na zasadzie kontrastu. Pnąca się w górę jasna ścieżka jest zrównoważona ciemnym błękitem nieba, do którego tworzą się „przejścia” w chmurach. Skraj pradoliny Narwi - Łysa Góra. Czy istniała tu w czasach pogańskich droga strachu naszych przodków, składających ofiary bożkom słońca, wiatru, pioruna ? Wyobraźmy sobie za ich plecami prastarą, trudna do przebycia puszczę, pełną dzikiego zwierza. Jak sobie radzili ze zrozumieniem potęgi sił wyższych ? Wiele wyjaśniłoby znalezienie śladów świętych gajów, których pilnowali strażnicy-kapłani, gdzie zbierano się wokół potężnego dębu, by składać ofiary dla obłaskawienia niszczących siły Natury. Jak tłumaczono wybór do odprawiania pogańskich obrzędów wywyższonych miejsc, dobrze widocznych z daleka, których już tylko nazwy po kilku tysiącach lat pozwalają domyślać się pierwotnego przeznaczenia ? Podobno każdy słowiański kraj ma swoją tajemniczą Łysą Górę, zwykle mało znaną, jak ta w granicach Kijowa. W okolicach Łomży mamy skromną Górę, zwaną też Łysicą. Kiedyś dowiemy się, czy nad Narwią istniały kamienne posągi bóstw na wzór Światowida lub Perkuna - po ogłoszeniu Chrztu Polski nazwane „bałwanami”- może czekają zakopane lub utopione w Narwi, w ten sposób uratowane przed zniszczeniem? Wg starych kronik książęta nakazywali stawiać chrześcijańskie świątynie w miejscach dawnego kultu, a wzmianki o takim przekształcaniu miejsc pogańskich obrzędów można znaleźć w kronikach zakonnych, np. w XVII wieku w rejonie świętokrzyskim, na najsłynniejszej polskiej Łysej Górze podczas prac ziemnych przed drzwiami kościoła, odkryto - „miejsce, w którym znaleziono bożyszcze węglami obsypane”. Dla takich owianych grozą wywyższeń najlepszą ochroną były legendy o czartach i sabatach czarownic - m.in. w „Dziejach Łomży” Godlewskiej znajdziemy legendę o transakcji diabelskiej na łomżyńskiej Łysej Górze. Dziś to miejsce bezmyślnie rozjeżdżane, w powodzi plastikowych śmieci - traci znaczenie turystyczne. Tablice ostrzegawcze, natychmiastowe grzywny lub nieuchronność kary, nawet jeśli będą, nie wystarczą. Co się stało z edukacją rodzinną, więc najlepszą? Ilu z nas kroczy swoją pogańską ścieżką strachu, gdzie tak łatwo toleruje się nadmiar egoistycznych bachanalii  XXI wieku i pokłony dla „złotego cielca” ?

Bolesław Deptuła
pon, 23 maja 2011 06:40

Modlitwa

Nietypowy sposób widzenia - tak jeszcze nie fotografowano płaskorzeźb nagrobnych. Autor intrygująco uwypuklił kamienną fakturę, upływ czasu w plamach mikroroślin, ciężar kamienia i lekkość chmur, monumentalność śmierci i pamięci ludzkiej. Powstał wieloznaczny obraz, w pierwszym skojarzeniu jak ruiny zigguratu sumeryjskiego lub biblijnej wieży Babel rozpadającej się w strugach czasu. Któż z nas od dzieciństwa penetrując zakamarki Łomży, nie trafił na te dwa dziwne, opuszczone cmentarze żydowskie w pobliżu Narwi ? Zdumienie urwisów: w lekturach szkolnych egzotyczne ludy mieszkały gdzieś na krańcach świata, tymczasem oni żyli spokojnie wśród naszych Rodziców, stanowiąc kiedyś połowę mieszkańców miasta. Dlaczego wojny, siły najgorszego zła tak często ścierały się właśnie na naszej ziemi, od zawsze gościnnej i tolerancyjnej - czy dano nam rolę znaku dla innych narodów okrutnie chętnych abyśmy też przeminęli - dając napastnikom ze Wschodu lub z Zachodu „nową przestrzeń życiową”? Tymczasem egzotyczni goście przez setki lat mogli zachować całkowitą odrębność na obcej dla nich polskiej ziemi, ale tez wielu potrafiło dać coś od siebie, czerpiąc inspiracje także z krajobrazu pradoliny Narwi do własnej twórczości poetyckiej, malarskiej, literackiej. Pozostawili kamienne ślady wpisane na trwałe w historię Mazowsza, z niezrozumiałą dla łomżan modlitwą kamiennych obrazów, symboliką nagrobkową: księgi, lwa lub - jak na fotografii - dłoni. Podobno to znak kapłanów, dłonie podniesione w geście błogosławieństwa wobec zgromadzonych, podczas ceremonii pokuty i oczyszczenia.

Bolesław Deptuła
so, 14 maja 2011 06:51

Śnieg w maju

Do uzyskania pełnej grozy fotografii nocnej nie trzeba specjalnych zabiegów - wystarczy znaleźć się na ulicy oświetlonej lampami sodowymi. Trupi krąg żółtopomarańczowej poświaty wprowadza niebezpieczny dla zdrowia psychicznego stały niepokój i odrealnia rzeczywistość: rozjaśnia brązowe pnie drzew a liście przyciemnia wręcz do czerni. To odpowiednia sceneria do anomalii śnieżnej, która właśnie zaskoczyła Polskę. W takim oświetleniu zacinający śnieg przypomina erupcję wulkaniczną. Cóż, przy gospodarce opartej na chciwości, zdrowie psychiczne społeczeństwa nie jest priorytetem - bo jeśli kogoś takie upiorne oświetlenie ulic drażni, to niech siedzi w domu: czas po zmroku to strefa zarezerwowana dla agresji, polujących i uciekających, a nie durnych romantycznych spacerów. Chyba jednak postęp technologiczny wymusi rezygnację z lamp sodowych (wynalazek z lat 30.) na rzecz mocniejszych, oddających naturalne barwy otoczenia i zieleni - które nie będą odstraszać turystów od zwiedzania, zwłaszcza zabytkowych części miast. Nadejdzie więc czas, gdy nie zrobimy takiej niepokojącej fotografii fałszującej barwy po zmroku. Częściej będziemy wtedy spacerować ? Mniej się będziemy bać wyjścia z domu? To koniec świata !! A starsi rodacy pamiętają, że śnieg padał także w czerwcu - interesujące jest więc raczej spiętrzenie złowrogich anomalii pogodowych. Na ile to efekt lepszej i szybszej wymiany informacji oraz w czyim interesie leży masowe straszenie społeczeństwa czymś, co jest naturalnym procesem w przyrodzie ?

Bolesław Deptuła
cz, 05 maja 2011 06:28

Wielkanocny

Ta z pozoru zwyczajna roślina może wybuchnąć oszałamiającymi kwiatami tylko na parę dni. Jak dobrze mieć czujną żonę lub innego domowego strażnika zieleni, którzy nie przegapią tego momentu. Miło sprawić im radość uwieczniając ten cud życia na pamiątkowej fotografii. Można wpaść od razu w szaleństwo eksperymentów formalnych, ale warto zacząć od solidnego rzemiosła: dokumentalnej fotografii pokazującej także charakterystyczne otoczenie, np. tu - bezlistne drzewa za oknem balkonowym. Lampa błyskowa to ostateczność, bo spłaszcza i ujawnia nadmiar szczegółów przeszkadzających w odbiorze tematu. Najlepiej gdy trafimy na ostre, poranne słońce - naturalne oświetlenie, jak na tej fotografii. Pozostanie tylko znalezienie punktów widzenia, aby na ciemniejszym tle lepiej pokazać kwiaty a z dynamicznych linii otoczenia utworzyć oprawę. Takie epifity - mieszańce różnych rodzajów nadające się do hodowli w naszych mieszkaniach, są ponoć mniej wymagające a piękniejsze od form dzikich. Trudno to sprawdzić, bo należałoby jechać do Ameryki Środkowej - ich ojczyzny. Roślina kwitnie w okresie Świąt Wielkanocnych i stąd przyjęła się ich nazwa: „Kaktus wielkanocny.”

Bolesław Deptuła
so, 30 kwietnia 2011 20:32

Pod Siemieniem

Rozlewiska - tym razem wiosenne - zmieniają Narew całkowicie. Trudno w pierwszej chwili odgadnąć, gdzie toczy się główny nurt. Z platformy widokowej w Siemieniu niedaleko Łomży można uchwycić koryto rzeki 3-krotnie na jednej fotografii. To swoisty pokaz potęgi przyrody, cykliczne przypomnienie o konieczności dostosowania się, a nie dominacji za wszelką cenę. Człowiek ma pamięć krótką. Co postępuje szybciej: zwiększanie oświaty czy utrwalanie się złych przyzwyczajeń ? Dobrze, że na straży tego królestwa przyrody ustanowiono Park Krajobrazowy Doliny Narwi.

Bolesław Deptuła
wt, 19 kwietnia 2011 18:04

Nadrzeczne

Podczas wędrówek z aparatem fotograficznym, Autor wiele uwagi poświęcał fortyfikacjom nadnarwiańskim. Pod Nowogrodem łomżyńskim zauważył szczególny moment łączności Nieba z Ziemią, który każe zastanowić się nad losem ludzi „mieszkających” podczas obrony Ojczyzny w takich ciasnych, betonowych kryjówkach. Ludzi, którzy musieli pełnić straż wzdłuż szlaku wodnego Narwi. Dziś martwe schrony bojowe, zapomniane gdzieś w polu - jeszcze niedawno były w ogniu oblężenia, traciły obrońców. Fotograf znalazł się we właściwym miejscu o właściwej porze - szczęśliwym trafem złapał układ chmur, który oprócz dobrego uzupełnienia kompozycji stał się czymś jeszcze: zawiera jakby oddalające się stopnie odejścia w inny świat, symbol ulotności istnień ludzkich.

Bolesław Deptuła
so, 02 kwietnia 2011 17:05
Data ostatniej edycji: 2011-04-03 16:48:41

Droga pod lasem

Niełatwo uchwycić nastrój przedwiośnia na jednej fotografii i uniknąć nadmiaru szczegółów, przegadania ale zacząć jakąś opowieść, choćby o mokrym spacerze za miasto. Pomaga ukośna kompozycja obrazu, bo wtedy powstaje dynamiczne ujęcie, jak tym razem: prowadząca wzrok linia ścieżki w lewo a potem drogi w prawo. Dla takiego zdjęcia trzeba odejść od brzegu lasu i wtedy przydaje się rower, aby śmignąć po rozmokłej ziemi bez moczenia butów. Doświadczony amator „fotografuje oczami”, aby nie gromadzić nadmiaru zdjęć z pojedynczymi drzewami, z płaską ścianą lasu itd. Mieszkańcy Łomży to szczęściarze - Las Jednaczewski jest nieskończoną ilością inspiracji. W dodatku, z polnych dróg wokół lasu rozciąga się szeroki widok na łąki. Między lasem a Narwią ptaki urządzają sobie przystanek w drodze na Bagna Biebrzańskie. Jeszcze długo zza drzew będą ciągnąć klucze dzikich gęsi, żurawi. Oczekiwanie. Odwilż z szybko znikającymi plamami śniegu. Na wschodzie wiosna zaczyna się trochę później. Zawsze inaczej. Wybucha gwałtownie zielenią albo przedłuża czas przedwiośnia. Ciekawe, człowiek nie zdołał przekształcić całkowicie tego obszaru, więc mimo upływu 40 lat od wykonania fotografii okolica wygląda tak samo, niczym obraz zastygły w bursztynie.

Bolesław Deptuła
wt, 22 marca 2011 17:41

Pejzaże z lodu

Oto siła wyobraźni. Wystarczy pójść na spacer, np. tuż pod Łomżę, gdzie powstały te fotografie. Z Grobli Jednaczewskiej zawsze można zobaczyć coś inspirującego. Dla kogoś wyczulonego na piękno jest tu nadmiar emocjonalnych obrazów i miła trudność wyboru. Wystarczy wejść w ogrom łąk nadnarwiańskich jeszcze nie całkiem zmienionych „cywilizacją ludzką”, zdawałoby się „zwyczajnej pustki, na której nic się nie dzieje”. Autor umiał dostrzec na równej tafli rozlewisk wrażenie przestrzennych figur: górskie szczyty lub spiętrzone bryły lodu, a wyżej niczym na płaskowyżu Nazca w Peru wizerunek kolibra w locie. Jak to możliwe, że są posiadacze aparatów, którzy narzekają na brak tematów - przechodzą obok, patrzą i nie widzą w tych zamrożonych krajobrazach zmieniających się wraz z pogodą - nieskończoności fantastycznych obrazów. Brawa dla Autora za pyszne, wieloznaczne kompozycje lodowe, odnajdowane ze smakiem, świadome.

Bolesław Deptuła
wt, 15 marca 2011 16:41

Między brzegami

Dyptyk - dla wyrazistości odbioru dwukolorowy, więc nie ma tu fałszu łączenia na siłę niby jednego, a w sumie płaskiego i udziwnionego obrazu. Tu zauważymy jakby bramę do innego świata - który stoi „na głowie”, gdzie mimo próby lustrzanego „postawienia na nogi” - drzewa nie tracą baśniowego nastroju. Tym sposobem z banalnego odwzorowania rzeczywistości powstało coś niepokojącego: realnego i magicznego jednocześnie. „Po drugiej stronie” tego lustra wody w szerszym znaczeniu czasu i przestrzeni mogą się toczyć nowe przygody Alicji - ale żeby to poczuć należy odwiedzić staw dworski Lutosławskich w Drozdowie, ob. Muzeum Przyrody - gdzie powstała ta fotografia. Formuła dyptyku to opowieść na skróty, bez nadmiernej ilości szczegółów z otoczenia,  a  formalny zabieg powiększenia dolnej połowy zburzył proste odwzorowanie, przydając wrażenie głębi i przestrzenności - czyż z daleka nie zdawałoby się płaskiej abstrakcji ? Ta wieloznaczność zachęca do powrotu, by od nowa zbadać świat między brzegami.

Bolesław Deptuła
śr, 09 marca 2011 07:59

Śnieżna kąpiel

Czy zauważyliśmy, że do niedawna powszechne wróble - coraz rzadziej ćwierkają pod naszymi oknami? Znawcy alarmują: wróblom grozi zagłada. Jeśli przyjmujemy to z obojętnością, mamy kawałek lodu w miejscu serca, zubożamy własne życie i akceptujemy nadmierną ekspansję szkodników i owadów, którymi żywiły się wróble. Możemy machnąć ręką bezradnie, że nie zatrzymamy zmian cywilizacyjnych: ale to od nas zależy ochrona zieleni, w której mogą budować gniazda i schronić się przed drapieżnikami ci bracia mniejsi. Ileż wokół nas zbędnego betonu, kostki brukowej i niepotrzebnej wycinki drzew, krzewów - czy protestowaliśmy? Są płochliwe tym większa satysfakcja z uchwycenia takiej scenki w mieście, 2 kroki od ludzi przy samochodzie. Oczywiście z wielu zdjęć nieczytelnego bałaganu, tylko jedna fotografia okazała się udana, którą można pokazać bez obawy o zanudzanie. Konieczne było ciasne wykadrowanie obrazu w 4-piętrowe spiętrzenie wesołej gromadki, aby wzrok mógł wielokrotnie wędrować od nieczytelnych, roztrzepotanych malców po rozpoznawalne dzioby. Smutno będzie w Polsce, jeśli znikną wróble.

Bolesław Deptuła
so, 26 lutego 2011 14:22

W pradolinie Narwi

Pejzaż zapierający dech w piersiach - wystarczy przy wylocie z Łomży, z ostatnich zabudowań przejść na druga stronę Szosy Zambrowskiej pod wieżę telewizyjną i już jesteśmy w innym świecie. Skala widoczności na rozpiętość ramion spacerowicza, przejrzystość obserwacji wielu miejsc jednocześnie. Za taki widok niektórzy są gotowi zapłacić niezłe pieniądze, ale miasto nie potrafi tych pieniędzy wziąć. Jeszcze nie zepsuto miejsca, gdzie w naturalny sposób uzupełnia się los człowieka z przyrodą: szachownica pól pofalowana wzgórzami, malownicze miedze, na których przetrwała różnorodność flory i fauny, gdzieś za wzgórzem Narew. Niełatwo wykonać intrygującą fotografię, w pełnym słońcu wyszłaby ulizana pocztówka, na szczęście w tym przypadku: nad środkową partią wybranego kadru pojawił się cień chmury - odrobina niepokoju, tajemnicy. To uchwycenie namiastki nastroju, bo wiatr  przesuwał gwałtownie cień nie dając szansy maruderom. To jedyny udany strzał na ponad 30 ujęć - lekcja pokory wobec trudnego tematu. Właściwe miejsce: podkreślone śniegiem miedze dynamicznie kierują wzrok do zagajników i czerwonego dachu w pobliżu Narwi. Za rzeką tereny zalewowe, siedliska ptasie - z drogą na horyzoncie od Piątnicy, w prawo do Drozdowa… Park Krajobrazowy Doliny Narwi. Ze skarpy pod Szosą Zambrowską widać jak polna ścieżka schodzi do wiejskiej drogi, biegnącej równolegle do rzeki - już oczy się śmieją na myśl, że latem z  roweru przejedziemy w zapachu ziół wzdłuż  przydrożnych maków, chabrów. Na razie aż się prosi w tym miejscu bezwzględny zakaz wszelkiej zabudowy, bo to chroniony prawem - jeszcze martwym, co widać po otoczeniu niedalekiego grodziska - tzw. „krajobraz kulturowy”. Jedynym wyjątkiem powinny być zadaszone tarasy widokowe wzdłuż szosy, za ekranami wyciszającymi hałas - z maleńką gastronomią i szeregiem lunet turystycznych, jakie są w polskich górach, na wieży Eiffla i w każdym normalnym punkcie, gdzie ludzie potrafią myśleć. Ale to nie będzie zrealizowane, bo to nie jest pomysł doradców powołanych „do życia” za ciężkie pieniądze. W Łomży zaprzestano dialogu z mieszkańcami - „wybrańcom” za pieniądze myśleć kazano… dlatego jest tak, jak jest. Nie umiemy wykorzystać szansy, mając pod ręką jakby „Sanatorium Natury” dla zmagających się z depresją, stresami, zmęczeniem. Wystarczy parę kroków: wyjść z miasta, zejść z szosy pod skarpę Pradoliny, ale bez stworzenia odpowiednich warunków jak ochrona przed deszczem, to nie będzie alternatywą dla TV- PC… Niedoceniony pejzaż.

Bolesław Deptuła
pt, 18 lutego 2011 10:54

Martwa natura

Niektórzy sądzą, że niezwykłe fotografie powstaną tylko w trudno dostępnych miejscach - szukają opuszczonych fabryk,  dopytują w Internecie: „gdzie można zrobić dobre zdjęcie”? Mści się zaniechanie systematycznej edukacji, uwrażliwiania na sztukę. W dobie cywilizacji obrazkowej w popularnych czasopismach brak prezentacji zbiorów świata, np. obowiązkowo dotowanych całostronicowych cykli „ABC malarstwa”. Wobec nadmiaru tandety, bez pewnej formy przymusu nie wpoi się społeczeństwu potrzeby szukania piękna wokół siebie. Jeszcze pokolenie powojenne przyzwyczajano do odbioru sztuki poprzez dwustronne reprodukcje w „Płomyku” lub rosyjskim „Ogonioku” (po odrzuceniu socrealistycznej propagandy, oprawione w twarde okładki przetrwały do dziś) - łatwo dostępne budziły wyobraźnię i chęć poszukiwań. Gdy w końcu oglądało się w Luwrze oryginały, był szok: jedne dzieła okazywały się gigantyczne - od podłogi do sufitu, inne jak Mona Lisa - zdumiewająco małe… Fotografia kusi pozorną łatwością tworzenia. Brak słońca zimą zniechęca do wycieczek z aparatem,  ale przy odrobinie trudu odkryjemy w zaciszu domowym zdumiewające kompozycje, które stworzymy sztucznym światłem. Zwykłe przedmioty nabiorą tajemniczości, bez uciekania się do udziwnień. Wielcy malarzy, na których warto się wzorować od wieków wykorzystywali temat „martwej natury”, biorąc z kręgu swoich zamiłowań najczęściej trofea myśliwskie, kwiaty, ulubione drobiazgi. Symbolem warsztatu fotografa może być szpulka z koreksu - czytelny przedmiot dla tych, którzy lubią magię ciemni fotograficznej. Publikowana po raz pierwszy „Martwa natura” z archiwum Towarzystwa Fotograficznego, ukazuje pasję twórczą, pomysłowość i wyobraźnię Autora. Zapóźnienia cywilizacyjne, zawieruchy historyczne usunęły w cień wiele dzieł sztuki światłoczułej, które jeśli były wysokich lotów artystycznych dla wyróżnienia nazywano - Fotografiką. Dzieła pełnoprawne w innych, rozwiniętych krajach. Tam są traktowane po królewsku, obecne na rynku sztuki i w specjalistycznych galeriach sztuki. U nas tak nie będzie, skoro dzieci z miejsca nazywane są „fotografikami, artystami”, a ministerstwo deliberuje czy do programu nauczania w Liceach Plastycznych włączać „muzykę” czy „fotografię”, a może lepiej „taniec”? Gdy środowisko plastyczne z wyższością spycha fotografię do poziomu „materiałów pomocniczych”, nie będzie upowszechniania arcydzieł fotografii, tylko przepychanki ambicjonalne kierowników Galerii. Żyjemy w Kraju, gdzie łatwiej rozwijać chamstwo i tworzyć zastępcze problemy, jak z tym rozdzielaniem Polaków w oddzielne „narody”: na śląski i góralski - niż kulturę, podobno łączącą społeczeństwo ? Przyzwalamy, aby nawet „polityka” była ważniejsza od kultury, stąd partie mają gigantyczne dotacje - a muzea musza żebrać o wsparcie.

Bolesław Deptuła
so, 05 lutego 2011 23:18

Osty nad Narwią

Plątanina delikatności i groźnych kolców w nadrzecznych ostach od zawsze inspirowały artystów. Tu przetworzenie zdjęcia w niecodzienną pseudosolaryzację - szlachetną technikę dawnych mistrzów, dało w efekcie tajemniczą księżycową poświatę. Oto różnica między rękodziełem dawnej fotografii artystycznej z odrobiną tajemnicy, niedopowiedzenia - a cyfrowe, automatyczne więc bezduszne fotografie „jak żywe”. Śmieszne jest dążenie do super ostrości z obsesją wobec „szumu”. Czy nie ciekawszy urok pewnej „niedoskonałości”, widoczna obecność człowieka w tworzeniu dzieła sztuki, jego indywidualne emocje ? Na razie nadeszły czasy w których żadne umiejętności, ani wrażliwość czy rozum nie są konieczne - wystarczy naciskać guzik w aparacie. Oczywiście, to wszystko może współistnieć - jak kino, którego telewizor nie zastąpił; jak krążki winylowe, których kompakty nie wyparły całkowicie więc i z tradycyjną fotografią będzie podobnie. Ważne, aby była możliwość wyboru, aby można było kupić dobry film, papier, wywoływacz i potem zobaczyć efekty na wystawie. Niestety fala powrotu tradycyjnej fotografii w Polsce nie nabiera rozmachu, rynek sztuki fotograficznej bardzo wolno wychodzi z niebytu. Niski poziom edukacji nie wytwarza odruchu potrzeb wyższego rzędu, kontaktu ze sztuką.

Bolesław Deptuła
śr, 19 stycznia 2011 16:04

Znaki

Zaledwie 100 lat temu zadrżała kula ziemska, gdy meteoryt „tunguski” wzbił nad Syberią wielki słup ognia widoczny z  odległości tysięcy kilometrów. Upadek tego gościa z kosmosu był w stanie zniszczyć duże miasto… Jednak spadł w tajdze, więc szybko o nim zapomniano - zbyt mało wzbudził trwogi, by stać się Znakiem ? Zapowiedzią kolejnych granic potworności do przekroczenia ? Nie był Znakiem dla ludzi, którzy „większością” dali przyzwolenie na Stalina i Hitlera, gdy nadszedł czas wyboru: potępienia lub przyzwolenia na spokojny rozwój bestii w ludzkich skórach. Zabrakło i nadal brak silnej osobowości zdolnej przekonać, że więcej można uzyskać drogą dobrej edukacji. Człowiek zwykle woli „destrukcyjną edukację totalną” czego przykładem zagłada Hiroszimy i Nagasaki. Ta „lekcja” nie zlikwidowała, co najwyżej odwlokła w czasie rozwój kolejnych małych Bestii. Jakich kolejnych Znaków trzeba ludziom, aby wygasły ciągle gdzieś trwające wojny, które łatwo mogą się spleść w ciąg wydarzeń nie do opanowania: w połączeniu z falą epidemii, głodu, zmian klimatycznych itd. Bywa więc, że mimo całego „bagażu cywilizacji” wciąż szukamy pocieszających Znaków na niebie i oswajamy te złowrogie. Liczymy, że „wyjaśnią” odczucia lub wewnętrzne oczekiwania i przedłużą nadzieję na spokojną przyszłość. Ostatecznie czy to nie obojętne, jak zniknie rodzaj ludzki skoro to nieuchronne ? W wyniku wyrachowania egoistycznych przywódców, wskutek przypadku czy też działania sił wyższych, przed którymi nie ma ucieczki ? Nikt już nie zastanawia się czy w ogóle pojawią się od tysięcy lat zapowiadani „Jeźdźcy Apokalipsy”, bo „wszystkie znaki na niebie i ziemi na to wskazują” - tylko: skąd przybędą? Jeśli z kosmosu - czy człowiek będzie w stanie, w swym śmiesznym zadufaniu „zdobywcy i władcy świata”, skonstruować  pojazd latający zdolny zmienić tor lotu kolejnego meteorytu zagrażającego kuli ziemskiej ?...Tymczasem, póki rzadko coś nam na głowy spada z tej gigantycznej, odkrytej przestrzeni, wybierzmy się na spacer. Samolot nad Łomżą, „uwięziony w ciasnym kadrze” przez artystę fotografa stał się oswojonym Znakiem naszych czasów, bo przypomina kształt krzyża, który szanujemy - no, może z wyjątkiem tych, którzy mają coś na sumieniu i boją się go.

Bolesław Deptuła
pt, 07 stycznia 2011 19:39

Pół tysiąca lat

Żołnierze, 4o wieków patrzy na was ! - miał powiedzieć Napoleon pod piramidami. Niektórzy z nas jak żołnierze myślą tylko żołądkami. Czy świat znowu oszalał dając przyzwolenie aby przysłowiowe „gorsze monety wyparły lepsze” - na chwilę, na przestrogę, ale jednak ? Przedmieście nie chce znać swojego miejsca, cham chce nauczać wszystkich swojej kultury, zaraz nieuk zażąda likwidacji szkół „dla dobra społecznego” bo dzieci są tam męczone… Przecież „panta rei”- wszystko płynie, więc przyśpieszajmy, też poddajmy się prądowi, myślmy wyłącznie o przyszłości, starość jest brzydka. Przeszłość była straszna: starcie fałszywej „równości ze Wschodu” z „przymusowym wprowadzaniem Europy” poprzez II wojnę zostawiło Łomżę w gruzach w 70 %, a jednak ten kościół, serce miasta: przetrwało. Najstarszy zabytek w Łomży - katedra, perła miejscowej architektury niewzruszenie trwa i również na nas „patrzy”. Od 500 lat patrzy na zajęte swoim istnieniem kolejne fale pokoleń ludzkich, z których część dopiero pod koniec żywota docenia i dziękuje w pokorze za trwanie tego symbolu w rwącym potoku dziejów. To dzieło rąk ludzkich pulsuje życiem, nawet gdy puste czeka - na wiernych, bo w nim skumulowały się myśli pokoleń, zabiegi możnych, próżnych, skromnych i energia odnajdujących sens w życiu. Jeszcze zbyt rzadko zdajemy sobie sprawę z faktu, że ten zabytek jest piękniejszy dzięki drzewom, które są jak oprawa klejnotu: otoczenie z długowiecznych, żywych istnień. Zauważajmy pojedyncze drzewa i pojedynczych ludzi: Człowieka obok nas. Wszystko to się nawzajem uzupełnia. Łącznikiem jest coś nieuchwytnego a trwałego, niezmiennego od pół tysiąca lat.

Bolesław Deptuła
pt, 24 grudnia 2010 12:17

Brzdąc

Zauważyłem go podczas pleneru fotograficznego w drodze do Starej Łomży. Było mroźno, przenikliwy wiatr. Koledzy wracali do auta, skąd na chwilę wybiegli uwiecznić porywy śnieżnej zamieci nad skarpą polnej drogi, prowadzącej na skraj pradoliny skutej lodem Narwi. Wtedy nadleciał ten brzdąc i usiadł niedaleko przypatrując się co robię - niczym domownik w tym upiornym pustkowiu, które przecież na niego czyha, gotowe wyssać resztki ciepła. Pomyślałem: jak sobie poradzi, gdy nagłe załamanie pogody odetnie przelot w zacisze ciepłych chałup, ledwo widocznych na horyzoncie ? Wesołe podskoki tej drobiny energii na przekór wszystkiemu wokół, były widokiem niezwykle optymistycznym. Aby przedłużyć chwilę witalności, triumf życia - warto było spróbować złapać portret ruchliwego malca… Celowo zostawiłem przytłaczający nadmiar przestrzeni od góry, bo nie chodziło o centralnie skomponowaną dokumentację. Niewykadrowane otoczenie rachitycznych traw zwiększa poczucie osaczenia, przekreślenia szansy ochrony czy ukrycia się.

Bolesław Deptuła
so, 11 grudnia 2010 14:27

Drogi z Łomży

Wyjątkowe tematy do fotografii można znaleźć tuż za miastem, jak w tym przypadku. Niezwykły efekt świetlistych kolein to nie tylko ujęcie po światło - to również resztki pierwszego śniegu. Czasem warto wygubić nadmiar szczegółów, tu odpowiednie okazało się przetworzenie obrazu w cyfrową akwarelę. Łatwiej wtedy dostrzec rozbicie kierunków w Nieznane, w tajemniczą nieskończoność polskich dróg i losów ludzkich. Myśl przywodzi tragiczne pożegnania z rodakami, często zmuszanymi biedą do opuszczenia rodzinnego miasta za chlebem. Bywało, jak w słowach piosenki sprzed lat…-”I tak trudno się rozstać”… Niektórzy wyjeżdżali złorzecząc - dla dodania sobie odwagi. Potem tęsknili za różnorodnością krajobrazu, za spacerami wokół miasta - choćby po tak niewygodnych polnych drogach, jak te w kierunku wsi Zawady. Z biegiem lat docenia się bardziej urodę i skalę urozmaicenia podłomżyńskich dróg - wśród mazowieckich równin, borem przez kurpiowskie piaski lub brzegiem wysokiej pradoliny Narwi. W gronie „miastowych nuworyszy”- miłośników wyłącznie asfaltu, próżno oczekiwać zainteresowania tym pięknem, więc bywają rozstania z ulgą, nieprzyjemne dla osobników, którzy czuli się tu obco na własne życzenie. Jak z pewnymi „wysokimi” urzędnikami - „dobro”-dziejami, u których w gabinecie padły bezczelne, butne słowa, rzucone od niechcenia rodowitym mieszkańcom interweniującym w sprawie niepotrzebnych dróg przez ich działki: - „Jak się komu nie podoba, może z Łomży wyjechać”... Okazało się, że sami musieli wyjechać przymusowo - na śmietnik historii…

Bolesław Deptuła
śr, 01 grudnia 2010 18:30

Babie lato

Trochę ciepłych dni i liczne gatunki pająków szykują się do odlotu - dosłownie - na strzępach swoich pajęczyn, a mogą przemieścić się w ten sposób w sprzyjających warunkach na dalekie odległości, na nowe terytoria… Mało mieliśmy pogodnych dni na pojawienie się skręconych, bardziej widocznych smug jak w „Babim lecie”, ze słynnego obrazu Chełmońskiego. Jakie czasy, takie nastroje. Tam pogodna opowieść i ciągłość trwania, tu nastrój utraty, niepokojące oświetlenie w środku słonecznego dnia. Tam malownicza, na początku swej drogi życiowej dziewczyna z nicią pajęczą, jak z ulotnym wspomnieniem beztroskich chwil - tu zwiędły liść podtrzymuje pajęczynę ale sam kończy żywot na karłowatym krzaczku. W tle polana wśród ocalałych drzew - coraz więcej pod Łomżą takich lasów przerzedzonych wyrębem - niczym scena na kolejne przedstawienie „dobroci ludzkiej”, ze smugami słońca niczym światła reflektorów. Pewnie przygotują tu „szkółkę leśną” i będą drzewa uczyć jak ładnie rosnąć w równych rzędach, dla łatwiejszej maszynowej wycinki... Wieloznaczność obrazu dzięki rozmyciu konturów. Temat czytelny, choć celowo nieostry z wyjątkiem błyszczącego brzegu liścia dębu i pajęczyny. Uchwycona na fotografii nitka czeka na mocniejszy podmuch wiatru… Jesteśmy częścią tych zmian w przyrodzie: nadciągają jesienne ekscytacje z powodu cyklicznych wyborów - walki o przerwanie sieci mafijnych pajęczyn. Złudne, chwilowe przerzedzenie po przenosinach jednych pająków, zanim następne nas omotają swoimi pajęczynami…i tak do kolejnego „Babiego lata”…

Bolesław Deptuła
wt, 02 listopada 2010 10:38

Wieża ciśnień

Atrakcje do pozazdroszczenia: taras widokowy, restauracja z wykwintnym menu oraz bistro-cafe. Na zewnątrz fontanna z nimfą dosiadającą Trytona i krystalicznie czysta woda ze źródła w podziemiach, ogródek letni, elektryczna winda, podświetlane sklepienia - to wszystko działa, ale… we Wrocławiu. Z kolei w Bydgoszczy od prawie 20 lat miejscem spotkań artystów jest Galeria „Wieża Ciśnień”, a właściciel Miejskie Wodociągi i Kanalizacja planuje remont i dalszą adaptację wieży na muzeum wodociągów… To przykłady zawstydzające dla opiekunów wielu takich oryginalnych i niedocenianych obiektów. Może chociaż w Łomży jest inaczej ? Nic z tego: tu się czas marnotrawi na przepychankach z działkami i wodzi za nos przedsiębiorców, tworząc atmosferę podnoszącą ciśnienie. Tu brak ostrej kontroli - więc w kółko projektowanie tego samego, jak z legendarnymi bulwarami ; brak wyczerpujących rozmów z posiadaczami ziemi, jak w Zielonej Dzielnicy - więc narzucanie wyłącznie „wizji urzędowej” bez uwzględnienia alternatywy nie niszczącej mieszkańców; brak przyzwoitości - więc sprawcy odgrywają role sędziów we własnej sprawie i radzą odwoływać się do siebie, potem do SKO, WSA, NSA itd.; brak drakońskich kar - więc urzędnicy nie wykonują w końcu przegranych wyroków sądowych i tak trwa bezwstydne upowszechnianie opinii, że kto „nie współpracuje” z urzędnikiem ten straci czas, dorobek życia, zdrowie… Czy w takim miejscu warto lokować marzenia ? Tu nie respektuje się podstawowej zasady: po 1 - nie szkodzić… Czy np. kolejny desperat będzie chętny do adaptacji zabytkowej wieży ciśnień, ryzykując znowu odsunięcie w atmosferze skandalu ? Brak pomysłu akceptowanego społecznie, brak planu wsparcia, stracono wiele lat w czasie których charakterystyczną wieżę - niczym miniaturową wieżę Eiffla - z daleka widoczny wyróżnik w panoramie miasta, można było przynajmniej podświetlić… Autor rewelacyjnej fotografii umieścił temat główny w malowniczym otoczeniu (dziś nie istniejące drzewa, drewniana chałupa i bruk typu „kocie łby”), całość odrealnił poprzez użycie specjalnego materiału „Agfa Contour” tworząc jakby księżycową poświatę. Artystyczna wizja, wspaniała kompozycja wzbogacona mocnymi pociągnięciami linii dachu, linii krawężnika i cieni - podkreślających spojrzenie na łomżyńską wieżę ciśnień…

Bolesław Deptuła
śr, 13 października 2010 20:33

Najlepszy przyjaciel

Dla młodego fotografa radość zatrzymania w kadrze własnych obrazów, łączy się z rozczarowaniem: bo nie zawsze aparat pokazuje to, co oko widziało. Czas przyniesie refleksję, ze nawet najlepsza lustrzanka cyfrowa, to tylko narzędzie, że ważniejszy jest człowiek i jego umiejętność wyboru. Fotograf sam musi przejść drogę ćwiczeń, uczenia się na błędach, zastanawiania się nad dziełami mistrzów w galeriach sztuki. W tym wysiłku poszukiwań mogą zdarzyć się szczęśliwe trafienia, które warto pomóc wydobyć i podkreślić - jak w przypadku tego sympatycznego portretu... Autorka zaakceptowała moje wskazówki, aby z większej całości wykroić ¼ część obrazu. Powstał wyrazisty portret po odcięciu zbędnego otoczenia, które odwracało uwagę od głównego tematu. Wydaje się, że Autorka podczas swoich prób fotografowania najswobodniej się czuje przy reportażowych akcjach. Np. podczas rejestracji zabawy ze swoim czworonożnym przyjacielem: Fido. Widać emocje utrwalone na zdjęciu. Lepiej też widać odpowiedni moment złapany przez Autorkę. Powstał dynamiczny obraz, pogodny, podkreślający łączność dwóch światów - zwierzęcego i ludzkiego. Na pierwszy plan wysunął się mądry pysk Fido. Czy nie przekomarza się, usiłując przejść bokiem ze zdobyczą ? Jest lekkie poruszenie postaci i tła, podkreślone lampą błyskową i przesunięciem aparatu zgodnie z truchtem psa - co świetnie potęguje wrażenie ruchu. Łbem zgarnął liście, dzięki czemu kilka pozostało nieporuszonych - co uzmysławia widzowi, że bezpieczna kryjówka zieleni w tle, jest tylko pozornie oddalona. Lekko uniesiona łapa łączy się z jasną smugą sierści, tworząc łuk, dodatkowe, ładne obramowanie portretu.

Bolesław Deptuła
pon, 27 września 2010 07:15

Krutynią, Pisą, Narwią

Jak znaleźć dobre towarzystwo na plener fotograficzny w kajaku? Od lat to samo - jak co do czego to albo wody się boją, albo czasu nie mają: wtedy pozostaje niezawodna rodzina. Owszem, najwygodniej samotnie, nikt nie marudzi gdy deszcz pada, ale jeśli Natura pokaże coś zapierającego dech w piersiach, wtedy satysfakcja z dzielenia się radością: - „Widzisz to samo” ? ...jak tym razem: kolonie kormoranów, jeleń, sarna, wiewiórka płynąca Czarną Rzeczką, wieczorne ciągi dzikich kaczek, żurawi, majestatyczne loty drapieżników, białe czaple i siwe... Do dyspozycji był tydzień czasu, 4 przenoski na Krutyni, od Sorkwit 22 jeziora, w tym największe nasze Śniardwy, Pisa z prądem i kawałek Narwi pod prąd do domu. Aż żal się śpieszyć - samotnie rozciągałem ten plener do 3 tygodni, wpływając w różne zakamarki… tym razem okazja do expresowych porównań. Jeszcze więcej ogrodzeń do samej wody, mimo zagwarantowanego prawem dostępu do brzegu - nadal brak życzliwości dla turystyki wodnej. Zdumienie: byliśmy jedyną, długodystansową załogą na ponad 200 km, z niezależnym wyposażeniem - namiotem, żywnością (dodatkowa woda ze źródełka w połowie trasy). Pojedyncze kajaki kręciły się tylko wokół mijanych stanic (PTTK-owskie stwarzają wrażenie dogorywających ). Raz grupa kajaków przywieziona samochodem towarzyszyła nam na krótkim odcinku do tablicy „Odbiór sprzętu”. Skupiska piwoszy i hałaśliwe grillowiska, dla których rzeka stanowiła ozdobnik, dodatek. Ceny większe niż za granicą np. 30 zł za ognisko ! Dziwne pustki na trasie to oddech dla zmęczonej przyrody, z wyjątkiem upiornego, wymarłego krajobrazu tuż za fabryką sklejek na początku Pisy i chwilę potem.. potężna rura z wysokości skarpy wypluwająca nieczystości po prostu do rzeki - nikogo już nie wzruszają takie wizytówki naszej „cywilizacji”. Tam przez ponad 30 km nie zaśpiewał ptak, nie plusnęła ryba. W spiętrzonych gałęziach na licznych zakrętach plastikowe butelki i śmieci piętrzą się w kolorowej pianie. Uparci wędkarze pojawili się pojedynczo dopiero bliżej Nowogrodu, gdzie rozrzedzone ścieki chemiczne przestały być odczuwalne w powietrzu. Kogo to obchodzi ? Kogo martwi częściowo martwa rzeka, skoro w połowie potrafi się jeszcze przefiltrować ? Dziś wrażliwość społeczną stępiono strasząc w mediach, że wszędzie czają się kleszcze, burze i trąby powietrzne, więc ludzie wolą bezpieczne widoki Natury, tylko na ekranie TV. Czy można się nauczyć pokory z dala od przyrody ? Czy lepszy strach od szacunku ? Na Śniardwach całą noc mieliśmy burzę, a mimo to była niczym wobec tej potwornej burzy nad Krutynią, którą przeżyłem 40 lat temu. Teraz więcej było przelotnych deszczy, suszenia ubrań przy ognisku… Autor zdjęcia zaskoczył mnie świeżością spojrzenia w trudnym skondensowaniu obrazu wakacji w jednym ujęciu. Taki sposób ustawienia aparatu, jak mówiono kiedyś: „z żabiej perspektywy”, stwarza wrażenie, że role się odwróciły i to Natura podpatruje człowieka.

Bolesław Deptuła
pt, 03 września 2010 00:55

Pulwy pod Łomżą

Rewelacyjna ujęcie, pełne ekspresji: pastwisko nad Narwią ze swobodnie pasącymi sie wierzchowcami, niedaleko  Łomży - w głębi widoczne miasto z charakterystyczną wieżą ciśnień… Nie razi skrzywiona linia horyzontu, tym bardziej, że w zamian mamy solidnie wypoziomowaną podstawę. Odczuwamy wręcz wysiłek zwierzęcia wspinającego się na wzniesienie, bo odważny przechył horyzontu pozornie „zwiększył” trudności do pokonania. Ten formalny zabieg i świeżość spojrzenia początkującego wówczas fotografa dały w efekcie niebanalną ujęcie. Widziałem dużą wystawową odbitkę papierową, bez prostowania horyzontu, czyli po opadnięciu emocji Autor zaakceptował taką kompozycję. Mimo upływu 50 lat od wykonania, zdjęcie wciąż przykuwa uwagę - bo dobre !... Pulwy to tereny podmokłe, zalewowe, które w porze kwitnienia pokrywa dywan różnorodnej, wielobarwnej roślinności, więc wiatr nie smaga tu piaskiem jak na filmach amerykańskich, choć nastrój niczym z prerii. Skoro mamy okazję, porównajmy ten krajobraz sprzed lat i zastanówmy się:  dlaczego kiedyś mogliśmy podziwiać odsłoniętą, szlachetną linię brzegową z piaszczystymi plażami a dziś rozległe przestrzenie są obrzydliwie zakrzaczone podłego pochodzenia chaszczami, nawet plaże ulegają pospolitym chwastom ? Nowe pokolenie będzie przekonane, że tak było od „zawsze”, jeśli nie znajdzie do porównań obrazu świata ich Rodziców poruszającego prawdą, jak ten...Zmiany zachodzą szybko. Zostanie im do wyboru bylejakość świata rządzonego przez roboty? Będą świecidełka cukierkowych hologramów ze sztucznym zapachem łąk i lasów ? Czy ktoś ocaleje w jaskini po III wojnie światowej i bezsilnie rozpłacze się odkrywając w cyfrowej bibliotece wspomnienie wolnych rumaków znad Narwi ?…

Bolesław Deptuła
pon, 26 lipca 2010 19:05

Po burzy

Autor komponując ten motyw fotograficzny, przypomniał sobie słynny obraz „Ziemia” Ferdynanda Ruszczyca, gdzie nad wzgórzem i sylwetką oracza z wołami wisi niepokojące kłębowisko chmur na błękitnym niebie. Warto w warszawskim Muzeum Narodowym z bliska odczuć ducha tego nieśmiertelnego arcydzieła ponad 2 metrowej szerokości, działającego na wyobraźnię, wciąż inspirującego…. Tutaj - szczęśliwie dla fotografa - i dobrze to wykorzystał: możliwe stało się podkreślenie potęgi Natury także poprzez ukazanie samotnego drzewa na szczycie wzniesienia, nieugiętego w trwaniu, po ciężkiej nawałnicy odchodzącej na prawo. Wzrok wielokrotnie powraca po linii wzgórza od samotnika do otwierającego się łagodnego błękitu: co, jak przy odczytywaniu książki ułatwia odbiór obrazu , sprzyja uspokojeniu, wprowadza ład  mimo chaosu nad ziemią.

Bolesław Deptuła
nie, 11 lipca 2010 18:41

Urwisy z Łomży

W co się bawić, w co się bawić… Nie każda rodzina może sobie pozwolić na wyjazd wakacyjny z miasta. Ten fakt ma swoją dobra stronę: zmuszeni do zaradności od małego - ci co sami organizują wolny czas, lepiej sobie poradzą także w dorosłym życiu. Zaletą niewielkiego miasta jest łatwość wydostania się: na obrzeża, nad rzekę, do lasu, by odkryć swoje magiczne miejsca, które pozostaną wspomnieniem dzieciństwa. Które miejsca pozostały dla nich najważniejsze w Łomży, już się pewnie nie dowiemy, bo wątpliwe, aby się rozpoznali po 40 latach…                                                                       Ciekawość świata widać na tych twarzach, uwiecznionych bez pozowania. Malcy to pozornie łatwy temat dla fotografa. Trzeba liczyć na szczęśliwy traf - przecież tu filuterna mina trwała sekundę. Chłopcy mieli uwagę skupioną na czymś innym, stąd naturalność sytuacji. Zazwyczaj pierwszy plan powinien być ostry, wyostrzenie tylko jednej twarzy w środku obrazu uczyniło z niej najmocniejszy punkt kompozycji.

Bolesław Deptuła
so, 26 czerwca 2010 10:50

Powrót do Łomży

Miałem okazję z Łomży w 7 godzin tzw. gierkówką przeskoczyć w Sudety, pod czeską granicę, gdzie przetrwały warownie średniowieczne. Łatwiej się znosi polskie drogi w wygodnym samochodzie osobowym. Zwiedzałem „polskie Carcassonne” oraz zamki, pałace dziś wykorzystywane jako tło bajkowych sesji fotograficznych przez nowożeńców i już tylko przewodnik mówił o dziesiątkach ciężarówek, którymi wywieziono bogate wyposażenie… Wracałem koleją. Polska rzeczywistość w skrócie: malownicze zabytkowe dworce, niebywale zaniedbane - tym większy kontrast, gdy oglądane z nowoczesnych, wygodnych choć niedomytych wagonów, przez brudne szyby. Na kilkanaście mijanych stacji wartych odnowienia tylko przy jednej prace porządkowe (patrz zdjęcie: budowa peronu), na trasie Katowice - Warszawa. Niemożliwy, dziwny bałagan przy pracy. Już to słyszę: -„Narzekanie. Patrzmy tylko w przyszłość, nie wracajmy do staroci” A przecież za oglądanie tych „staroci” turyści chcą płacić, tyle że nic się nie zmieni bez mechanizmów ulg podatkowych, zachęt do usunięcia brudu. Chciałbym tylko chwalić, wolałbym aby jednocześnie wszystkie stacje zaczęto odnawiać, ale chyba komuś degradacja zabytków odpowiada i lepiej dokuczać, że Polacy nie potrafią napisać wniosku, choć możliwe są dofinansowania unijne… Łącznie do Łomży wracałem 18 godzin. W domu wylądowałem o 3.oo następnego ranka. Oto polska rzeczywistość: udręka czyli „jakoś to będzie”… Było: od sympatycznej konduktorki wydobyłem informację, dlaczego czekaliśmy w polu godzinę. Zepsuta lokomotywa. Motorniczy  w końcu ją naprawił, ale część pasażerów nie zdążyła już na swoje połączenia. Kasa PKP dała wybór: czekanie w Katowicach kolejną godzinę na zwykłą linię, ale wtedy musiałbym  szukać noclegu w W-wie, albo bilet o 50 zł droższy za expres, to może zdążę na ostatni PKS. Cóż z tego. Pechowy autobus łomżyński nie mógł się rozpędzić, przed Markami kierowca zaczął wydzwaniać o ratunek, bo biegi zacięły się na prędkości 25 km/godz. - gdzie tam: „wszyscy skończyli pracę”. Telefoniczna siła spokoju kierowcy, teksty jak z „Misia” Bareji. Rozdzwoniły się komórki, ktoś wykrzykiwał -„Nie denerwuj mnie, gdzie mam wysiąść: w nocy, w szczerym polu? Nie wierzysz mi, to dam ci kierowcę!”… W spacerowym tempie, o 23.oo zamiast w Łomży my dopiero w Wyszkowie… Ale zamiast nerwów uśmiech - brawo kierowca ! Gorszym wspomnieniem pozostaną upiorne szlaki kolejowe… Oczywiście powrót z Warszawy wzdłuż martwych torów, które urzędnicy ogłosili jako nienadające się do użytku - kłamstwo, skoro swobodnie dojechał do Łomży szynobus…  Z punktu widzenia fotografa: elementy kompozycji warto wcześniej zaplanować dla zwartości obrazu, np. u dołu dwa jasne fragmenty okna wagonu jako odpowiedniki po ukosie chmur w górnej części, z mocnym punktem - jasną płachtą i sylwetką robotnika. Improwizacja wymuszona szybką  jazdą pociągu. Piękny dokument, niech ktoś powie po latach, że zmyślam…

Bolesław Deptuła
nie, 20 czerwca 2010 14:22

Wierzby pod Łomżą

Szczęśliwie w tym przypadku nadciągająca lekka mgiełka osnuła wierzby, wzmacniając je odrobiną melancholii, tajemniczości. Motyw stał się bardzo malarski, a kontrastowe światło ułatwiło czytelne przetworzenie fotografii w akwarelę… Warto poszukać wyjątkowego oświetlenia, pory roku, pogody i odpowiedniego punktu widzenia - aby próbować złapać niezwykły klimat godny tych charakterystycznych pereł naszego pejzażu. Powstające w wyniku odpowiedniego przycinania gałęzi, słynne „głowiaste” korony wierzb mazowieckich, nam kojarzące się z fortepianem i Chopinem są na całym świecie rozpoznawalne jako symbole polskości. Wydawało się, że coś tak znanego trudno pokazać w nowy, oryginalny sposób, ale w roku 1989 dokonał tego po mistrzowsku nestor polskiej fotografii, ś.p. Edward Hartwig poświęcając tym pięknym drzewom cały album: „Wierzby”. Warto tam zajrzeć w poszukiwaniu inspiracji.

Bolesław Deptuła
nie, 30 maja 2010 18:09

Był taki most...

Drewniany most, w dobrym miejscu na przeprawę - po żelaznym moście zniszczonym w II wojnie światowej - dziś betonowy. Z wyjątkową panoramą Łomży, więc miejsce romantycznych spotkań, spacerów, odpoczynku, sprawdzianu dorosłości… Moment pod wieczór, gdy nie chce się wyjść z kąpieli ale „gęsia skórka” i szczękanie zębami zmuszają największych chojraków do przerwania zabawy… Plama zanikającego „okna” światła łączy się w zwartą kompozycję z linią mostu, sylwetkami pływaków i brzegiem Narwi. Mniej jest, niż być powinno, „oddechu przestrzeni” z prawej strony obrazu - ale zbytnio nie przeszkadza umieszczenie najważniejszych składników centralnie, bo chodzi nie tyle o dynamizm, co delektowanie się miejscem akcji pływackiej i zatrzymanie na dłużej ulotności chwili…

Bolesław Deptuła
nie, 16 maja 2010 21:46

Pod Szablakiem

Nad Narwią budzi się wiosna… Jak dobrze trafić na moment odpowiedniego oświetlenia: tu cienie drzew na skraju lasu prowadzą wzrok do głównego tematu - Narwi, której wcale nie trzeba umieszczać centralnie, żeby  stała się najważniejsza. Idealnie w środku obrazu łódź, łącznik dwóch światów lądu i wody: ledwo widoczna, jakby już „zdążyła”  wrosnąć w ziemię, więc częściowo „po drugiej stronie lustra”, „tonie” w zeschłych liściach… a kiedy wybuchnie i przykryje ją zieleń - Narew bez kolejnej łódki będzie jeszcze bardziej pusta… Czy to nie Ansel Adams, słynny fotograf amerykański - zachwycony złapaniem wyjątkowego księżyca nad górami Yosemite - mówił o przyjemności znalezienia się we właściwym miejscu, o właściwym czasie…? Każdego z nas, choćby raz w życiu czeka coś wyjątkowego i tylko na jego drodze… Warto ćwiczyć oko, aby nie przegapić takich chwil.

Bolesław Deptuła
pon, 03 maja 2010 12:06

Pod Wizną

Najchętniej odwiedzamy Narew latem, w słoneczne dni - bo wydawałoby się: cóż może być pięknego w pochmurnym, smutnym krajobrazie ? A tymczasem łagodne rozproszone światło daje całkiem inne, weselsze, bardziej soczyste barwy; a w czarno-białej fotografii zwiększone bogactwo szczegółów. Jak wówczas zrobić dobrą fotografię ? Jak tworząc obraz uchwycić nastrój oczekiwania na sezon wzmożonych wędrówek rzecznych,  np. na pastwisko i powrót z mlekiem - możliwości komunikacji i odpoczynku, którego uroku pozbawione są mieszczuchy ? Tutaj Autor dokonał tego celująco, nie kadrując ciasno ani nie umieszczając łodzi centralnie. Zostawił z lewej strony trochę miejsca na odrobinę oddechu, domysłu, niedopowiedzenia… a po ukosie kadru w górnym rogu jaśniejszą, wolną między szuwarami przestrzeń wylotu, w nurt rzeki.

Bolesław Deptuła
śr, 21 kwietnia 2010 13:12

Las Jednaczewski

Znane miejsca - widziane inaczej. Tu:na nierównej drodze leśnej, przez szybę auta w ruchu - dzięki czemu uzyskano esencję tematu: wydłużone, bez zbędnych szczegółów portrety jednaczewskich sosen. Zadanie ułatwiło fotografowanie pod wieczór, gdy czerwone słońce już chowając się, podkreśliło górne partie drzew...           Mając pod nosem tak piękny las, mieszkańcy Łomży chyba nie zdają sobie sprawy jaki to skarb. Najczęściej  bywa pusty… choć to właściwie taki większy Park Miejski. Bezmyślną rolę spełniły tu z nawiązką media, strasząc skutecznie ludzi kleszczami i zboczeńcami pod każdym krzakiem. Jeden z kolegów, z którym regularnie urządzamy w„Jednaczewiaku” w różnych porach roku plenery fotograficzne, kpi sobie przewrotnie: -„A  mnie to nie martwi, kto chciałby żeby mu ludzie bez przerwy plątali się pod nogami” ?  Więc na razie jeszcze jest cicho, spokojnie, bez tłoku… i  ten kto umie patrzeć - ma szansę zauważyć piękno samej Natury, jak choćby strzelistych sosen, tuz obok nas…

Bolesław Deptuła
wt, 06 kwietnia 2010 14:29

Targ na Kurpiach

Takie efekty daje izohelia - pracochłonna technika klasycznej fotografii, do której wykonuje się wiele kopi negatywowych w różnym stopniu naświetlenia (zależnie od potrzeb) by po złączeniu otrzymać obraz z wyraźnymi granicami tonalnymi. Nie każde ujęcie nadaje się do takiej operacji. Tutaj Autor wykorzystał kontrastowe oświetlenie by wydobyć bogactwo szczegółów w silnych światłach i cieniach. Powstało zdjęcie o podwójnych walorach: artyzmu i dokumentu.                                                                    A temat uniwersalny. Koń od tysięcy lat towarzyszył nam wśród wielu potrzeb życiowych w zaprzęgu  i pod siodłem, jako siła robocza w pracach polowych i transportowych, jako pomoc w boju, sporcie i rekreacji, prawdziwy przyjaciel w życiu prywatnym i w pracy, świadectwo prestiżu i zamożności, zaspokojenie potrzeby piękna, hodowli i hobby. Chyba nie ma innego zwierzęcia, wobec którego człowiek miałby tak ogromny dług wdzięczności. Jeszcze istnieje pokolenie, które pamięta, że Polska była konną potęgą w Europie. Kataklizmy dziejowe utrwaliły pewne krzywdzące sytuacje, które dziś można by spróbować naprawić, gdyby znalazł się odpowiedni miłośnik tematu...Dla przykładu: warto zbadać możliwość przywrócenia pewnej zapomnianej populacji koników. Zyskałaby na tym branża turystyczna i region, dołożono by cegiełkę do przywrócenia tradycyjnego charakteru Mazowsza Kurpiowskiego. Oto co pisał Chętnik: „Kto nie lubił nad Narwią koników, zwanych „kurpiowskimi” ? Niezbyt wielkie, ciemnokasztanowate lub rzadziej - siwki…o cienkich nogach i niewielkich łbach, słynęły z rączości i wytrzymałości… A jak biegały! nie było dla nich ni leśnych korzeni ani piachu po pęciny, cwałowały wszędzie jak po szosie, drepcząc prędko i parskając dla zachęty. A jakie to były konie odważne, jak się umiały bronić przed wilkami”. Ich niezwykła inteligencja pozwalała dawać sobie radę „na kiepskich, poplątanych drogach leśnych i łąkowych, w dzień czy w nocy, więc bywało, że furmani puszczali lejce zdając się wyłącznie na ich instynkt. Jak pisze w monografii „Kurpie - Puszcza Zielona”  M. Biernacka: „Wg licznych informacji miejscowej ludności ta odmiana koni zaginęła w czasie I wojny światowej". Potwierdza to Chętnik: "Kiedy Niemcy zobaczyli, że miejscowe na pozór nędzne stworzonka są wytrzymalsze, zabrali prawie wszystkie koniki kurpiowskie na potrzeby swojej armii”… Jakie mogły być dalsze losy tych koników ?

Bolesław Deptuła
wt, 23 marca 2010 14:27
Data ostatniej edycji: 2010-03-23 14:45:29

Narew po brzegi

Nadmiar ołowianego nieba, na którym „nic się nie dzieje” jest niepożądany w fotografii pejzażowej. Tutaj jednak trzeba było podkreślić dominującą szarość dnia i - przyciemniając filtrem niebo - dać przeciwwagę dla szeroko rozlanej rzeki… Oto nieprzewidywalna Narew. Może zmienić się nie do poznania, tworząc gigantyczne jezioro w rozległej pradolinie (jak na fotografii.) Ilu z nas pamięta słynną „powódź stulecia”- gdy szosą za Nowogrodem pływano łódkami, Stadion przy ul. Zjazd pokryła tafla wody, a nawet część Grobli Jednaczewskiej została zatopiona ? Gdyby pracownicy Skansenu w porę nie połączyli młyna hakami do pali, na których stał - to młyn po prostu spłynąłby z nurtem… Panuje opinia, że my się już od prawdziwej zimy i jej skutków odzwyczailiśmy. Dziś jak twierdzą znawcy, po długotrwałej i śnieżnej zimie główna fala może pojawić się nawet w kwietniu lub maju… Krótkotrwały szacunek dla rzeki powraca gdy nagły splot okoliczności przyniesie kataklizm. Nierówne odcinki względnego spokoju: po 1967 r. na 12 lat i potem przerwa na 30 lat mogą uśpić czujność - zapomina się o potędze Narwi. Wyobraźmy sobie trudność planowania, np. bulwarów: projektant spoza Łomży może nie docenić skali i gwałtowności żywiołu zmiatającego wszystko na swej drodze. Dlaczego zarzucono dyskusje z mieszkańcami i wodniakami ? W tej sytuacji doszło do paradoksu: raczej słychać radość, że czegoś nie zrobiono, przynajmniej „nie zdążono zepsuć bardziej brzegów Narwi”. Dominuje optymizm, że w przyszłości  w oparciu o porozumienie z mieszkańcami uda się przywrócić rzekę miastu, przy zachowaniu jak najdłuższych naturalnych odcinków nabrzeża. Od lat mówi się rzeczy oczywiste: jak najmniej betonu z maskowaniem tego, co musi być zepsute, nie ingerowanie w prawy brzeg z „ptasim rajem” (dyrektywa siedliskowa UE) naprzeciwko przystani wodnej, nie łudzenie  mrzonkami z zalewem turystycznym tuż przy rzece, bo szybko zamieni się w cuchnący basen, którego czyszczenie będzie nieopłacalne itd. Czy dziś zwycięży  rozsądek i wyobraźnia przy zabudowie brzegów ? Z monografii Łomży Donaty Godlewskiej możemy się dowiedzieć, że duże powodzie nawiedziły miasto w latach 1600, 1631 i wtedy: ”woda zniosła groblę i mosty na Narwi”… Czy będziemy mądrzy przed szkodą ?

Bolesław Deptuła
śr, 24 lutego 2010 07:44
Data ostatniej edycji: 2010-03-07 16:01:01

Motyw ze spaceru

Szczęśliwi ci, co potrafią się cieszyć pięknem zimy. Fotografia to także zabawa - światłem i formą. Tutaj motyw bramy, wejścia w inny świat - poprzez nadmiar szczegółów stał się zapowiedzią czegoś tajemniczego, niepokojącego. Mocne słońce dało możliwość cyfrowego przetworzenia obrazu w czytelną akwarelę… W efekcie powstała bajka zimowa - odrealnienie motywu pozwoliło wyjść poza schemat zwykłej dokumentacji, w stronę piktoralizmu fotograficznego. W przypadku tego Autora, zajmującego się na co dzień malarstwem pejzażowym - olejnym i akwarelowym, poszukiwania formalne są zrozumiałe, zwłaszcza jeśli fotografia pomocna jest w postaci szkicu do obrazu.

Bolesław Deptuła
śr, 10 lutego 2010 20:18

Łomżyńska zima

Nie zauważa się tematów do fotografii w zasięgu ręki, a mogą to być prawdziwe dzieła sztuki stworzone przez Naturę. Oświetlenie w zwykłym szarym zimowym dniu może dać w efekcie banalną dokumentacją. Groźne, zabójcze piękno mrozu będzie bardziej dramatyczne, jeśli zadbamy o kontrastową grę świateł, w tym przypadku: ostrego słońca. Oczywiście takie ukwiecone mrozem szyby łatwiej znaleźć w oknach drewnianych, to dodatkowe ulotne piękno i urozmaicenie naszej dawnej architektury.

Bolesław Deptuła
nie, 24 stycznia 2010 10:54

Łomża - Nowogród

Ten autobus do Nowogrodu nie dojechał i jak zawsze, Natura okazała się silniejsza… 4o lat od wykonania tej fotografii sytuacje ciągle podobne. Tylko tamci pasażerowie nieco egzotyczni: palta do samej ziemi i ciężkie kożuchy...Dzielny konduktor przytrzymujący służbową torbę z forsą i biletami, zagrzewający pasażerów do przepchania samochodu w zamieci śnieżnej… A dziś?  A.D. 2010, kierowca rusza do Warszawy z opadającymi  drzwiami w super nowoczesnym autobusie, wyprodukowanym ponoć w Hiszpanii - dobrym na ciepłe kraje… Co parę kilometrów postój i beznadziejne próby uruchomienia zamarzniętych drzwi. Wyprawa do Stolicy trwa prawie 4 godziny. Zanim pneumatyka zadziałała… drzwi w czasie jazdy podtrzymywał jeden z pasażerów. Wyobraźmy to sobie: w zadymce, zacinającym śniegu wpadającym co chwila do środka, wszyscy powoli sztywnieją w fotelach… Czy ktoś po latach da wiarę przygodom na mazowieckich drogach ?

Bolesław Deptuła
so, 09 stycznia 2010 22:22
Data ostatniej edycji: 2010-01-10 12:07:28

Narwica do Narwi

Zima bywa łaciata, gdy na stalowo-granatowej Narwi pojawią się okrągłe plamy kry. Chętnie sie wraca do takiej fotografii, na której coś się dzieje. Przy szukaniu motywu warto przymrużyć oczy dla wyważenia  walorów tonalnych przestrzeni. Przeciwwagą kompozycyjną dla ciemnego koryta rzeki stała się biel brzegu. Odpowiednikiem płynącej kry są plamy suchych traw i krzaków. Zwartość tematu uzyskano dzięki proporcji jasne-ciemne ale pozostawienie w kadrze fragmentu lewego brzegu dodaje dynamizmu i zamyka obraz lekką asymetrią. Przyjęto plan szachownicy, stąd u góry zamknięcie kompozycji dwoma prostokątami: części łąkowej i zadrzewionej. Zdrowy rozsądek nakazał zachowanie umiaru w podziale obrazu.

Bolesław Deptuła
nie, 20 grudnia 2009 13:25

Sprzedawca wędek

Reportaż może krzyczeć treścią i nie trzeba do tego wybuchających samochodów, ani serii obrazów: najtrudniej zmieścić temat w jednym. Oto kwintesencja prawdziwej Łomży - tak było za komuny, tak jest po jej rzekomym upadku odtrąbionym dla uśpienia patriotów: tu nie dorobisz się na własnej przedsiębiorczości. Milionerem najłatwiej zostaje urzędnik. Przyzwoity nie oczekuje złotej rybki, a wędkę sam zrobi - wystarczy mu nie przeszkadzać. Kto pamięta los tzw. „prywaciarzy” tępionych w PRL-u ten współczucie łączy z szacunkiem. Przedwojenne wychowanie i zasady przetrwały w zaniku, dodatkowym utrudnieniem peryferia cywilizacji europejskiej. Na Dziki Wschód nie da się przenieść szlachetnej poetyki westernowej…Od strony artystycznej fotografia jest wzorem do naśladowania. Wycelowanie obiektywu na murek w tle, połączyło dwa mocne punkty obrazu: sprzedawcę i jego towar, a uciekająca perspektywa w lewo nie wyprowadza naszego wzroku za kadr, raczej daremnie oczekujemy z tamtej strony nadejścia nabywcy… Samotność sprzedawcy  podkreśla tłum za jego plecami, kłębiący się pod Halą Targową, niedaleko ulicy Rządowej… Ubiór żołnierski był jeszcze długo po wojnie strojem wyjściowym. (Pamiętam dom rodzinny i nie mogę odżałować, ze nie uprosiłem Ojca aby swoje oficerki zostawił synom na pamiątkę…Jeszcze ćwierć wieku po wojnie stały na baczność w szafie, usztywnione drewnianymi  prawidłami)...Ryb było w Narwi dostatek, ale za dobrą, smukłą witką leszczynową trzeba było się nachodzić. Nadmierna niedostępność i zakrzaczenie to przekleństwo dopiero naszych czasów. Dawniej brzegi rzek ciągnęły się przestrzeniami zielonych łąk i piaszczystych plaż . Wydawało się, że tak trudno to zepsuć…

Bolesław Deptuła
wt, 01 grudnia 2009 08:30

Jesienna Narew

Pejzaż to dla wymagającego fotografa prawdziwe wyzwanie. Niełatwo stworzyć coś przyciągającego wzrok na dłużej, coś zawierającego oprócz widoku miejsca pewien dramatyzm chwili. W tym przypadku udało się trafić we właściwy moment o właściwej porze - gdy trzeba było działać szybko, bo niesamowite ostre oświetlenie zaistniało na krótko. Od strony „kuchni fotograficznej” to był gwałtowny przypływ adrenaliny. Zaskoczenie z nagłego pojawienia się tak oszałamiającego światła w szarości pochmurnego wieczoru, zmusiło do wyścigu z chowającym się słońcem w tempie reporterskiej akcji, bez szansy na wybór najlepszej kompozycji z kilku ujęć. Stres? czy łut szczęścia? - dało w efekcie decyzję najlepszą z możliwych… i za chwilę wszystko znikło. Strzał udało się wykonać w trakcie wiosłowania, w ułamku sekundy na położenie wiosła, gdy kajak tracił rozpęd w momencie „przeskoku” na drugi brzeg przed kolejnym zakrętem, ułatwiającym podróż odcinkami Narwi - co jak wiadomo, po uzyskaniu pewnej wprawy, daje miłośnikom sportów wodnych możliwość szybkiego poruszania się pod prąd…

Bolesław Deptuła
śr, 04 listopada 2009 19:15

Widok z okna

Zdarza się, że sam twórca nie chce lub nie potrafi nabrać dystansu do swojej pracy, nie potrafi ocenić swoich fotografii - stąd czasem targany wątpliwościami zastanawia się nad sensem dalszych poszukiwań twórczych. Fotografuje jak mu intuicja podpowiada, ale gdy minie euforia z udanego polowania - nadchodzi zwątpienie w oryginalność spojrzenia. Wtedy cenne są uwagi życzliwego kolegi, bo dają szansę na krytyczny osąd i wskazanie szczególnych cech obrazu, składających się na to „nieuchwytne coś”, co nadaje indywidualny rys naszym fotografiom. Pamiętam rozmowy z doktorem Czyżewskim i sądzę, że rozumiałem Jego sposób widzenia. Miło jest powrócić do zdjęć, które przetrwały próbę czasu. Szkoda, że nie zachowały się oryginalne negatywy, stąd do dyspozycji są tylko słabsze jakościowo odbitki z archiwum Towarzystwa Fotograficznego… Zauważmy jak pysznie Autor zmusza nasze spojrzenie aby wędrowało w dół od dzwonnicy - która jest tu niewątpliwe mocnym punktem, choć na uboczu kadru - do ciemniejszego niczym obramowanie, narożnika budynku z prawej strony a potem podnieść nasz wzrok ale już zygzakiem przez fantazyjnie skręconą plamę cienia by przez ukośny dach kamienicy powrócić do tej perły łomżyńskiej architektury, zamykającej kompozycję; w rezultacie Autor umiejętnie wykorzystał elementy światła i cienia do wywyższenia  dzwonnicy i zbudowania  łączności z otoczeniem - między „dawnymi i nowszymi czasy”.

Bolesław Deptuła
so, 17 października 2009 18:29

Narew

Pożegnanie lata nad Narwią. Warto szukać zamknięcia kompozycji w domyślne ramy, tu udało się zrównoważyć ukośną linię fal rozcinanych łodzią, trzciną nachyloną pod tym samym kątem, co połączyło wszystkie elementy  obrazu w zwartą opowieść o ulotnej chwili powrotu do domu. Charakterystyczna dla naszej Narwi wysoka skarpa, zamieszkała  - jakżeby inaczej: przez jaskółki brzegówki, już zaczynająca zmieniać światło od słońca chylącego się ku zachodowi... Oddalający się perkot motorka i znowu cisza, w której słychać przelot ważki…

Bolesław Deptuła
cz, 01 października 2009 19:37

Słonecznik

Są wśród nas miłośnicy fotografii, „polujący” na wyjątkowe okazje, zmagający się samotnie z wyborem najlepszego kadru, oświetlenia… inaczej postrzegają świat, szukając piękna. Dla fotoamatorów największą wartością jest radość tworzenia i dzielenia się nią. Bardziej doświadczeni nie zrażają się, że „wszystko już było” bo „wszystko” można zrobić inaczej - po swojemu. Mamy do pokonania wiele pułapek np. pokusę łatwizny. Kiedyś rzemieślnik tak przykładał się do pracy, że zwykłą dokumentację zamieniał w dzieło sztuki portretowej. Gdy nastąpił podział na fotografię rzemieślniczą i artystyczną - ta stała się domeną amatorów,  choć niektórzy chcą być od razu artystami bez opanowywania podstaw rzemiosła… Dylematy pozostały te same: umiejętność właściwego wyboru… „patrzę” nie zawsze oznacza „widzę”… Nawet odpowiednia szkoła nie tworzy automatycznie artysty, bo jak ktoś ładnie powiedział: „Artystą się bywa…” Na tej drodze przydatne jest ustawiczne samokształcenie i podglądanie dzieł mistrzów. Np. mimo upływu ponad 30 lat od powstania prezentowanej fotografii słonecznika, jest to nadal radość dla oczu i lekcja stylu sprzed epoki cyfrowej. Autor wydobył z tła koronę słonecznika, podkreślając temat wyborem odpowiedniego oświetlenia i kompozycji. To wynik eksperymentów z materiałami Agfacontur, dzięki którym dr Bolesław Czyżewski z Łomży (1926 - 1976) uzyskał fotografie porównywalne z efektami dzisiejszej grafiki komputerowej.

Bolesław Deptuła
so, 19 września 2009 12:53

 
 
4lomza.pl Regionalny Portal Copyright © Speed s.c. 2005r - 4too v.1.0