poniedziałek, 05 grudnia 2016 napisz DONOS@
Wyszukiwarka
Wczytanie

Człowiek orkiestra Limboski w Pikoterii

Tradycyjny akustyczny blues z delty Mississippi. Alternatywny rock. Przebojowe, inspirowane folkiem i muzyką etniczną piosenki. Zakręcone, często ironiczne teksty. To wszystko i jeszcze więcej zaprezentował Michał „Limboski” Augustyniak podczas solowego recitalu w herbaciarni Pikoteria. Do oczarowania publiczności i porwania jej do zabawy wystarczyły mu głęboki, niski głos, gitara, basowy bęben, looper i pełna humoru, specyficzna konferansjerka.
– To był kameralny koncert, a tańce i rozebrane kobiety mogą być, ale nie muszą – mówi Limboski. – Dzisiaj nikt się nie rozebrał, ale i tak się fajnie grało!

Solowa trasa klubowa Limboskiego odbywa się pod hasłem „One man madness” i nie ma w tych słowach ani cienia przesady. Artysta związany od lat z krakowskim środowiskiem muzycznym spełnia się bowiem w kwartecie Limboski, chętnie występuje w duecie z harmonijkarzem Łukaszem Wiśniewskim, ale dopiero solowe występy, jak ten wtorkowy w Łomży, pokazują pełnię jego talentu. Kiedy Limboski sięgnął po czerwonego Gretscha wprowadził słuchaczy w świat muzyki pełnej emocji, bardzo tradycyjnej, ale przefiltrowanej też przez współczesne dokonania Toma Waitsa, Nicka Cave'a,  Jacka White'a, Mariusza Lubomskiego, Macieja Maleńczuka czy Raz Dwa Trzy. Śmiało łączył gatunki, przechodząc od bluesowego korzennego pulsu do dynamicznej, pełnej zgiełku i sprzężeń solówki w „Pieśni o Lizbonie” czy w „Nie poddawaj się”. W przebojowe piosenki wplatał folkowe akcenty, tak jak w „Mandarynkach”, sięgał po różne instrumenty perkusyjne, sprawiając przy tym wrażenie, że sam też doskonale się bawi rozwojem sytuacji.
– Staram się grać takie koncerty, żeby mnie one też czasem zaskakiwały i żeby mi się podobały – podkreśla Limboski. – A każda piosenka może być zagrana w różnych stylach, reprezentować różne style i do różnych stylów się odwoływać. Dlatego tak naprawdę to pole nie jest ograniczone, że jest tylko jedna osoba z gitarą i bęben. W miarę rozwoju sytuacji, w zależności od tego, jaka jest atmosfera na koncercie, można dotykać różnej muzyki.
Oprócz piosenek z właśnie promowanej płyty „Verba Volant”, z przebojowym „Czarnym sercem” na czele, Limboski wykonał też zaskakującą „Pieśń z Mongolii”, opartą na tamtejszym śpiewie gardłowym w której zagrał smyczkiem, w innych utworach też chętnie improwizował, korzystając z zapętlonych w looperze, chwilę wcześniej nagranych fragmentów.
– Dzięki temu zdarzają się nowe rzeczy, coś może nas zaskoczyć – wyjaśnia Limboski. – Czasem jest to zegar, tak jak dzisiaj, albo płaczące dziecko, kłótnia, nieukrywane niezadowolenie publiczności – to wszystko ma znaczenie, jak się gra solo, bo kiedy gram w zespole czy w duecie wygląda to już inaczej.
O bluesowych korzeniach artysty przypomniały dwa standardy mistrzów gatunku: „Washington D.C” Skipa Jamesa oraz „Keep Your Lamp (Trimed And Burning)” Blind Willie'go Johnsona z popisowymi partiami slide.  Bis też był zaskakujący, bowiem artysta zaśpiewał a cappella przejmującą pieśń w klimacie world music, wielokrotnie zapętlając i nakładając na siebie partie wokalne, co sprawiło wrażenie, że śpiewa cały chór, a nie jeden człowiek.
– Już się nie chowam za aranżacje czy instrumenty, dawno zrezygnowałem z tego na scenie – mówi Limboski. – Dzięki temu docieram do ludzi, poza tym uważam, że jeśli jest się już na tej scenie, to po coś. Nie po to, żeby wykonać piosenkę z płyty na żywo, ale żeby zaistniał jakiś przepływ energii. Dlatego trzeba wykorzystać to, że jest się samemu i łatwiej nawiązać ten kontakt, niż gdy gra się z zespołem, jest większa bariera pomiędzy sceną a publicznością.

Wojciech Chamryk
Zdjęcia: Elżbieta Piasecka-Chamryk


161121091207.gif
cz
śr, 08 kwietnia 2015 08:12

 
161109032208.jpg
Zobacz także
 
4lomza.pl Regionalny Portal Copyright © Speed s.c. 2005r - 4too v.1.0