wtorek, 06 grudnia 2016 napisz DONOS@
Wyszukiwarka
Wczytanie

Ostatni rejs - „Bona” odpływa z Łomży do historii

- Dunajec dużo piasku do Wisły nanosi, dlatego trzeba dno pogłębiać, urobek ten na barki ładować i wywozić gdzieś dalej w ląd – tłumaczy Stanisław Stankiewicz, który kupił statek pasażerski „Bona” w Łomży. W czwartek wczesnym południem odpłynął z trzema pracownikami na pokładzie, ażeby powiększyć swoją flotę, w której ma: dwa pchacze, barkę i prom transportowy. Pogłębia Wisłę i w ubiegłym roku wypatrzył „Bonę”, jak stoi samotna przy brzegu Narwi w Łomży. - Teraz „Bona” daleko zarobi na pewno na utrzymanie, będzie pchaczem na Wiśle, popychając barki z urobkiem...

Środowy poranek. Mroźny wiatr zacina od fortów w Piątnicy. Marszczy się sina siatka fali na rzece. Narew o ponad metr niższa niż rok temu. Po drugiej stronie nad wodą biegnie równolegle do tafli szaro-brunatny pas odsłoniętej ziemi. Znak, że nie było zimą śniegów, więc na wiosnę i rozlewiska, jak na „polską Amazonkę” przystało, też nie ma. W takiej scenerii na kamiennym nabrzeżu bulwaru obok Portu Łomża odcina się sześć lat historii żeglugi narwiańskiej. Marzenia odpływają z „Boną”.

Marzenia w zderzeniu z rzeczywistością
Marzenia miał Wiesław Szczubełek, rodowity łomżyniak znad Narwi, remontujący wiosną 2008 r. z kolegami zardzewiałą barkę, sprowadzoną rzekami i kanałami w 12 dni z Odry w Opolu nad Narew do Łomży. Prawie 20-metrowe, błękitno-białe cacko o wadze 20 ton i zanurzeniu 60 cm popływało ledwie pięć sezonów, których poprzedni właściciel nie uważa za udane: brakło klientów i pieniędzy, by dokładać do statku, na remont, konserwację. Tłumów nie było. Łomża nie potrzebowała „Bony”.
Co i rusz pojawiające się apele środowiska żeglarskiego i wodniackego, żeby władze województwa i miasta poważnie zajęły się udrożnieniem Narwi – padały na podatny grunt. Oficjele różnych opcji chętnie wygrzewali się w wyobraźni na jachtach sunących majestatycznie z Warszawy aż po Wiznę. Składali mnóstwo obietnic, które okazały się oceanem pustosłowia. Kilkanaście milionów złotych, jakie utopiono w Porcie Łomża, do którego nie można dopłynąć, to pomnik marnotrawstwa w Unii.
- Wisła ma niedużo lepiej, od 30 cm na mieliznach po osiem metrów na głębokości – ocenia Janusz Skowron, 50-letni kapitan „Bony” z ponad 30-letnim doświadczeniem z barek, promów i statków pasażerskich na Odrze i Wiśle, jest absolwentem Technikum Żeglugi Śródlądowej we Wrocławiu. Poprowadził statek „Bona” krótszym szlakiem, niż kiedy ówczesny holownik „Jagiełło” do Łomży przypłynął: z nurtem Narwi ok. 200 km do Warszawy i około 150 km pod prąd Wisłą do Opatowca Świętokrzyskiego, w okolicy którego górski Dunajec nanosi coraz to nowe tony piasków i żwirów.
- Odkąd zniknęła Żegluga Krakowska, nie ma komu dbać o spławność Wisły, mało nas, na palcach jednej ręki można policzyć – wystawia rękę Stanisław Stankiewicz, wchodząc po wąskim trapie na pokład już swojej „Bony”, gdzie uwija się trzech robotników. Coś sprawdzają, dokręcają, ustawiają. - Aby przebrnąć te wszystkie urzędy to rok trzeba czasu cierpliwości: RZGW, urząd marszałkowski i urzędy gminne, ochrona środowiska i sanepid, i geodezja... Trzeba mieć do tej pracy przekonanie.


Mało kto żegna „Bonę”, gdy jeszcze jako dumny statek pasażerski, a nie holownik czy tym bardziej pchacz, odpływa sobie wolno w siną dal, meandrując w kierunku starego mostu w Piątnicy. Kapitan Portu Łomża Ryszard Nawrocki zagwizdał na pożegnanie, dzwon portowy bił smutno, a komandor stowarzyszenia wodniackiego Zdzisław Kopańczyk zastanawiał się, co dalej z żeglugą nad Narwią dziać się będzie albo i nie, jeśli rzeka będzie niska, a ludzie bezczynni. Kilka osób pomachało ręką.

Mirosław R. Derewońko

cz
pt, 13 marca 2015 17:07
Data ostatniej edycji: 2015-03-13 17:51:28

 
 
4lomza.pl Regionalny Portal Copyright © Speed s.c. 2005r - 4too v.1.0