środa, 07 grudnia 2016 napisz DONOS@
Wyszukiwarka
Wczytanie

„Ksiądz Jerzy Popiełuszko mówił to, co każdy Polak czuł...”

Trzydzieści lat temu Polska przed telewizorami zmartwiała. W „Dzienniku Telewizyjnym” jedynej wówczas państwowej telewizji pojawiła się enigmatyczna informacja o tajemniczym zaginięciu czy porwaniu kapelana warszawskiej „Solidarności”, dziś błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki (1947 – 1984), m.in., duszpasterza akademickiego i środowiska medycznego, zapamiętanego jako płomienny kaznodzieja mszy św. za Ojczyznę na Żoliborzu w Warszawie i w całej Polsce. O swojej pięcioletniej wędrówce przez życie przyszłego świętego opowiada dr Wojciech Bąkowski z Łomży. +

To  było pod koniec września 1979 roku, w tamtej epoce przed „Solidarnością”... Poznałem Księdza Jerzego jako duszpasterza studentów w kościele akademickim pw. św. Anny w Warszawie, kiedy to odprawiał mszę św. w niedzielę o godzinie 21... Potem zaczęły się msze dla robotników, dla ludzi świata pracy, gdy odprawił mszę w którąś z niedziel 1980 roku podczas strajku w Hucie Warszawa. Był wtedy młody, miał 32 lata, był więc niewiele starszy od nas... Jaki był..? Szybki, dynamiczny, zwracał się do nas po imieniu, ale po koleżeńsku, nie po kumpelsku. Poznawszy kogoś, zaczynał zwykle mówić po imieniu, lecz sam trzymał dystans, wiedział przecież dobrze, że jest księdzem... Miał coś w sobie „magnetycznego”... Potrafił ludzi ująć, z przyjemnością się z nim rozmawiało i dyskutowało. Prowadził konwersatoria dla studentów, wykładowców  i pracowników uczelni, ale robotnicy również zapamiętali go bardzo pozytywnie. Jak ktoś go poznał, to chciał mieć kontakt, zwłaszcza tacy, którzy więcej poszukiwali, rozmyślali, czytali... Ksiądz Jerzy łatwo też nawiązywał kontakty z dziećmi, młodzieżą, dorosłymi czy staruszkami. Był jak magnes, przyciągający ludzi do siebie indywidualnie, ale i w grupie, dzięki czemu powstawały między nami więzi; on zajmował się budowaniem naszego środowiska. Konwersatoria  to były jakby takie „lekcje religii”, tylko na dużo wyższym poziomie, dla studentów. Czasami odwiedzali nas różni ludzie, ze względów politycznych odsunięci od pracy z młodzieżą, na przykład, prof. Włodzimierz Fijałkowski z Łodzi i dr Emilia Paderewska – Chrościcka z Warszawy, omawiający zagadnienia z pogranicza etyki lekarskiej, czy ostatni badacz całunu turyńskiego...

Ksiądz Jerzy miał na nas dobry wpływ, a jego oddziaływanie nazwałbym nawet charyzmą... Trudno mi to zracjonalizować, trudno wyrazić słowami, ale tak było. Zachowywał się jak przeciętny ksiądz, a koledzy z jego lat szkolnych wspominali, że był skromny i średnio się uczył... Nigdy w życiu bym nie powiedział, że to będzie święty, że to ideał świętości... Już szybciej Stanisław Kostka, którego w szkole szczypano, dziobano, kopano, a on przebaczał... Faustyna Kowalska wtedy jeszcze znana nie była... Władysław z Gielniowa miewał lewitacje, Ojciec Pio bywał w kilku miejscach naraz, Maksymilian Kolbe życie oddał w Oświęcimiu za Franciszka Gajowniczka... Takich darów ksiądz Jerzy chyba nie miał, ale miał inny dar niezwykły: jeśli się go o coś poprosiło, na przykład, o jakieś lekarstwo, to potrafił wydobyć spod ziemi, chociaż miał tyle spraw na głowie... W tamtej ponurej, szarawej i biednej na ogół zwyczajności PRL-u ksiądz Jerzy był nadzwyczajny. Zapewne nie ja jeden w tamtych latach byłem mu bliższy i on nam był bliższy przez to, że silne opozycyjne środowiska studenckie, medyczne czy robotnicze dopiero się budziły, wykluwały i tworzyły podwaliny pod mającą powstać „Solidarność”. Ja byłem już z księdzem dla tych, którzy przychodzili później masowo do duszpasterstwa przy kościele pw. św. Stanisława na Żoliborzu, gdzie księdza przeniesiono jako rezydenta w maju 1980. Weszliśmy w nowe środowisko z nim i nowe środowiska z nim przygotowywaliśmy do wzięcia odpowiedzialności za tę wolność...

Nie ma chyba takiego Polaka, który by nie słyszał zawołania „Zło dobrem zwyciężaj”. Wzięte jest z nauczania św. Pawła, ale każdy kojarzy je z postacią księdza Jerzego, po którym przetrwały kazania za Ojczyznę, najsławniejsze, wygłaszane jako rozważania różańcowe w Bydgoszczy, krótko przed porwaniem księdza Jerzego przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Ksiądz wygłaszał wiele kazań w stanie wojennym podczas licznych mszy świętych za Ojczyznę w żoliborskim kościele, gdzie wsparciem dla przyszłego błogosławionego, a może i świętego męczennika był proboszcz ks. Teofil Bogucki (1908 – 1987). W tych tekstach, zachowujących aktualność i nabierających nowego znaczenia obecnie, ksiądz mówi o godności człowieka i pracownika, o sprawiedliwości społecznej, o prawach i wolności ludzi... Nie miał specjalnego wykształcenia filozoficznego, a zadziwiał myślą.

19. października 1984... Kiedy wracał do Warszawy, został porwany, uprowadzony, zmaltretowany bestialsko, wrzucony do Wisły koło Włocławka, żywy czy już nieżywy... Dla ludzi, którzy wrażliwi są na słowo, będzie symptomatyczne, że to się stało już po takich jego słowach jak w Bydgoszczy... Mord potworny, a potem napływają powoli informacje rozłożone w czasie... TVP 20. października podała, że coś się stało z księdzem Jerzym, bo kierowca Chrostowski zawiadomił milicję. Nie żyje – dopiero bodajże 30 października ogłoszono... Co się wtedy działo w umysłach i sercach Polaków, kiedy dotarła okrutna prawda, że jednak. Nie żyje. Nie wiadomo, ilu ludzi było na pogrzebie, może z pół miliona... Ponad 20 milionów pielgrzymowało do grobu księdza Jerzego przez te 30 lat... Jak papież Jan Paweł II mówił do nas i mówił za nas, tak samo mówił ksiądz Jerzy: pokrzywdzonym, wyrzuconym z pracy, bezrobotnym, więzionym, głodnym, biednym, cierpiącym rodzinom... Nie było wolności słowa w prasie, radiu i telewizji, wszak Internet nie istniał. Była wolność w ustach natchnionego księdza, prześladowanego, zastraszanego, przesłuchiwanego w pałacu Mostowskich. Był przygotowany na wszystko, nieraz słyszał, że zginie. Ale mówił głośno to, co każdy Polak czuł. Krzyczały biało-czerwone transparenty: „Pamiętamy!”, „Oddajcie nam Księdza Jerzego!”... A Lech Wałęsa powiedział na pogrzebie ks. Jerzego Popiełuszki 3. listopada 1984 r., że „Solidarność” żyje, bo Ty za nią oddałeś życie, Niezapomniany, Kochany i Błogosławiony Księże Jerzy... Dziękujemy...

Doktora Wojciecha Bąkowskiego wysłuchał i wspomnienia spisał Mirosław R. Derewońko

161121091207.gif
cz
wt, 21 października 2014 08:35

 
 
4lomza.pl Regionalny Portal Copyright © Speed s.c. 2005r - 4too v.1.0