Wielkie sekrety małych mężczyzn, czyli fantazmat, a więc XX WALIZKA - dzień drugi
Zwracam uwagę na spektakl „Mojo i Mickybo” Teatru Krypta. Ta Krypta to w rzeczywistości mała salka na ok. 40 osób ze scenką może 3 na 4 metry w Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie. Tam zgłosił się Paweł Niczewski (odtwórca współtytułowego Mojo), aktor Teatru Współczesnego, który z „Dialogu" (pismo teatralne) wybrał sztukę, jaką mogliśmy obejrzeć w za dusznej – niestety, tak od lat... - sali na drugim piętrze MDK-DŚT. Że spektakl jest już obsypany nagrodami na konkursach dramaturgii w Szczecinie, Bydgoszczy i Łodzi – wiecie na razie Państwo...
Zwracam uwagę na dwóch głównych bohaterów - chłopców (granych przez ponad 30-letnich mężczyzn), którzy dojrzewają w Belfaście początku lat 70. Wtedy w Irlandii strzelają w głowy również katolikom tzw. Oranżyści, protestanci. Kula dosięgła ojca Mickybo, przyjaciela Mojo. Wtedy było strach przyznać sie do swego wyznania, ale „odważni” nocami podrzynali śpiącym gardła.
O tym jest ta historia: historia dwóch przyjaciół, młodzieniaszków na dwóch krańcach ulicy religijnej i terytorialnej (Mickybo gra Grzegorz Falkowski). Po perypetiach okresu dojrzewania (pierwsze papierosy, podrywy, wyprawy) właśnie Mickybo zdradzi Mojo pod pretekstem wmówionej kradzieży roweru, żeby wrócić po śmierci ojca do „swoich z tej samej ulicy”: tępych, chamskich i prymitywnych katolików. Chociaż wcześniej byli razem w szałasie z przekonaniami i bez uprzedzeń religijnych.
W kogo na scenie - bez żadnych dekoracji, dosłownie – się przemienią...? Gdy uruchomią wspomnienia...? Na naszych oczach, gdy Moyo będzie jak Sundance Kid, a Mickybo jak Butch Cassidy z kultowego westernu z roku 1959...? W chłopców rzucających kaczki nad rzeką, krztuszących się pierwszymi fajkami czy budujących szałasy „przyjaciół" z tej samej ulicy (ale za mostem). Mojo ma matkę małomówną i wciąż pijanego ojca; Mickybo na odwrót: tak gadatliwą i infantylną - dla syna, którego tato pomiędzy wyprawami w pojedynkę na tańce - mijają lata... - karmi lodami samotności i złudzeń co do jakichkolwiek uczuć albo częstuje nokautem... Chłopcy będą w młodości wierzyli, że są jak kowboje z westernu i opowiadać, jak to było na filmie, a potem... A po kilkudziesięciu latach na ulicy w Belfaście miną się obojętnie.
Ludzie mają fantazmaty, nawet jeśli tego słowa nie rozumieją. Jest coś w naszej ludzkiej naturze, że napotkamy i odkrywamy przy tym dylematy: (nie) każdy może być kowbojem. Zatem nie tylko ja, ale i jury będzie miało „główkowanie". „Mojo Mickybo” w reż. Wiktora Rubina Teatru Krypta stwarza problem. Problem, co wybiorą jurorzy na kolejne 20 lat. Tradycyjne bajeczki czy życiowe opowieści...? To wymaga odwagi. I wyobraźni, w jakim kierunku WALIZKA ma się otwierać.
Mirosław R. Derewońko