Międzynarodowy Dzień Muzyki z legendą jazzu
Wybitny pianista Adam Makowicz ponownie wystąpił w Łomży. Z orkiestrą Filharmonii Kameralnej im. Witolda Lutosławskiego i Janem Miłoszem Zarzyckim porywająco wykonał utwory Fryderyka Chopina, jazzowe standardy i autorskie kompozycje, trzykrotnie bisując. Miał przy tym doskonałe wsparcie w orkiestrze, zwłaszcza w kontrabasiście Bogdanie Szczepańskim, który był dla legendarnego pianisty równorzędnym partnerem.
Niemal cztery lata temu Adam Makowicz wystąpił w Łomży po raz pierwszy, czego efektem był fenomenalny, blisko dwugodzinny koncert. Nic więc dziwnego, że Jan Miłosz Zarzycki zaprosił mistrza jazzowej improwizacji ponownie, a on, mając w pamięci i koncert, i poziom reprezentowany przez orkiestrę, nie kazał się długo prosić – zależało mu tylko na tym, aby w składzie znalazł się ten sam basista, z którym poprzednim razem ta dobrze mu się grało.
I chociaż Bogdan Szczepański po 40 latach spędzonych w łomżyńskiej orkiestrze jest już od sierpnia na emeryturze, na wieść, że liczy na niego mistrz Makowicz, zareagował w jedyny możliwy sposób, zgadzając się od razu. Tym sposobem orkiestra smyczkowa Filharmonii Kameralnej zagrała z dwoma kontrabasistami: jazzowym i klasycznym, czyli znanym już łomżyńskiej publiczności Karolem Cieślukiem. Co ciekawe, koncert wieczorny poprzedził szkolny dla licznie zgromadzonych dzieci i młodzieży, a Adam Makowicz chętnie wystąpił przed młodą publicznością, wykonując z orkiestrą aż cztery własne kompozycje, co dopełnił wspomnieniami. Podobnie było wieczorem, ale zanim na estradzie pojawiła się legenda światowego jazzu łomżyńscy filharmonicy wykonali Preludium e-moll op. 28 nr 4 oraz Walca cis-moll op. 64 nr 2 Chopina. Później królował już wyłącznie jazz, bowiem pierwszą część koncertu zapełnił wyłącznie Adam Makowicz, który zaprezentował, łącznie z bisem, aż osiem utworów. Potwierdził w nich wyborną formę, a przecież latem skończył 86 lat, co stawia go, wraz z o rok młodszym Włodzimierzem Nahornym, w gronie nestorów polskiej pianistyki jazzowej. Nie miało przy tym znaczenia, co grał: autorski „Satinwood”, błyskotliwe odczytanie Dvořáka, czy standardy Portera i Gershwina, bo w każdym z tych utworów zaznaczał temat, po czym oddawał się improwizacji, a z jego ust nie schodził uśmiech.
Kropką nad przysłowiowym i była imponująca wersja słynnego bluesa Theloniousa Monka „Blue Monk”, a był to przecież dopiero wstęp do drugiej części koncertu. Publiczność czekała na nią z niecierpliwością, chociaż liryczne „Moon River” w subtelnym opracowaniu na smyczki Dariusza Zbocha i z solowymi partiami koncertmistrzyni Izabeli Bławat-Leofreddi nie mogło się nie podobać. Główną częścią programu był jednak blok autorskich kompozycji solisty, „Composition no. 20 (Sopot 100)”, „Early June In Central Park”, „A Song From My Past” i finałowy, zakończony, podobnie jak w 2022 roku, zejściem orkiestry ze sceny, „Living High In Manhattan”, przedzielonych, skrzącym się od improwizacji, Preludium A-dur op. 28 nr 7 Chopina. Adam Makowicz i Bogdan Szczepański rozumieli się w nich doskonale, zresztą nieprzypadkowo ustawili się na scenie blisko siebie, a do tego fortepian był przesunięty na sam brzeg estrady, żeby kontakt z publicznością był jeszcze lepszy, niczym w jazzowym klubie gdzieś na Manhattanie.
Tym razem również nie zabrakło bisów, tak więc lepszego Międzynarodowego Dnia Muzyki nie można było sobie w Łomży wymarzyć. Po koncercie zadowolony Adam Makowicz podpisywał płyty i programy, a wcześniej dał się również namówić na krótką rozmowę.
Wojciech Chamryk: Jak doszło do tego, że po raz kolejny przyjechał pan do Łomży, żeby zagrać z orkiestrą Filharmonii Kameralnej?
Adam Makowicz: Dostałem zaproszenie, z czego wnoszę, że mam tutaj swoją publiczność, a mój job to jest przecież grać dla ludzi i dzielić się z nimi muzyką. A tutaj była też dodatkowa zachęta ze strony dyrektora naczelnego i artystycznego Jana Miłosza Zarzyckiego, tak więc przyjąłem to zaproszenie z wielką przyjemnością.
Czy miał dla pana znaczenie fakt, że ten poprzedni koncert został świetnie przyjęty przez publiczność, a panu dobrze grało się z naszą orkiestrą?
Zawsze mi się dobrze gra, a z tą orkiestrą bardzo dobrze (śmiech). To w większości młodzi ludzie, a ja lubię współpracować, jeśli tylko mam taką możliwość, z klasycznymi muzykami. Jestem szczególnie wyczulony na piękny dźwięk instrumentów smyczkowych, jest to więc dla mnie zawsze ogromna przyjemność, jak mogę z nimi grać.
Lubi pan wracać do miejsc, w których już pan kiedyś koncertował?
Zawsze chętnie wracam tam, gdzie jest chęć zorganizowania koncertu i gdzie jest dobry fortepian. Koncertowanie to jest sens mojego życia.
Kilkakrotnie nagrywał pan płyty z różnymi orkiestrami, choćby z Filharmonią Częstochowską pod świetnie tu znanym Jerzym Salwarowskim oraz Sinfonią Varsovią pod Krzesimirem Dębskim. Rozważyłby pan zarejestrowanie kolejnej, właśnie z Filharmonią Kameralną im. Witolda Lutosławskiego w Łomży?
Była już nawet rozmowa na ten temat, ale chodziło o znalezienie sponsorów. Bardzo chętnie, bo jestem teraz w Polsce, więc jeśli pojawiłaby się taka propozycja, a do tego byłoby porządne studio, to zrobiłbym to z ogromną przyjemnością.
Pamiętam, że przy poprzedniej bytności w Łomży nie czuł się pan najlepiej, ale bisy trwały dobre pół godziny, a do tego był pan zachwycony poziomem gry kontrabasisty Bogdana Szczepańskiego. Ucieszył się pan, kiedy okazało się, że jest on również w obsadzie dzisiejszego koncertu?
Oczywiście! Planując ten koncert myślałem o tym, żeby wśród dwóch kontrabasistów był taki, który orientuje się w świecie muzyki jazzowej oraz typowo klasyczny, bo potrzebuję też takiego pięknego dźwięku. Po raz pierwszy zetknąłem się z orkiestrą kameralną, gdzie jest kontrabasista na takim poziomie, grający równie swobodnie oba gatunki, muzykę klasyczną i muzykę jazzową, wiedzący doskonale, co to jest fraza, jaka jest konstrukcja utworu.
Momentami panowie nawet wspólnie improwizowaliście…
Tak, i to jest wspaniałe. Muzycy klasyczni opanowują materiał bardziej pamięciowo, świetnie czytają nuty à vista, gdzie do takiego odczytywania nut po raz pierwszy trzeba mieć naprawdę wyjątkowy talent, żeby muzyka zabrzmiała jak należy. Natomiast muzyk jazzowy ma trochę więcej swobody, może upiększać melodię, w zależności od tego, co będzie czuł, że w danym momencie jest to właściwe, co czyni wykonywany utwór kompletnym.
Nie jest to częsta sytuacja, że artysta takiej klasy jak pan gra koncert szkolny, dla dzieci i młodzieży. Chętnie przyjął pan propozycję, żeby pokazać jazz i klasykę również młodemu pokoleniu?
Jeśli jest taka chęć, a organizatorzy chcą i mogą zaprosić młodą publiczność, to ma to sens. Kooperacja muzyków klasycznych z muzykami jazzowymi jest ciekawa, poza tym to młode pokolenie wyrośnie i może dzięki takim działaniom będzie w przyszłości chodziło do filharmonii. Trzeba więc stwarzać taki klimat, żeby młodzież chętnie przekraczała próg tej pięknej instytucji muzycznej, edukować ją, żeby również w przyszłości chciała słuchać muzyki.
Co na tym etapie kariery wciąż napędza pana do tak intensywnego działania, naznaczonego licznymi koncertami i kolejnymi płytami, co w obecnych realiach wcale nie jest takie oczywiste? Ten głód muzyki wciąż jest w panu taki sam, jak w młodzieńczych latach?
To jest tak, jakbym cały czas ładował w sobie baterie (śmiech). Muzyka po prostu utrzymuje mnie przy życiu – jeśli nie mógłbym grać, to byłoby to dla mnie powolne umieranie
Wojciech Chamryk














