Płynie obok mnie. Felieton literacki
Wielokrotnie podkreślałem, że do Narwi mam romantyczne podejście. Znam ją od dziecka i wiem o niej dużo. Przez całe moje życie płynie obok mnie, ale i we mnie. Jej trwanie jest zbieżne z moim, choć ona jest w tym wytrwalsza niż ja.
Często w moich tekstach wędkarskich określałem Narew jako „ona”. Jakby miała swoją postać, wymiar ludzki, z którym wiąże się posiadanie uczuć, emocji czy nieprzerwanej chęci do życia. Dostawałem lekką reprymendę od redaktora naczelnego za poetycki wymiar tekstów, które powinny być stricte techniczne. Ale nigdy nie umiałem tego pominąć. Czasami mówiłem o niej: matka rzeka. Bo pamięta mnie jako małego chłopaka, który uczył się w niej pływać. W jej zimnym nurcie, który potrafił zaciągnąć mnie niebezpiecznie na środek. Nigdy nie zrobiła mi krzywdy. Zawsze umiałem z nią rozmawiać i się nią zachwycać.
Może właśnie dlatego, że znam ją od dziecka, patrzę na nią trochę inaczej niż większość z nas. My, Łomżyniacy, mamy przecież dużo szczęścia, mieszkając nad Narwią. Jest silnie związana z miastem. Tak mocno, że jej brzegi powoli stają się częścią miasta. Jest naturalnym elementem krajobrazu podziwianego z punktów widokowych, a także centralną częścią wielu pięknych zdjęć. Korzystamy z niej bezwiednie, snując plany o wykorzystaniu jej walorów przyrodniczych do promocji miasta.
Choć opieszałość w tych realizacjach całkiem mnie cieszy. Dzięki niej Narew nadal może pozostać rzeką niezmienioną ręką człowieka. Wolałbym, aby korzystać z niej po kryjomu. Nie mówić o niej głośno, jaka jest piękna. Zachować dla siebie jej szum i falowanie. Wiem, że to samolubne, ale tak czasami czuję.
Marzą mi się dawne czasy, kiedy weekendy spędzaliśmy na złotych plażach Narwi. Paliliśmy ogniska i patrzyliśmy w rozgwieżdżone niebo. Nigdzie nie było śmieci, bo nikt nie odważyłby się ich zostawić. Łomża zjeżdżała się wcześnie rano, a dzieciaki bawiły się w płytkich i ciepłych prądach rzeki. Nie było głośnej muzyki, tylko rozmowy i śmiech.
Skąd ten romantyzm skierowany w stronę rzeki? A no stąd, że spędziłem nad jej brzegami dużo czasu. Te spotkania należy liczyć w latach.
Widziałem wielokrotnie, jak jej srebrne ciało rozlewa się po dolinie i przez miesiące tworzy z niej jednolitą, skrzącą się w słońcu powierzchnię. Jak wypływa z jesiennych mgieł i wciska się w wysokie burty, powodując ich głośne opadanie. Bywa chłodna, a jej dotyk jest ostry jak nóż.
Potrafi hipnotyzować, o czym przekonałem się kiedyś podczas nocnego wędkowania. Stałem na jednej z narwiańskich raf i próbowałem coś złowić. Szum wody był głośny, ale spokojny. Równomiernie, prawie jak bicie serca, odbijał się od kamieni. I wtedy zasnąłem. Broda opadła mi na klatkę piersiową i straciłem równowagę. Sen w rzece. Sen krótki i niebezpieczny. Sen, który mógłby mnie zabić, ale tylko mnie wystraszył.
Rzeka potrafi łączyć się ze słońcem na wschodzie i zachodzie. Mam wtedy wrażenie, że jej naturalna szarość i stalowe błyski zamieniają się w czerwień, pomarańcz i fiolet. I wtedy potrafię wzdychać, szukać pięknych słów, które montuję w wiersze.
śpię pod śniegiem,
śnię o rzecznych roztopach,
o sensacyjnym wejściu w wiosnę
płyń, mówisz,
szron na ustach pomaga oddychać pod lodem,
płyń do mnie
rzeką wspomnień,
która tak łatwo rozlewa się w głowie
Rzeka, która płynie przez moje życie. Meandruje jak mój los. Jest głośna jak moje rozmowy i cicha jak moje myśli.
Trwa, a ja póki co razem z nią.
Rafał Mikołaj Krasucki