Weryzm we mnie cz. 2. Felieton literacki.
Umiejętność wnikliwej obserwacji w żadnej mierze nie gwarantuje pełnego oglądu świata. Powód jest banalny – nie sposób skupić się na wszystkim, co nas otacza. Wybieramy więc bodźce, świadomie lub nie.
Czasami myślę, że wolałbym być taki jak mój ojciec i nie rozpoznawać wszystkich barw. Bezwiednie przekoloryzowywać ulice i budynki, aż przypominałyby jego obrazy – bardziej impresjonistyczne niż rzeczywiste. Pamiętam, jak patrzyłem, kiedy malował. Zielone drzewo nagle stawało się błękitne, cień przybierał odcień fioletu, a dachy czerwieniały bardziej, niż pozwalała na to rzeczywistość. Wtedy wydawało mi się, że ojciec się myli. Dzisiaj nie jestem już pewien, kto z nas widział świat prawdziwiej.
Substancja miasta jest różnobarwna. Mieni się w blasku lamp, choć moje poczucie estetyki niewiele ma tu do powiedzenia. Ojciec pewnie machnąłby ręką i stwierdził, żebym się nie wtrącał. Skoro sam nie widzę wszystkich kolorów, to jak mogę rościć sobie prawo do obiektywności?
Wyobrażam sobie, jak zatrzymuje się przed nowym osiedlem. Długo nic nie mówi. Mruży oczy, jakby chciał zobaczyć coś, czego ja nie dostrzegam. Dla mnie wszystko jest po prostu szare. Dla niego szarość nigdy nie była tylko szarością.
- Ta szarość to kierunek do jasności. Kolor, który zgadza się z każdym innym. Widzisz? Jest, ale jakby go nie było.
- Nie.
- I właśnie o to chodzi. Szarość jest obietnicą lepszych kolorów.
Zapewne na tym nie skończyłby wywodu.
- Impresjoniści dopiero pomalowaliby Łomżę. Synek, wszędzie byłaby ulotność światła. Jasne barwy i czerń wychodząca z Alei Legionów prosto na dolinę Narwi. Jakby noc przyjechała pustym pociągiem z Warszawy i wysiadła właśnie tutaj. Jeden blok byłby niebieski, drugi pomarańczowy, trzeci zanurzony w żółciach i fioletach. Dopiero wtedy zobaczyłbyś, że szarość była pierwszym kolorem.
Może dobrze, że nigdy się za to nie zabrał, choć jego obrazy i tak pozostały w podobnym nastroju.
Ale z kolorami bywa jeszcze trudniej. Wystarczy wejść do sklepu z farbami. Mam wrażenie, że nazwy kolorów wymyślają poeci. Bo któż inny mógłby stworzyć takie zestawienia: jogurtowe mango, piaskowy opal, kamień księżycowy, kawowy onyks, słoneczne safari czy egzotyczne curry? Nie wiedziałem nawet, że kolorów jest aż tyle. A skoro części z nich nie potrafię rozpoznać, pozostaje mi wierzyć, że naprawdę istnieją. Muszę jednak przyznać, że autorzy tych nazw mają poetycką wyobraźnię.
Któregoś dnia mijałem kościół Kapucynów. Za nim wyłonił się odnowiony Domek Pastora. Nowiutki, błyszczący. Tylko ten kolor. Nie potrafiłem go nazwać. Może różany kwarc. Może jasne Las Vegas. Licho wie. Pomyślałem wtedy, że daltonista ufa poetom bardziej niż własnym oczom. I gdybym mijał to miejsce z ojcem ten zapewne uśmiechnąłby się tylko i powiedział:
- Synek! To jest ładny kolor. Taki impresjonistyczny. Tylko ten Piłsudski… jakiś taki w Candy Pink obmalowany!
Rafał Mikołaj Krasucki