Spokojnie, to tylko AWARIA …
Mieszkaniec podłomżyńskich Starych Kupisk „w akcie desperacji” przysłał list, w którym opowiedział o problemach wynikających z częstych wyłączeń prądu. Pisze o bezradności i agregatach prądotwórczych, które jak na froncie, ratują cywilizacje XXI wieku. Jutro opublikujemy odpowiedzi PGE Dystrybucja SA w poruszanych przez Czytelnika kwestiach.
Szanowna Redakcjo,
w akcie desperacji zwracam się z prośbą o zainteresowanie się sprawą permanentnych, nierzadko wielogodzinnych wyłączeń prądu w miejscowościach położonych (głównie) w kierunku od Łomży w stronę Nowogrodu. W takich wsiach jak: Stare Kupiski, Nowe Kupiski, Mątwica czy Bożenica. Niewiele lepiej jest w części Jednaczewa czy w innych pobliskich miejscowościach.
Taki stan rzeczy trwa co najmniej od trzech dekad - bowiem niemal tyle czasu mieszkam w Starych Kupiskach, po przeprowadzce z Łomży.
Pierwsze moje kontakty z Rejonem Energetycznym w Łomży datują się na drugą połowę lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Kierownikiem RE był wówczas - od wielu już lat - Andrzej Borkowski. Do czasu przejścia na emeryturę, w 2014 nie zrobił w tej sprawie nic; nie podjął żadnej realnej próby działania, która byłaby jakoś zauważalna dla przeciętnego odbiorcy prądu w tym obszarze...
I podobnie każdy jego kolejny następca, kolejno obejmujący stery RE Łomża zrobił dokładnie tyle samo w tej sprawie. Nic.
Wiele lat temu przekazano mi w prywatnej rozmowie, że jakikolwiek kierownik RE Łomża, który zaczyna sygnalizować problemy na swoim terenie do PGE Dystrybucja w Białymstoku (to oni decydują o modernizacjach i remontach oraz przyznają na to fundusze) i oczekiwać ich rozwiązania, w szybkim tempie przestaje być kierownikiem RE. Dlatego też kolejni kierownicy RE w sprawie zrujnowanej sieci przesyłowej na części swojego terenu zachowują się niczym jaszczurki na słońcu - wpadają w znieruchomienie. I tak to się toczy przez kolejne dekady - jak jest prąd - to ok. Jak nie ma - bierzemy szarą taśmę naprawczą, trytytki i po 5-10 godzinach jest to jakoś połatane i polepione. I aby do następnej awarii.
Wyłączeń (awaryjnych lub planowanych) czy też zaników napięcia (których RE w ogóle nie rejestruje i nie uważa tych zaników za jakikolwiek problem) bywa w każdym roku ok. 200. Nie, nie pomyliłem się - około dwustu w każdym roku. Każda awaria oznacza - gdy już brygady RE postanowią zająć się jej usuwaniem - od 5-cio do 20-krotnego włączenia na kilka sekund zasilania, aby je ponownie wyłączyć. I tak przez kolejne godziny, aż do naprawy. Ponoć - jak mi tłumaczono - "nie da się inaczej".
Co to oznacza dla elektroniki, zaawansowanych systemów wytwarzania ciepła (piece, pompy ciepła, inwertery, etc.) nie trzeba nikomu tłumaczyć.
Zapytałem niegdyś brygadzistę, który poszukiwał uszkodzenia na liniach, jak w takich sytuacjach mają radzić sobie ludzie używający w domach pomp infuzyjnych czy też innych urządzeń medycznych, które wymagają stałego zasilania. W odpowiedzi usłyszałem, że RE nie zajmuje się kwestiami medycznymi. Nikt, w najmniejszym stopniu, nie pochyla się w RE nad sprawą tego, co oznacza brak prądu na wsi - to wszak równoczesny brak ogrzewania, a w wielu wypadkach brak wody po 2-3 godzinach.
Miejscowi rolnicy zaopatrzyli się w agregaty prądotwórcze, bo ciężko wytłumaczyć krowom, że "dojenie dzisiaj będzie, ale nie wiadomo o której" lub podłączają dojarki pod ciągniki; sale weselne istniejące w poszczególnych miejscowościach ratują się agregatami wielkości wagonu kolejowego, kosztującymi po kilkaset tysięcy PLN. A jednocześnie w każdym, comiesięcznym rachunku za energię wnoszą opłatę "za gotowość" /dostawy prądu/ (czyli opłata sieciowa stała). Ale co mają zrobić (nieliczne co prawda) zakłady produkcyjne w tych miejscowościach? Co mają zrobić zwykli mieszkańcy? (chociaż porad od pracowników PGE, że "powinien pan kupić sobie agregacik" słyszałem przez lata dziesiątki).
W 2022 r. pandemia, która bezsensownymi decyzjami rządzących zamknęła nas w domach, dała czas na nietypowe działania. Postanowiłem zatem policzyć... Od marca 2021 do marca 2022 174 razy ustawiałem zegarek na piekarniku (bez ustawionej godziny tenże nie chce działać). To oznacza, że co najmniej 174 razy w ciągu 12 m-cy nastąpiło wyłączenie prądu lub zanik napięcia.
Zdarzają się nierzadko takie sytuacje jak np. ta w poniedziałek wielkanocny (6 kwietnia), gdy przywrócono (teoretycznie) zasilanie po ok. 5h, ale do gniazdek popłynęło 160V zamiast 230V. Kolejny telefon na 991, kolejne kwadranse oczekiwania: jesteś 17-sty w kolejce, jesteś 9 w kolejce, jesteś... W końcu zgłasza się - brzmiąca niczym automat - kobieta... "Ma pan napięcie 160 voltów w domu??? No, tak... Usunęliśmy awarię, a teraz usuwamy usterki...".
Kto ma do czynienia z PGE ten w cyrku się nie śmieje...
Gdy podjąć próbę jakiejkolwiek rozmowy na ten temat z kimś z RE Łomża, to okazuje się, że: "My nic nie możemy, o wszystkim decyduje Białystok, znamy te problemy, zgłaszamy je, ale nic nie możemy...".
Patrząc ze swojej perspektywy, ale - zapewne - też tych wszystkich, tak często pozbawianych prądu mieszkańców poszczególnych miejscowości, rodzi się pytanie: to po co jest ten Rejon Energetyczny w Łomży, skoro nic nie zależy od ludzi tam pracujących i na nic nie mają oni wpływu? Przecież łatanie tych zrujnowanych linii energetycznych można zlecić firmom prywatnym. Będzie zapewne taniej. Na pewno nie gorzej, bo gorzej być nie może.
Wielki żal, że żadna z tych miejscowości, w których występują nieustanne wyłączenia prądu, nie jest miejscowością wypoczynkową. Bo np. w takich Jurkach, nieopodal Nowogrodu, linia energetyczna została w dużej części skablowana (tj. wkopana do ziemi) i jest odporna na wszelkie czynniki zewnętrzne. Formalnie zrobiono to po to, aby ulżyć wszystkim 38. mieszkańcom Jurek (wedle oficjalnego spisu). Przy okazji skorzystali również właściciele dziesiątek daczy stojących na tamtym terenie. Nie mam wątpliwości, że przy podejmowaniu decyzji o modernizacji linii w Jurkach nie miało żadnego wpływu to, kto posiada tam swój letniskowy dom ?.
Brakuje jakiegokolwiek zainteresowania tym problemem lokalnego samorządu.
Owszem - zaopatrzenie w energię elektryczną nie jest zadaniem samorządu, ale już mieszkańcy, którzy od dziesiątek lat borykają się z tym problemem powinni znajdować się w orbicie jego zainteresowań. Tego zainteresowania niestety nie ma. A przynajmniej ja się z takim zainteresowaniem nie zetknąłem. A przecież czym innym jest "opędzanie się" przez RE Łomża od przeciętnego Kowalskiego, który zawraca głowę z ciągłymi wyłączeniami prądu, a czym innym jest podjęcie tematu przez UG, rozpoczęcie rozmów i stała perswazja w tym temacie.
Przeciętny odbiorca nie ma zresztą praktycznie jakiegokolwiek ruchu w tej sprawie - może jedynie zadzwonić pod nr alarmowy 991. To jest call-center, które obsługuje wszystkich klientów PGE w Polsce. Zlokalizowane jest bodaj w Łodzi lub w jej pobliżu i nikogo tam nie interesują problemy odbiorców położonych 300 km dalej. Jest: zgłoszenie - nadanie numeru sprawie - i... pa, pa.
We wszelkich innych sprawach należy dzwonić do RE w Łomży.
To proszę spróbować się tam dodzwonić (oczywiście tylko do godz. 15.00). Ale jednak czasem się uda... I co? I nic... "Wiemy, znamy problem, robimy co w naszej mocy...". Czyli nadal - szara taśma i trytytki.
Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze sprawa instalacji fotowoltaicznych, które latem właściwie stale stoją w trybie awaryjnym, bowiem sieć PGE nie jest w stanie przyjąć wyprodukowanej energii. To zupełnie inny, ogromny problem.
Gdy w ostatnim czasie napotykam się na różnego rodzaju materiały promocyjne, z rodzaju "PGE wkrótce będzie atomowe", "Energetyczny przełom", "XXII wiek w PGE" to człowiek taki jak ja – pozbawiany 150/200 razy w roku prądu - uświadamia sobie, że takie fantasmagorie mogą wymyślać tylko ludzie znający brak prądu albo z tv, albo z opowieści bardzo wiekowych już ludzi.
W tej sprawie, łomżyńskiego RE i porzuconej przezeń infrastruktury energetycznej, można by napisać opowieść wielotomową, z rodzaju neverending story. Ale nie o to chodzi....
Czytelnik (imię i nazwisko znane redakcji)
