Café Kultura na jazzowo, chociaż nie zawsze
Drugi weekend Café Kultura zaczął się jazzowo. W piątek odbył się koncert Komeda – „Romanse”, podczas którego Joanna Wojtkiewicz i Mateusz Kaszuba przypomnieli niepowtarzalną twórczość filmową Krzysztofa Komedy. Następnego dnia Kasia Nova zaprezentowała popowe przeboje w jazzujących opracowaniach i własne piosenki. Podczas obu koncertów nie zabrakło repertuarowych i personalnych niespodzianek.
Krzysztof Komeda-Trzciński w latach 1958-1968 skomponował muzykę do blisko 70 filmów. Bardzo różnych: od krótkich metraży, jak jego oraz zarazem reżysera Romana Polańskiego, debiut „Dwaj ludzie z szafą” do pełnometrażowych filmów fabularnych. Tu warto wymienić pierwszy w jego karierze „Do widzenia, do jutra”, kolejny „Niewinni czarodzieje”, kultowy „Nóż w wodzie” oraz głośne zagraniczne produkcje „Nieustraszeni pogromcy wampirów” i „Dziecko Rosemary”. To ogromny dorobek, zważywszy, że Komeda był przecież aktywnym muzykiem, liderem różnych składów, aktywnie koncertującym w kraju i poza jego granicami oraz dużo nagrywającym. Można więc śmiało powiedzieć, że był w latach 60. ubiegłego wieku bodaj najaktywniejszym, a na pewno najważniejszym, europejskim kompozytorem muzyki filmowej, a co ważne owa muzyka przetrwała do dziś. Jest więc wciąż odkrywana przez kolejne pokolenia młodych muzyków, czego najnowszym przykładem jest działalność duetu Joanna Wojtkiewicz i Mateusz Kaszuba. Stworzyli oni projekt Komeda – „Romanse”; początkowo w formie płytowej, ale przeniesiony też w koncertowy wymiar. W Łomży wokalistkę i pianistę wsparła sekcja rytmiczna Michał Rutkowski (kontrabas) i Artur Małecki (perkusja). Poza wokalistką nie są to nazwiska obce łomżyńskim miłośnikom jazzu. Mateusz Robert Kaszuba był drugi ex aequo w konkursie 2019 Novum Jazz Festival. Podobnym osiągnięciem może pochwalić się Michał Tomasz Rutkowski, laureat z roku 2022. Artur Małecki również miał wziąć udział w tym konkursie, ale przed dwoma laty wycofał się.
Z powodu pogody koncert został przeniesiony do Hali Kultury, na czym niewątpliwie zyskał, ponieważ artyści stworzyli bardzo intymny klimat, stawiając na subtelne, dopracowane aranżacje z licznymi partiami solowymi pianisty i kontrabasisty. W programie przeważały Komedowskie utwory, z „Była pogoda”, „Ja nie chcę spać”, „Nie mów nic”, „Każdy szafę ma”, „Nie jest źle” czy „Bez jutra nie da się żyć”, z mistrzowskimi tekstami Agnieszki Osieckiej i Wojciecha Młynarskiego. Nie zabrakło też niespodzianek, jak choćby klasyka „Bezsenność we dwoje” z repertuaru Andrzeja Zauchy, dzieła kolejnego jazzmana Mariana Pawlika, znanego choćby z Dżambli oraz poety Włodzimierza Patuszyńskiego, a koncert został przyjęty bardzo życzliwie przez liczną publiczność.
W sobotę, już na plenerowej scenie przed arkadami, słuchacze równie ciepło reagowali na kolejne piosenki w wykonaniu Kasi Novej. Zapewne bardziej z racji zadziałania słynnej zasady inżyniera Mamonia, bowiem wokalistka wykonywała głównie doskonale znany repertuar, same polskie evergreeny z lat 50., 60. i 70. ubiegłego wieku. Zapowiadano, że zabrzmią one w jazzujących aranżacjach i tak faktycznie, chociaż nie zawsze, było. Kasia Nova nie jest jednak wokalistką jazzową – wcześniej przez ponad 20 lat śpiewała błahe, taneczne piosenki. Nie była więc w stanie oddać w pełni walorów finezyjnych przebojów „Kwiat jednej nocy” Alibabek, „Nie odchodź” Kaliny Jędrusik, „Sen o Warszawie” i „Obok nas” Czesława Niemena oraz „Dni których nie znamy” Marka Grechuty i Anawy. Anna Maria Jopek, Anna Serafińska czy Daria Kobierecka, by wymienić tylko kilka pierwszych z brzegu nazwisk, od gwiazd do wielkiego talentu, zrobiłyby z tych piosenek prawdziwe perełki. Teoretycznie jazzowa sekcja Claudia Bliss (kontrabas/gitara basowa) i Karolina Synowiec (perkusja) była niestety tylko bladziutkim odbiciem tego, co dzień wcześniej zaprezentowali jazzmani z krwi i kości, to jest Michał Rutkowski i Artur Małecki. Sytuację ratowała sprawna pianistka Anna Hajduk-Rynkowicz, zresztą współpracująca regularnie z orkiestrą Filharmonii Kameralnej im. Witolda Lutosławskiego w Łomży, co też o czymś świadczy, ale przy autorskim, bardzo przeciętnym, typowo popowym materiale autorskim liderki i ona musiała dawać za wygraną. Czarę goryczy, tego zdecydowanie przydługiego koncertu, przepełniły aż dwa bisy: biesiadno-dyskotekowy, autorski koszmarek „Lalala lato”, ponoć hit na wakacje i ostatni przebój Anny Jantar „Nic nie może wiecznie trwać”, będący jednak tylko lichą imitacją ponadczasowego oryginału. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że Eric Hansson stanie dziś na wysokości zadania i zagra bluesa tak, iż zdoła zatrzeć te niezbyt pozytywne wrażenia.
Wojciech Chamryk