Poszedłem do kina na film „Ministranci
„A ty co masz na sumieniu?” - to pytanie z plakatu filmu „Ministranci”, jaki obejrzałem w jedynym kinie w Łomży. „A ty co masz na koncie?” - zastanawiałem się w niedzielę, popatrując nieśmiało na ładnie ubrane sąsiadki w trzecim rzędzie od ekranu. W nowych butach z cholewką od Pana Szmita z Długiej i karminowych spodniach od Pani Basi z Farnej czułem się przyzwoicie, choć od dawna się nie spowiadałem. Świadomość, że moje wyznania do ucha księdza mogą być nagrane paraliżuje. „A ja co mam do powiedzenia?” - zadałem sobie w duchu pytanie po 110 minutach z wieloma scenami penitentów przy kratkach konfesjonału. Jak nastoletni ministranci, podsłuchałem ufnych katolików.
Polski film obyczajowy „Ministranci” ma za bohaterów czterech nastoletnich chłopców, którzy w miejscowym kościele sprawują posługę do mszy i zbierają na tacę ofiary od wiernych. Traf chciał – dobry Bóg czy przewrotne fatum – że przez Opatrzność lub przypadek podsłuchali rozmowę księży na temat sposobu wydatkowania pieniędzy, pierwotnie zbieranych dla potrzebujących, biednych. W wyniku rozmowy proboszcza z rekolekcjonistą okazało się, że ofiary nie trafią do ubogich, tylko do nauczającego, jak żyć przykładnie w zgodzie z Przykazaniami i nauczaniem Chrystusa z Ewangelii. Dylematy moralne od początku dręczą bohaterów filmowych, o czym mowa w artykułach (p. linki).
Czy zło można złem pokonać...?
Rezolutni chłopcy postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce, żeby wesprzeć potrzebujących, dlatego decydują się na serię kradzieży datków z... kościelnego sejfu. To stanowi główną oś dramaturgiczną filmu, jaki dostał nagrodę Złote Lwy na Festiwalu w Gdyni: niezgoda na „okradzenie” przez księży lokalnej biedoty i próba rekompensaty przez okradanie skarbca parafii. Aby dowiedzieć się, czego potrzebują ubodzy, chłopcy mocują w konfesjonale kamerkę z możliwością nagrywania zwierzeń. Mają świadomość, że balansują ryzykownie na granicy prawa, ale z drugiej strony – w dyskusjach – próbują znaleźć argumenty racjonalne i biblijne dla kontynuowania „zbożnego” dzieła. Jako widz byłem nieustannie stawiany wobec dylematu, czy cel uświęca środki, czy zło można złem pokonać. Zastanawiałem się, do czego doprowadzi ministrantów ekwilibrystyka pouczeniami z nauk Jezusa, np. z kazania na górze. Słusznie przewidywałem: niewidzialna ręka miłosierdzia nastolatków robi się coraz bardziej ciężka od kolejnych wykroczeń. Oprócz wciskania zaskoczonym ubogim kopert z gotówką „od parafii” (nie informując, że to z kradzieży), zaczynają realizować moralne samosądy, polegające na tym, ze karzą ludzi złej woli pięknym za nadobne (złodziejka banknotu, szatniarka z basenu, zostanie przez chłopców zrobiona sklepową złodziejką - z konsekwencjami). Z epizodów o losach postaci (np. proboszcz, rekolekcjonista lub ojciec dręczyciel Dominiki, trzej ministranci itd.) nie dowiemy się, czy zaznały duchowej, moralnej, jakiejkolwiek przemiany. A Ty co o tym sądzisz?
Samotne dziecko w komży bez ojca
Motorem napędowym religijnego łupiestwa duchownych jest Filip Grabowski: szczupły, delikatnej urody blondynek, wrażliwy, inteligentny, przejęty prawdami wiary, choć nie najlepiej radzący sobie w szkole, przynajmniej z historią. Mieszka z samotną, niepracującą matką, chorą na depresję, którą stać na papierosy i litry alkoholi. Chłopiec okazuje jej współczucie, szacunek, troskę, szuka dla niej pracy w Internecie, ale odrzuca ofertę zatrudnienia od zamożnej matki kolegi. W wyniku perypetii ze spowiedziami grzeszników przy konfesjonale (w połowie filmu coraz bardziej nużących) nagle Filip dowiaduje się, że jest matce obojętny – przez podobieństwo do ojca, którego nie poznamy. W przedfinałowych scenach Filip rozmawia z matką: jego pytanie i jej odpowiedź są banalne, w ogóle nieprzystające do wręcz sokratejskich wywodów pomysłowego i elokwentnego chłopca. Jakby tego nawarstwienia (nie)prawdopodobieństw było za mało, pozbawiony prawa do noszenia komży Filip pojawia się w kościele, ale proboszcz go nie przyjmuje do służby, za to z letargu budzą się koledzy.
„Ministranci” to dzieło z pogranicza poetyk
Przed oczami widzów w pełnej sali przelatywały kolejne sceny zdarzeń z kościoła, szkoły, uliczek w miasteczku, a ja się zastanawiałem, skąd ta bezrobotna miała tyle kasy na picie i palenie od rana do nocy? Podobnych kiksów scenariuszowych jest więcej, jak np. tajne narady chłopców na piętrze kościoła, w którym echo niesie na pół miasta; matka podczas procesji jako jedyna rzucająca się na pomoc Filipowi, zmasakrowanemu przez przemocowca jak w produkcjach z Rambo, ale niebawem nawet bez śladu na delikatnej twarzyczce; patrole Policji przyjeżdżające w 5 sekund i niespisujące pijanego dręczyciela innej rodziny et cetera. W sumie, mi to nie przeszkadzało, bowiem oglądałem film „Ministranci” jako dzieło z pogranicza poetyk: obyczajowej i psychologicznej, quasi religijnej i kryminalnej, kina młodzieżowego i filozoficznego. Zapłaciłem za bilet prawie 25 zł i niedzieli nie żałuję, bo mogłem uścisnąć dłoń scenarzysty i reżysera Piotra Domalewskiego przed seansem, gdy witałem się z Rodzicami twórcy, i po projekcji, gdy gratulowałem mu skłaniającego do przemyśleń i sprawnie zrealizowanego obrazu z życia nastolatków tak wrażliwych, jak mało kto. Przed filmem Piotr Domalewski ośmielił widzów, że podczas projekcji można się śmiać. Ale nie było do śmiechu.
Mirosław R. Derewońko
tel. red. 696 145 146
