Patriotyczne zaklęcia
„Wolność – powtarzają politycy – nie jest dana raz na zawsze. Trzeba o nią walczyć, pielęgnować, bronić.” W każdą rocznicę odzyskania niepodległości słyszymy te same frazy, wypowiadane z powagą niczym zaklęcia. W tym roku, jak i w poprzednich, szczególnie modne było wezwanie do jedności. „To właśnie wspólnota, nie egoizm, przywróciła nasz kraj światu” – mówił prezydent Łomży Mariusz Chrzanowski. – „Niepodległość to także wolność słowa, prawo do mówienia prawdy, do dyskusji, do różnicy poglądów” – podkreślał.
Piękne słowa. Szkoda tylko, że z tym „prawem do różnicy poglądów” w praktyce bywa różnie – czego szczególnie doświadcza 4lomza.pl, chociażby poprzez brak zleceń. Drobiazg, radzimy sobie bez tego, ale w szerszym świetle stawiający polityczne zapewnienia włodarza.
Tegoroczne obchody, jak zwykle, pełne były konsyliacyjnych tonów i wezwań do wspólnoty. I dobrze – w końcu od tego są święta narodowe. Gorzej, gdy słowa te stają się tylko pustą formą, wygodnym rytuałem, który nie zobowiązuje do niczego poza ładnym gestem w stronę kamer.
„Panie pułkowniku Wołodyjowski… Larum grają! Wojna!” – to dramatyczne wezwanie z pogrzebu Małego Rycerza w powieści Pan Wołodyjowski Henryka Sienkiewicza znamy wszyscy.
Larum słychać także dziś – obrazy wojny za wschodnią granicą przewijają się niemal codziennie. Wróg jest coraz bliżej, a mimo to wciąż słychać głosy: „może ominie”, „może to nie nasza sprawa”.
A jeśli nie ominie?
Większość politycznych przemówień – poprawnych, patetycznych, przewidywalnych – zdawała się tego larum nie słyszeć. Jedynie biskup zdobył się na refleksję o obowiązku wobec państwa, także w wymiarze służby wojskowej.
„To temat niewygodny dla wszystkich partii” – zauważył. I może właśnie dlatego mógł to powiedzieć ktoś, kto nie musi za dwa czy cztery lata startować w wyborach.
Wybieramy tchórzy?
Na Ziemi Łomżyńskiej szczególnym szacunkiem otacza się Romana Dmowskiego – podkreśla jego zasługi w odzyskaniu niepodległości, przypomina Myśli nowoczesnego Polaka i Obowiązki polskie.
Historyk Tomasz Szymański, specjalista od Dmowskiego, zapytany, jak dziś odnalazłby się współtwórca polskiej państwowości, odpowiada:
– Byłby zapewne orędownikiem polityki merytorycznej i przeciwnikiem politycznego kiczu. Stawiałby na ideę i strategię, a nie na bylejakość czy odwoływanie się do niskich instynktów.
– Populizmu? – dopytuję.
– Tak. Trudno nie odnieść wrażenia, że takich postaw w naszej polityce dziś dramatycznie brakuje.
Co roku przy okazji obchodów – szczególnie majowych – łatwo przychodzi potępiać Targowicę, symbol zdrady narodowej. Znacznie trudniej rozpoznać jej współczesne odpowiedniki.
Bo czy populizm, który tak dobrze ma się w XXI wieku, nie jest nową formą Targowicy?
Czy ci, którzy dla kilku punktów sondażowych gotowi są podsycać emocje społeczne – nierzadko inspirowane na Kremlu – i dzielić wspólnotę, naprawdę służą Polsce?
Dziś niemal wszystkie strony politycznego sporu zgadzają się w jednym: Polska toczy wojnę hybrydową z Rosją.
Michał Fedorowicz z Res Futura, na podstawie systematycznych badań internetu, stwierdził, że w dniu ataku dronowego Polacy przegrali bitwę w infosferze. Rosjanie, dzięki sprawnej propagandzie i „przydatnym idiotom”, skutecznie narzucili swoją narrację.
Podczas wojny – także hybrydowej – zabezpieczanie tej sfery, podobnie jak panowanie w powietrzu czy ochrona granicy, powinno być obowiązkiem państwa.
Ukraińcy, walcząc z najeźdźcą, potrafią niszczyć centra logistyczne. Polska – choć wysyła człowieka w kosmos – wciąż nie potrafi skutecznie powstrzymać, a nawet znacząco ograniczyć, rosyjskiej propagandy.
Liczymy na zaklęcia?
Marek Maliszewski