Weryzm we mnie cz. 3. Felieton literacki.
Są dni, kiedy przejeżdżam przez Łomżę i właściwie jej nie widzę. Zatrzymuję się na światłach, mijam te same skrzyżowania, te same sklepy, te same elewacje. Ulice jak twarde rysy miasta. Pewnie dlatego myślę o Łomży jako o substancji, która nie kończy się na cegłach, asfalcie i betonie.
Jesteśmy otoczeni zagospodarowaną przestrzenią, w której kolizje różnych zdarzeń pozostawiają po sobie ślad. Roboty drogowe na ul. Wojska Polskiego, wypadek dwóch „elek” na Alei Legionów, rynek w piątek, odjazd pociągu do Olsztyna. Tylko te nowe osiedla trochę mnie przerażają. Swoją sterylnością. Szarym grafitem. Ciszą, brakiem życia i bramami na pilot. Odgradzamy się od siebie płotami, a zajęcie czyjegoś miejsca parkingowego grozi odholowaniem. Ograniczenia na korzyść bezpieczeństwa czy wygody? Nigdy tego nie rozumiałem, a może nigdy tego nie potrzebowałem.
Kręgosłup miasta, oparty na zabytkach, dźwiga mozaiki nowych blokowisk i ulic. Udaje mi się odnaleźć nowe miejsca, w których nigdy nie byłem. Ulica Złota, która w Mapach Google nigdy nie pokaże korków, osiedla Nova Park, Green Park – prawie jak dzielnice Nowego Jorku – Osiedle Łagody, Szmaragdowe Wzgórza, jak tytuły romansów. Substancja się rozrasta, a nie redukuje swojej objętości. Ma nową tkankę, która zamienia się miejscami z wypracowanym i rozjeżdżonym wnętrzem.
Czy chciałbym, aby tych zmian było więcej? Pewnie tak, ale aby ktoś patrzył i widział, a nie tylko realizował potrzeby. Ważniejsze wydaje mi się myślenie perspektywiczne, które nie tworzy substancji z miękką skórą, lecz twardą, skrojoną na miarę zgrabnej sylwetki. Rozrastać się mądrze. Puchnąć z zachwytu. Rozwijać się nieustannie. Oby bez frazesów i obietnic. Budować, a nie zabudowywać. Tak bym chciał.
A co z duszą? Przecież potrzeby powinien ktoś zamieszkiwać. Ktoś ma je w sercu, odpowiada za ich estetykę oraz wrażliwość. To my, mieszkańcy. Spacerujemy po ulicach, śpieszymy się na zakupy i staramy się zdążyć zawieźć dziecko na zajęcia sportowe. To my, ucieszeni w czterech ścianach, zasypiamy szybko, aby dotrzeć do jutra. Czy dobrzy, czy źli? Leniwi czy pracowici? Koszmarnie nudni czy wybitnie zabawni? Jesteśmy. Jako żywa część substancji, poruszająca jej strukturą. To nasze myśli i uczynki dają wyobraźni przestrzeń do bycia kreatywną. Do korzystania z miasta w kulturze i z kulturą. Do rozwijania jego biznesowego potencjału i zamożności. Nasze myśli tworzą jedną, zespoloną ze sobą myśl miasta.
Cóż, trochę to idealistyczne, ale tak to pozostawię.
Chciałbym pospacerować nad Narwią, patrząc na skrzące się uliczne lampy, za którymi są nowe miejsca pracy, nowe osiedla z nazwami prosto z Hollywood: Sunset Boulevard, Rodeo Drive, Mulholland Drive, albo bliższymi nam: ulica Srebrne Pola, Szumiący Las, ulica Wysokich Brzegów Narwi czy Cisza Nocy. I nowoczesne budynki je zapełniające, pomalowane impresjonistycznie, oraz Wieża Ciśnień gotowa, aby przyjąć zwiedzających.
Weryzm we mnie jest refleksyjną definicją – nie rozrywki, lecz odbicia. To moja rozbudowana wizja hiperrealizmu opowiadanego w sposób niedosłowny. Jest w niej odrobina ironii, ale przede wszystkim dużo nadziei na rozwój i satysfakcję z tego, co mamy. To nie jest próba opisania miasta takim, jakie jest. To próba opisania sposobu, w jaki możemy je przeżywać.
Rafał Mikołaj Krasucki