Jak orbitować po parku? Felieton literacki.
Każdy park ma swoją historię. Ten zaczął się od miejsca, które przez lata wydawało się nikomu niepotrzebne. Gdzieś w sercu łomżyńskich osiedli nieużytek miał stać się zielonym środkiem ciężkości miasta. Takim zaprojektowanym. Nie z przypadku, lecz z planu. Z wyobrażeniem, jak ludzie będą poruszać się po okręgach ścieżek, gdzie skręcą i dokąd dojdą. Ze szpalerami drzew, zasiekami z dzikich róż i fioletowymi kwiatami, które zdają się nie tracić koloru nawet podczas letnich nocy.
A przecież kiedyś trochę niżej był sad. Pełen jabłoni, grusz, śliw i soczystych czereśni. Lubiłem tam przebywać, bo wtedy dziecięca przygoda i wolność spełniały się właśnie na dziko. Na całodniowych ucieczkach z domu, nad rzekę i z powrotem, do sadu i na kolację. Pewnego dnia wszystkie te drzewa zastałem leżące. Pamiętam warkot pił i samochody wywożące ich pnie. Pokrojone drewno wpadało na przyczepy z tępym, metalicznym dźwiękiem. Nie rozumiałem wtedy, dlaczego drzewa, które tak lubiłem, musiały zniknąć.
Któregoś popołudnia wylądował helikopter. Wysiadł z niego bardzo ważny człowiek. Najważniejszy człowiek na świecie. W dziecięcej głowie uznałem, że skoro przyleciał właśnie tutaj, to wycięcie sadu musiało mieć sens. W końcu święci patrzą ludziom w oczy, a nie w gałęzie. Szkoda tylko, że ten wielki człowiek nie zobaczył mojego sadu. Myślę, że mógłby mu się spodobać. A może nawet poczułby się tam jak w domu.
Ale stało się.
Przez wiele lat okoliczne bloki rzucały długie cienie na wysoką trawę. Latem złociła się w słońcu, by później opaść na ziemię rdzawym pokosem. Czasem przetaczał się tam silny wiatr, unosząc chmury żółtego piasku. Wydawało mi się wtedy, że ta złotawa mgła przykryje szarość osiedli i tak zostanie na zawsze. Była to przestrzeń niedokończona. Nieapetyczna. Niezagospodarowana zapachami. Wydeptane ścieżki przypominały cienkie arterie, którymi mieszkańcy wracali z pracy do domów. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że tyle miejsca po prostu się marnuje.
Aż wreszcie ktoś wziął do ręki ołówek i nakreślił orbity. Małe i duże. Dorysował przecinające je linie, wpisał miniaturowe konstelacje w dawny nieużytek i oddał je ludziom. Patrzę na to z życzliwością. Miasta zmieniają się nieustannie. Jedne zmiany podobają się bardziej, inne mniej. Ocena tego zależy od subiektywnego poczucia estetyki, ale też potrzeb społecznych, które chóralnie potrafią mówić o tym, co dobre, a co złe.
Tutaj jednak się udało.
Dziś rośliny ozdobne osiągnęły pełnię lata. Zieleń zdążyła oswoić beton, a park zaczął żyć własnym rytmem. Orbitują po nim właściciele psów. Powoli krążą zakochani, trzymając się za ręce. Na mieliznach ławek osiadają seniorzy, by dokończyć rozmowę rozpoczętą jeszcze pod blokiem. Chłopcy w kaskach rozpędzają elektryczne hulajnogi, próbując zaimponować dziewczynom. Ktoś woła: „Bierz!” i rzuca piłkę psu. Nad trawnikiem unosi się latawiec, który po chwili miękko ląduje na równo skoszonej trawie.
Dobrze mi się na to patrzy.
Jest tam jeszcze jedno miejsce. Moje ulubione. Szara szafa z kolorową ławeczką stojącą naprzeciwko. Każdy może zostawić książkę albo wypożyczyć i zabrać ją ze sobą. Kiedy fotografuję parkowe konstelacje (a robię to notorycznie), często tam zaglądam. Przez małą szybkę sczytuję grzbiety książek i zawsze zastanawiam się, dokąd wcześniej powędrowały. Czyje oczy rozbiły się o ciągi czarnych zdań, a kto tylko oglądał obrazki. Obok Mickiewicza stoi Norwid. Dalej romans, szkolna lektura, powieść z czasów PRL-u i kilka poradników z tamtych lat: „Dobra kuchnia”, „Żywienie zbiorowe i domowe”, „Zrób to sam” czy „Działka moje hobby”. Tak czy inaczej, lektura nadal interesująca. Sam też czasem dokładam coś od siebie. Najczęściej książki o sukcesie, przywództwie, motywacji czy zmianie życia. Mam ich więcej, niż kiedykolwiek przeczytam, więc oddaję je z nadzieją, że komuś naprawdę się przydadzą. Lubię wyobrażać sobie kogoś, kto siada na tej kolorowej ławce, otwiera jeden z moich poradników i odnajduje interesujące zdanie. Takie, które zostanie z nim na dłużej. Czasem przecież wystarczy jedno zdanie, żeby zrobić pierwszy krok i być kimś innym. Choć zawsze wymaga to odwagi i zaufania do samego siebie.
Jest jednak poradnik, który naprawdę chciałbym kiedyś tam znaleźć. Otworzyłbym szklane drzwiczki i go zobaczył. Jest. Stoi obok „Reguł na czas chaosu”. Nosiłby prosty tytuł: „Jak żyć spokojnie?” Czytałbym go wśród zieleni, pachnącej lipowym latem ze zrozumieniem, z zapamiętywaniem całych stron, bo warto nauczyć się jak żyć spokojnie. A potem odkładałbym na półkę z przekonaniem, że za chwilę sięgnie po niego ktoś następny. Potem kolejny. I jeszcze jeden lub jedna. Bo mam wrażenie, że wszyscy przychodzimy do parków z podobnego powodu. Nie tylko na spacer. Przychodzimy, aby zejść z własnej orbity i poczuć się odrobinę spokojniejszym i szczęśliwszym.
Rafał Mikołaj Krasucki