Relacje polsko-ukraińskie dawniej i obecnie
Prof. Grzegorz Motyka przypomniał skomplikowaną historię stosunków polsko-ukraińskich. W wygłoszonej w Muzeum Północno-Mazowieckim prelekcji „Polacy - Ukraińcy 1939-1947: historia i pamięć” cofnął się aż do międzywojnia. Naświetlił też słuchaczom kwestie rzezi wołyńskiej oraz akcji „Wisła”, nie zapominając o czasach współczesnych, naznaczonych rosyjską agresją na Ukrainę.
Prof. dr hab. Grzegorz Motyka to historyk i politolog, dyrektor Wojskowego Biura Historycznego, pracownik Instytutu Studiów Politycznych PAN oraz członek Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej. Główny tematy jego pracy naukowej to stosunki polsko-ukraińskie po roku 1939 roku oraz antykomunistyczny ruch oporu w Europie Środkowej po II wojnie światowej. W prelekcji „Polacy - Ukraińcy 1939-1947: historia i pamięć”, zrealizowanej dzięki środkom przekazanym przez NEGRESKO spółka z o. o,. naświetlił skomplikowane podłoże relacji polsko-ukraińskich, podkreślając, że nie jest łatwo o tym mówić, z racji konfliktów nabrzmiewających od ponad stu lat. Wyszedł więc od kwestii związanych z dwoma odmiennymi sposobami myślenia o kwestii ukraińskiej, gdzie według Romana Dmowskiego Polska powinna być państwem nowoczesnym, ale jednorodnym, gdzie mniejszości narodowe nie powinny mieć żadnych swobód. Józef Piłsudski uważał inaczej, bazując na tradycji Rzeczypospolitej wielokulturowej i wielowyznaniowej, a do tego wychodził z założenia, że niepodległe państwo ukraińskie będzie w pewnym stopniu szachować sowiecką Rosję. Stąd jego współdziałanie z Symonem Petlurą, ale kiedy ostatecznie Ukraina nie odzyskała niepodległości, problem się nawarstwił. Było bowiem tak, że Ukraińcy dążyli do stworzenia własnego państwa, a do tego aż 5 milionów z nich znalazło się, nie mając na to żadnego wpływu, na terenie Polski. Stąd narastanie tendencji nacjonalistycznych, w czym celował Stepan Bandera, zwolennik krwawego powstania, które miało wyeliminować całą ludność polską i żydowską z terenów ukraińskich.
W czasie II wojny światowej doszło do eskalacji tych działań, bo dla rosnącego w siłę obozu OUN-R wrogami byli nie tylko Rosjanie, ale też Polacy, gdyż wciąż niezwykle silna była trauma przegranej w latach 1918/1919 walki o niepodległość Ukrainy. Było to bezpośrednie podłoże rzezi wołyńskiej, gdzie do końca roku 1943 cały Wołyń był już ogarnięty pożogą.
Polskie podziemie było początkowo zaskoczone i zdezorientowane, ale rychło dochodzi do akcji odwetowych, głównie na Lubelszczyźnie, gdzie tylko jednego dnia w powiecie hrubieszowskim ginie około tysiąca Ukraińców. Zginęło ich jednak łącznie zaledwie kilkanaście tysięcy, gdy liczbę polskich ofiar szacuje się na około sto tysięcy, w tym 60 tysięcy na Wołyniu. Jak podkreślał prof. Motyka latem roku 1944 Ukraińcy przekonali się, że Stalin wyznaczy nowego granice, a polskie i ukraińskie podziemie traktuje równie wrogo, tak więc antypolska akcja jest nie tylko zbrodnicza, ale też nieuzasadniona politycznie. Dlatego w maju 1945 zawarto zawieszenie broni, a później dochodziło nawet do wspólnych akcji zbrojnych AK, WiN i UPA, wymierzonych przeciwko władzy ludowej.
Było już jednak za późno, ponieważ dochodził już do głosu trzeci punkt widzenia, to jest rosyjski, gdzie Stalin dążył do wymiany ludności pomiędzy Polską, Ukrainą i Litwą.
Stworzenie monoetnicznej Polski było z jego punktu widzenia bardzo korzystne, ponieważ dawało ZSRR gwarancje, że Polacy nie będą żadnym zagrożeniem. Dlatego Ukraińcy, Łemkowie i Bojkowie w liczbie blisko 500 tysięcy zostali wysiedleni na Ukrainę, a tamtejsi Polacy do Polski. Ciąg dalszy tych działań miał miejsce po śmierci gen. Karola Świerczewskiego w roku 1947, kiedy to w akcji karno-odwetowej nazwanej „Wisła”, w ciągu trzech miesięcy wysiedlono około 140 tysięcy Ukraińców, nawet rodziny mieszane, chcąc ich spolonizować – najpierw na Mazurach, później na Żuławach, a ostatecznie na Dolnym Śląsku, skąd akurat pozbywano się Niemców. Po roku 1952 owa akcja przymusowej polonizacji zelżała, zaś po czterech kolejnych latach postawiono na asymilację. Akcja „Wisła”, jak mówił Grzegorz Motyka, była to akcja wynarodowiania mniejszości narodowej na skalę niespotykaną w ponad 1000-letniej historii państwa polskiego. Podkreślał też, że krwawą kaźń zgotowało Polakom około 40-50 tysięcy Ukraińców z 5-milionowej populacji, tak więc obraz, że wszyscy zachodni Ukraińcy rzucili się na Polaków jest nieprawdziwy.
Były też przypadki ratowania i ukrywania przez Ukraińców polskich sąsiadów, bo po obu stronach byli to najczęściej zwykli ludzie, przez lata żyjący pokojowo obok siebie.
Te wszystkie zaszłości, podkreślał prelegent, przekładały się na następne lata, kiedy stosunki polsko-ukraińskie były naznaczone nieufnością oraz odmienne oceny tych wydarzeń po obu stronach. Wielkim sukcesem Polski i Ukrainy jest jednak to, że pomimo tych doświadczeń w Polsce zwyciężyła myśl polityczna, iż z Ukrainą należy się porozumieć i wspierać jej walkę z Rosją o niepodległość, bo jest to również w naszym interesie.
Kolejna muzealna prelekcja odbędzie się już środę 15 kwietnia o godzinie 18:00 w sali spotkań Hali Kultury na I piętrze. Bohaterem prelekcji Tadeusza Trepanowskiego „Tyburcy Chodźko i jego prace” będzie Tyburcy Chodźko (1840 -1908), uczestnik powstania styczniowego, działacz społeczny, ale przede wszystkim fotograf. Wstęp wolny.
Wojciech Chamryk

