sobota, 10 grudnia 2016 napisz DONOS@
Wyszukiwarka
Wczytanie

A gdyby tak nie kupować niczego?

Czy wyobrażasz sobie podjęcie wyzwania, w którym będziesz musiał (lub musiała) przez miesiąc ograniczyć swoją konsumpcję do minimum? Czyli – zero wyrzucanego jedzenia, żadnych nowych ciuchów, zabawek czy gadżetów. Po za tym, korzystasz z tego, co masz albo z tego, co zyskasz drogą wymiany. Jak myślisz, da się? Może spróbujemy?

W mediach ostatnio zaszumiało o projekcie zakazu handlu w niedzielę. Znalazła się już rzesza jego przeciwników z całkiem racjonalnymi argumentami, podającymi przykłady z rynku węgierskiego. Po drugiej stronie znaleźli się też obrońcy odpoczynku i wartości rodzinnych, którzy złudnie uważają, że jeśli galerie handlowe będą w niedziele zamknięte, to rodziny zaczną spędzać ten dzień razem. Ja jestem gdzieś po środku tych poglądów. Oczywiście, chciałabym nakłonić ludzi do wspólnego spędzania czasu, ale przede wszystkim, jednak życzyłabym sobie ograniczyć konsumpcjonizm.
W zeszłym tygodniu wybrałam się do naszej łomżyńskiej galerii. Siedziałam w kawiarni i patrzyłam na przechodniów. Na tych obładowanych torbami, czekających w kolejce do loterii i na tych, którzy przyszli bez konkretnego celu i snują się od sklepu do sklepu. Było mnóstwo kobiet z dziećmi, ale najliczniejszą grupą byli nastolatkowie. Jedzący fastfoody, mierzący po raz setny te same ubrania i marzący o tym, że wreszcie je kupią. Zabolała mnie ta myśl. O tym, że tak mało do szczęścia im trzeba. Wyjście na zakupy ma być idealnym sposobem na spędzenie czasu. Nie licząc kosztów, nie zważając na bezproduktywność.
Nikt się nie zastanawia, po co oni tam idą, co właściwie im to daje, co ich tam ciągnie?
A ja wiem, zgadłam, szósty zmysł mi podpowiada – to konsumpcjonizm. Ogromny i okrutny głód posiadania, kupowania i wydawania pieniędzy. Nie po to, żeby mieć coś nowego, potrzebnego. Po to, żeby kupić, wydać te złotówki i chociaż na chwilę poczuć się, jak władca wszechświata. 
Gdy mnie ten smutek ogarniał i gdy w myślach wyrzucałam sobie, że też tak robię… właśnie wtedy pomyślałam: Eureka! Przecież można inaczej. Trzeba tylko uświadomić sobie, że to, wszystko jest kwestią wyboru. Zamiast wertować gazetki z marketów, możemy wertować książki. Zamiast kupować kolejną kurtkę, możemy chodzić w tej z zeszłego roku. A w zamian za 100 złotych, wydanych w Biedronce i standardowe „nie ma nic do jedzenia” możemy upichcić z 5 sycących obiadów, o ile wcześniej wyliczymy dokładnie, czego potrzebujemy.
Ten przypływ idealizmu postawił przede mną wyzwanie – przez miesiąc od dziś nie kupię NIC, czego naprawdę nie potrzebuję. Nad każdą wydaną złotówką zastanowię się dwa razy. Poświęcę czas i energię na kalkulowanie – czy zjemy, czy wykorzystamy. Nie kupię nic – od tak. Nie będę odmawiać sobie przyjemności – nie w tym rzecz, aby nagle stać się ascetą. Oczywiście dobre jedzenie, ulubione wino, wyjście do kina są jak najbardziej na miejscu. Chodzi o ograniczenie próżnych zachcianek, które nic się wnoszą.

Czy znajdę wśród Was sojuszników? Może spróbujemy razem?
Zaoszczędzony czas i pieniądze wydajmy na bardziej doniosłe przyjemności. Stańmy ponad to.

Agnieszka Fijołek-Wądołowska
www.westerholm.pl

161121091207.gif
cz
pon, 17 października 2016 08:29

 
 
4lomza.pl Regionalny Portal Copyright © Speed s.c. 2005r - 4too v.1.0