wtorek, 06 grudnia 2016 napisz DONOS@
Wyszukiwarka
Wczytanie

Mistrz Olgierd Łukaszewicz pytał o Polskę w Łomży

Blisko 69-letni aktor i prezes Związku Artystów Scen Polskich ma w dorobku setki ról na ekranie i na scenie, w tym dziełach tak klasycznych i popularnych jak, m.in., „Dzieje grzechu” Borowczyka, „Seksmisja” Machulskiego, „ Brzezina” Wajdy czy „Dekalog II” Kieślowskiego. Na Noc Muzeów w Łomży zawitał do Teatru Lalki i Aktora i wystąpił z monodramem „A każ tyz ta Polska, a kaz ta”?, splecionym z urywków „Wesela” i „Wyzwolenia” Stanisława Wyspiańskiego. Sala była pełna widzów, pełnych atencji dla Mistrza Mowy Polskiej i wychodzących z głowami pełnymi domysłów.

Olgierd Łukaszewicz
Olgierd Łukaszewicz
Olgierd Łukaszewicz
Olgierd Łukaszewicz
Olgierd Łukaszewicz
Olgierd Łukaszewicz
Olgierd Łukaszewicz
Olgierd Łukaszewicz
Olgierd Łukaszewicz
Olgierd Łukaszewicz
Olgierd Łukaszewicz
Olgierd Łukaszewicz
Olgierd Łukaszewicz
Olgierd Łukaszewicz
Olgierd Łukaszewicz
Olgierd Łukaszewicz
Olgierd Łukaszewicz
Olgierd Łukaszewicz

Po wejściu Olgierda Łukaszewicza na scenę w roli Artysty – być może, Poety z najbardziej znanego dramatu Wyspiańskiego - sala początkowo jest również lekko oświetlona, aby nie tworzyć bariery między bohaterem a jego widownią. Dziwny to bohater już z początku: ubrany w dżinsy, koszulę i marynarkę, lecz bez butów. „Od miesiąca chadzam boso” - oświadcza na wstępie, jakby tłumacząc to niekonwencjonalne zachowanie: „Mam dość! Wracam do teatru i rodziny. Tu jest pustka, a tam puka”. Najpewniej chodzi o serce twórcy, które bije dla sztuki i najbliższych, jednak w miarę akcji postępu przez pięć coraz bardziej dłużących się kwadransów, zainteresowanie serdeczne i skupienie przesuwają się ku rozważaniom o Polsce jako ojczyźnie żywych i cieni, Polakach jako wspólnocie, przeszłości jako trudnej do pokonania przepaści i trudniejszej do ogarnięcia w pamięci niby nicości. Nasycony wieloznacznymi frazami spektakl oparty jest na sile ekspresji, natchnieniu i koncentracji Olgierda Łukaszewicza, dla którego jedyne oparcie w przestrzeni stanowi ławka, sterta dziesiątków rozłożonych na niej płachtami dzienników, proste szkolne krzesło. Gazety z wszechobecną reklamą, która mierzi bohatera, najlepiej posłużą do uklejenia dużej, prostokątnej czapki z papieru, na myśl przywodzącej nakrycie głowy Stańczyka z obrazu Matejki. Pod tą czapką kłębi się chaotyczny słów bezmiar i nie lada wysiłku trzeba, aby piękną polszczyzną wypowiadane wzniosłe frazy pojmować i w całość zrozumiałą dla prostego umysłu poskładać. Kiedy bohater pochyla się ku widzom i podaje ręce z pytaniem: „Czujecie, że jesteście Polską...? Jedna jest miara oddechu” to pół biedy, słuchacze chętnie na takie zaproszenie do współtworzenia przystawali. Jednak gdy w scenerii słów po jawiają się rycerze klęczący, umarli, orzeł białopióry wolny od krat, bohater wspina się na ławkę z gazetami i spogląda w przepaść, nicość, gdzie szatani śmieją się na dnie, to metaforyka rodem z romantyzmu i Młodej Polski tak ostro odstaje od rytmu, składni, obrazowania mowy Polaków współczesnych, że ma się wrażenie, jakby to nie natchniony Poeta do nas ze sceny przemawiał, tylko boży pomyleniec.

Brudy i kłam mącące sen
Skromne potwierdzenie tezy pada z ust Łukaszewicza: - Nasz naród stracił wiarę w słowo!, po tym, jak zawiązując buty i ostrzegając, że „zło przygniecie słowo”, przypomniał się słynnym cytatem: „Teatr mój widzę ogromny, wielkie, powietrzne przestrzenie”. Szczery pewnie zapał Wyspiańskiego do sztuki synkretycznej trudno było zrealizować w monodramie, mając do dyspozycji za dekorację ledwie czerń kotary kulis, za którymi mogłyby kryć się rozliczne maski postaci, których zaistnienia trzeba było się domyślić.... Dzwonek wyjmowany z kieszeni, podobny do dzwoneczków na czapce Stańczyka, miał chyba budzić czujność widowni – jak w kościele, jak w szkole - i wzmagać uwagę na frazy: raz patriotycznie podniosłe, np. w przykazaniu „Nie będziesz Polski używał nadaremno”, a innym razem publicystycznie zaangażowane jak w przygnębiającej konstatacji „Nienawidzim się nawzajem”. Na przemian z dzwoneczkiem w ręce pełnego rozterek bohatera na scenie bije i grzmi królewski dzwon Zygmunta z krakowskiego Wawelu. Olgierd Łukaszewicz kładzie się na ławce z gazet i zaraz myśli przenosi ku sarkofagom wielkości i majestatu Rzeczpospolitej. „Łzy po twarzy cieką” i niepokoje w sercu budzą, a brudy i kłam współczesności mącą sen tych, co w grobach leżą. Komediant narodowej sceny, jak określa siebie Mistrz, przywdział na monodram w Łomży maskę tragiczną i ponurą, niejednoznaczną i hermetyczną. Jakby zatrzymał się w dawno przebrzmiałych epokach. Pobrzmiewa wprawdzie jeszcze swojsko polonez Ogińskiego „Pożegnanie Ojczyzny”, ale słowo poetyckie z trudem wnika w umysł współczesnych Polaków. Zwłaszcza młodego pokolenia...

Mirosław R. Derewońko

161121091207.gif
cz
pon, 18 maja 2015 11:51

 
161201033137.gif
Zobacz także
 
4lomza.pl Regionalny Portal Copyright © Speed s.c. 2005r - 4too v.1.0