poniedziałek, 05 grudnia 2016 napisz DONOS@
Gazeta Bezcenna nr 600

Boskie i ludzkie tajemnice Księdza Jana

- Nie zapomnę, jak papież Jan Paweł II pod koniec mszy świętej 4. czerwca 1991 roku w Łomży do obrazu Matki Boskiej podchodził, ażeby go ukoronować, i tak przez moment zaśmiał się, i mrugnął do mnie, a dopełnił te znaki dopiero w Pałacu Biskupim pochwałą: „Ale żeś się napracował!” - oto najważniejsze wydarzenie, jakie w powodzi faktów ze swego pracowitego 70-letniego życia wybrał wikariusz biskupi ks. Jan Sołowianiuk, który - po 37 latach pracy jako wykładowca łaciny i liturgiki w Wyższym Seminarium Duchownym i przewodniczący wydziału duszpasterstwa ogólnego kurii w Łomży – przeszedł z początkiem lutego na emeryturę. Nie rozstaje się, na życzenie biskupa Janusza Stepnowskego, z wykładami w WSD i konsultowaniem spraw z wydziału duszpasterstwa ogólnego.

Z żadnym z łomżyńskich biskupów nie był i nie jest „na ty”, chociaż każdemu zawdzięcza coś, co trwale odcisnęło się na jego życiu. Biskup łomżyński Czesław Falkowski wyświęcił na księdza Jana Sołowianiuka z sześcioma kolegami w Katedrze 1. czerwca 1968 r. - Biskup Falkowski był bardzo wrażliwy na punkcie zdrowia – wspomina ksiądz Jan. - Lecz przed święceniami trzeba było dostać zaświadczenie od dr. Stanisława Schramma, który był lekarzem seminaryjnym. Doktor ze względu na moją chorobę płuc, choć wyleczoną, odmawiał. Popłakałem się, ale na kolanach to wybłagałem.

Pobożny, grzeczny, najlepszy w nauce
- Od najmłodszych lat miałem pragnienie, żeby zostać księdzem, jeszcze jako ministrant w drugiej czy trzeciej klasie szkoły podstawowej; koledzy kpili ze mnie, że ksiądz Robak jestem, jak z „Pana Tadeusza”... – opowiada ks. Jan Sołowianiuk, który unikał towarzystwa chłopaków: pili piwo, palili i przeklinali, obłapiali i całowali dziewczyny. - Mnie do tego nie ciągnęło. Byłem od tego z daleka... Jaś Sołowianiuk urodził się 2. stycznia 1945 r. w Kowalewszczyźnie jako najstarsze z siedmiorga dzieci. Trzy lata uczył się w LO w Łapach, ale zachorowawszy na płuca, dokończył naukę maturą w LO przy sanatorium w Otwocku. Na każdym z etapów spotykał wyjątkowych kapłanów. Najpierw ks. Józef Łączyński, proboszcz w Waniewie przez 33 lata, gdzie ministrantem był Jasio. Potem Jan Sobotka, wikariusz w Łapach i katecheta w piwnicy pod zakrystią kościoła, gdzie co dnia zachodził Janek na pacierz przed obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, z myślą, by zostać księdzem. - To był dobry biblista, pożyczał lektury – docenia uczeń. - Dzięki temu doczytywałem i studiowałem teksty. Ks. Paweł Misa z Otwocka, widząc mą gorliwość na mszach, polecił mi seminarium w Warszawie.
Gorliwy kandydat złożył tam dokumenty, acz zamiar zmienił pod wpływem rodziców, którzy woleli syna studenta w Łomży. - Rodzice nie byli zaskoczeni: byłem pobożny, grzeczny, organizowałem kółka różańcowe, nabożeństwa majowe i październikowe, śpiewałem nieźle... – wylicza przymioty ks. Jan. - Uczyłem się najlepiej w podstawówce, starałem się. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek przeklął. Czytałem w niedzielę Pismo św. rodzinie. „Jak ksiądz”, chwalili mnie zadowoleni rodzice.
Na pierwszej mszy św. po seminarium, w tydzień po święceniach, szczęśliwy proboszcz Łączyński dyskretnie czuwał przy wychowanku. Była piękna, słoneczna pogoda. Kazanie wygłosił sam rektor WSD ks. Mikołaj Sasinowski, dwa lata później – biskup ordynariusz. - Prymicja była na 300 osób – dodaje ks. Jan, przyznając, że był to koszt dla rodziny. - Rodzice mieli 15 hektarów, własne krowy, cielaki, wieprzaki, w przygotowaniach pomogły siostry sercanki z seminarium. Wtedy nie było, jak dzisiaj, domów weselnych do wynajęcia. Huczne przyjęcie było w stodole, a zabawa na podwórzu.

Koledzy do kina, ks. Jan do łaciny i greki
Po zabawie – pięć lat pracy w parafiach: Białaszewo, Brok, Ostrów Mazowiecka. I nagła wieść, że ks. prof. Tadeusz Zawistowski (za chwilę – biskup pomocniczy) uznał za najlepszego łacinnika ks. Jana, co sprawiło, że bp Sasinowski wysłał młodego księdza w 1973 r. na studia do Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. - Nie bardzo chciałem, bardziej pociągała mnie praca duszpasterska, a tu języki starożytne – wzdycha ks. Jan. - Na czwartym roku filologii klasycznej biskup postanowił, że wezmę jeszcze liturgikę, trzy lata, bo zaliczono mi teologię z seminarium. Byłem umęczony: po sześć godzin dziennie łacina i greka, nosa nie wystawiałem z podręczników, ciągłe przygotowania do ćwiczeń z tłumaczeń, zaliczenia i egzaminy. Inni mieli kino i spacer, ja nie miałem czasu na nic. A biskup Sasinowski pocieszał, że jak ukończę liturgikę, to nie będę tylko lektorem, a profesorem!  W Lublinie przeszlachetny ks. Wojciech Danielski zachęcał mnie do zacięcia zębów. I przetrwałem.
Niewiele brakło, a następca ks. bp. Zawistowskiego na lektoracie łaciny nie dotarłby do seminarium z powodu bp. Sasinowskiego. - W Rzymie spotkał się z prefektem Kongregacji ds. Kultu Bożego i pochwalił się, że ma zdolnego łacinnika i liturgistę w jednej osobie. A prefekt podchwycił, że trzeba kogoś, kto z łaciny tłumaczy na języki obce – śmieje się ks. Jan. - Kupiłem walizki, przygotowałem się  do wyjazdu i... Biskup mnie wzywa: „Nie jedziesz, bo na Radzie Pedagogicznej zdradziłem się. Mieli uwagi, że jak doczekali się w Łomży swego łacinnika i liturgisty, to cię do Rzymu wysyłam”.
Studiował na KUL-u w latach 1973 – 1978. Do magisteriów: z greki o Klemensie Aleksandryjskim i z liturgiki o sprawowaniu chrztu w XIX w. w diecezji augustowskiej, czyli sejneńskiej, dołączył w 1984 doktorat o sprawowaniu tamże sakramentów: pokuty i Eucharystii. Ma 500 wychowanków w sutannach, którzy opuścili mury WSD z wiedzą o liturgii. Był promotorem 120 prac magisterskich. - Wielka satysfakcja – podsumowuje. - Nauczyłem ich mszę św. odprawiać i sakramentów udzielać.

Pracowite życie wypełnione posługą 
Czerwiec 1991, biskupem jest Juliusz Paetz. Ksiądz Jan przygotowuje liturgię od rana do wieczora na wizytę Jana Pawła II, m.in., ćwiczenie asysty, urządzenie procesji z darami, wyszukiwanie ludzi do Komunii św., której udzieli papież, znalezienie 100 księży, roznoszących komunię św., ponadto uroczystość w Katedrze i seminarium. Do tego mądre komentarze, objaśnienia i... spokój ducha. Ks. Jan współorganizował także uroczystości: Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Zuzeli (1994), Roku Jubileuszowego w Łomży (2000), 80-lecia Diecezji Łomżyńskiej (2005), Roku św. Brunona (2009). Był sędzią Sądu Biskupiego w Łomży i tłumaczył pisma do Stolicy Apostolskiej (1978 – 95). Pisał komentarze do liturgii w czas koronacji wizerunków Matki Boskiej w Wąsewie, Płonce Kościelnej i Hodyszewie, od '80 do '97 niestrudzenie redagując „Kalendarz liturgiczny Diecezji Łomżyńskiej”. - Mam 20 kolegów biskupów po KUL-u, z którymi jestem „na ty” - wyjawia wykładowca. - Aż 18 lat przewodniczyłem wydziałowi duszpasterstwa ogólnego i byłem od 1998 r. wikariuszem biskupim, którym mianował mnie bp Stanisław Stefanek, a zaakceptował jego następca bp Janusz Stepnowski. Odpowiedzialna praca: przyjmowanie delegacji, wnikliwe rozpatrywanie skarg na księży i obsługę kościelną, odpisywanie na listy, formułowanie komunikatów do parafii, księży i wiernych diecezji. Księża stale proszą o porady, jak przygotować uroczystość, o komentarze, o poprowadzenie liturgii.    Ulubiona sentencja łacińska księdza Jana to: „Gutta cavat lapidem, non vi sed saepe cadendo”. Tak to tłumaczy: „Kropla (wody) żłobi kamień nie siłą, ale częstym padaniem”. - To głęboka moralnie maksyma – tłumaczy wybór łacinnik. - Mówią, że dobrego karczma nie zepsuje, ani złego Kościół nie naprawi. A ja powiadam: nieprawda. Zło przychodzi do człowieka powoli, kropelkami, zostawia ślad na sumieniu człowieka. Zdarza się i tak, że człowiek spada na dno przez przyjmowanie pokus różnych ze strony świata. Praca duchowa na tym polega, żeby unikać pokus, aby uchronić sumienie.
Z radością odwiedza rodzinną wieś Kowalewszczyzna, wszyscy tutaj szczerze mu się kłaniają, i 92-letnią mamę Aleksandrę. Zachodzi na grób zmarłego nagle w '86 taty Jana (+64). Imię ma po ojcu...

Mirosław R. Derewońko


161121091207.gif
cz
cz, 19 lutego 2015 08:06

 
161109032208.jpg
 
4lomza.pl Regionalny Portal Copyright © Speed s.c. 2005r - 4too v.1.0