środa, 07 grudnia 2016 napisz DONOS@
Wyszukiwarka
Wczytanie

Łomżynianka na olimpiadzie i targach wynalazków

- Ból w ciele człowieka przyjmujemy na wiarę, że pacjenta „coś” boli, a nasze urządzenie i metoda diagnozowania bólu mięśniowo-powięziowego pozwala cierpienie „zobaczyć” - opowiada doktor nauk med. Elżbieta Skorupska z katedry reumatologii i rehabilitacji Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, której przyrząd do badania mięśni poprzecznie prążkowanych zdobył złoty medal na 29. Międzynarodowych Targach Wynalazczości i Innowacji Inpex w Pittsburgu, czyli na największych targach wynalazczości w USA. Ten wynalazek nie zwróciłby może naszej uwagi, gdyby nie fakt, że współautorką jest Elżbieta Skorupska (lat 43) z d. Kuncewicz, która urodziła się i ukończyła I LO w Łomży. Wynalazczyni była też wioślarką, m.in., na Igrzyskach Olimpijskich w Sydney (Australia)...

Doktor nauk med. Elżbieta Skorupska
Doktor nauk med. Elżbieta Skorupska

Wynalazek dr Elżbiety Skorupskiej, współpracującej z dr. inż. Michałem Rychlikiem z Politechniki Poznańskiej i mgr Wiktorią Pawelec z AWF w Poznaniu, rywalizował z ponad 550 wynalazkami z 24. krajów. Zdobył uznanie na konkursach technologii: EuroInvent w Rumunii i organizowanym we Francji od 1901 r. Concours Lepine. A jak to „złote” urządzenie działa i na czym polega metoda...?

Od „Szóstki” w Łomży do AM w Poznaniu
- Wykorzystaliśmy kamerę termowizyjną, dzięki której po stymulacji suchą igłą uzyskujemy w obszarze bólu widoczne silne rozszerzenie naczyń krwionośnych –  wyjaśnia badaczka. - Zespół mięśniowo-powięziowy jest oporny lekowo. Występuje w migrenie, napięciowym bólu głowy, zespole bolesnego łokcia, rwie kulszowej. My to nazywamy,„pacjent się grzeje”. To bardzo dobrze, gdyż oznacza właściwą lokalizację. Wbijam igłę na 5, 6 cm i wyginam w różnych kierunkach, aby się nie złamała. Ma 0,13 do 0,3 mikrometra. Można nią w określonych miejscach na ciele zatkać ognisko bólu. Pacjentów przyjmuję u siebie w gabinecie i nazywam „desperatami”, ponieważ inne metody zawiodły. Dzięki naszej, jestem w stanie ocenić, czy warto z pacjentami dalej pracować... 
Elżbieta Kuncewicz wychowała się w domu rodzinnym przy Dwornej, uczyła w (nieistniejącej) SP nr 6 przy Giełczyńskiej i SP nr 2. Z „Szóstki” zapamiętała Krzysztofa „Rumcajsa” Bogdanowicza, nauczyciela fizyki. - Dzięki niemu, nie miałam problemów z fizyką w liceum przy Bernatowicza – chwali fizyka. - Chociaż fizyczka Bożena Babiel za mną nie przepadała, dużo miałam nieobecności. Wspierał mnie dyrektor LO Zygmunt Zdanowicz i wychowawczyni Ewa Urbańska, ucząca biologii.
Czwarty rok „Pierwszego” ukończyła już w trybie wieczorowym, zdając maturę w 1992 r. Została specjalistką fizjoterapii: najpierw studium, potem 2 lata AWF, a na koniec - Akademia Medyczna.
-Wioślarstwo to wspaniała przygoda mego życia, zabawa i przyjemność, nie mogłam się doczekać jakiegoś zgrupowania, żeby wyjechać i spotkać się z przyjaciółmi – ocenia pierwszy okres kariery wioślarka, startująca w barwach Łomżyńskiego Towarzystwa Wioślarskiego w latach 1986-1992. - Harówa zaczyna się przed igrzyskami i mistrzostwami, kiedy obowiązuje ostry rytm dnia, reżim przygotowań i diety, wysiłek treningowy. Harówa w moim przypadku pojawiła się po przejściu na zawodowstwo, w okresie seniorskim. Musiałam na co dzień bardzo dbać o zdrowie, aby zachować proporcję między treningiem a odpoczynkiem. Lata spędzone na łodziach owocowały w jej obecnej pracy zawodowej: wyćwiczyła obowiązkowość, systematyczność i wytrwałość w dążeniu do celu.

Wioślarka chciała zaistnieć w świecie nauki

Dobrze się uczyła, same piątki w podstawówce. - Ale lubiłam dyskoteki, więc moja mama zmówiła się z Hanią Zenczewską i wujkiem, by zapisać mnie na wioślarstwo – wspomina. - Zmowa okazała się skuteczna: wśród dziewczyn po dwóch, trzech miesiącach wyróżniałam się szybkością na łodzi, a nie tylko wzrostem. Czułam się pupilką trenerów i „dobrą siostrą” chłopaków. Pamiętam pierwszy obóz w Rajgrodzie. Dostałam skiffa. Dziurawego. Miałam 10 kilometrów do pokonania. Chciałam wrócić i... nie zatonąć. 300 metrów przed pomostem łódź zatonęła. Butem wylewałam wodę, żeby nie stracić jej na zawsze. Innym razem miałam przez pół roku obiecywane  „pirsze”, lekkie łodzie z Niemiec, bo pływałam na ciężkich chojnickich. Zawody się zbliżały i nagle dowiedziałam się, że łódki nie będzie. Brat opowiadał, że trzy godziny wyłam w domu w głos. Okres łomżyński, zanim zostałam wioślarką klubu Posnania Poznań, zapamiętam jako wspaniały, nostalgiczny, wzbudzający pozytywne emocje. Do dziś z wielką wdzięcznością myślę o moim trenerze Marku Zenczewskim...
Łomżynianka reprezentowała Polskę cztery razy na mistrzostwach świata. Startowała w dwójkach podwójnych wagi lekkiej na Igrzyskach Olimpijskich w Sydney (2000 r.) z Iloną Mokronowską, gdzie wspólnie zajęły 8. miejsce. O przygodzie z olimpiadą opowiadała na spotkaniu po latach w Restauracji Na Farnej. Trener Marek Zenczewski i koleżanka Teresa Kaczmarczyk oraz miłośnicy wioślarstwa i kajakarstwa poznali, m.in., dietę, jak zmienić kategorię z ciężkiej na lekką: pieczone jabłka, wąchanie słodyczy, oglądanie potraw na fotografii, chudy biały ser plus herbatka hibiscus.  
- Kiedy zajęłam się na serio nauką na poziomie uniwersyteckim, od razu myślałam, żeby zaistnieć na świecie – wyjawia. - To brzmi nieskromnie z mojej strony, ale szczerze. Wydaje mi się, że ludzie sami budują blokady dla osiągnięcia wymarzonego sukcesu. W młodości odczuwałam kompleks bloku wschodniego: mieliśmy gorsze buty niż Amerykanie, nie takie ciuchy, odżywki czy łódki. Myślę, że młodzi 20-latkowie współcześnie nie mają ani takich obciążeń, ani aż takich barier. Julia Michalska osiąga sukcesy właśnie dzięki temu, że przeciwstawiła się wszystkim. I ja to doceniam... 

Mirosław R. Derewońko
wsp. red. Mariusz Śliwka

161121091207.gif
cz
wt, 19 sierpnia 2014 08:18

 
 
4lomza.pl Regionalny Portal Copyright © Speed s.c. 2005r - 4too v.1.0