poniedziałek, 21 sierpnia 2017 napisz DONOS@
Wyszukiwarka
Wczytanie

Pistolet na kulki z farbą uczy odwagi i zabija nudę

Poświęcił na przygotowanie hektarowego pola bitwy w gęstym lesie ponad miesiąc z tatą i czterema kolegami: tata zbijał z wodoodpornej płyty domki, w których mogliby chować się strzelcy, a Paweł Marcińczyk (lat 24) z kumplami przywoził, nosił i ustawiał w kolumny i barykady dwa i pół tysiąca opon samochodowych. - Powstawał plac do gier paintaballowych w stylu amerykańskim, na którym możemy rozgrywać pojedynki według ponad 50 scenariuszy – opowiada z dumą założyciel Power Paintball w Piątnicy. - Możemy zaprosić nawet 100 osób, nieważne skąd: z Łomży czy Warszawy, gdyż mamy transport, pole namiotowe, catering i ognisko. Ale najważniejszy jest Power Paintball!

Za tą angielską nazwą – Potęga Kulki z Farbą - kryje się wielka frajda, jaką mają dorośli i młodzież, niezależnie od płci i zawodowych i szkolnych zainteresowań, z wcielania się w „żołnierzy”, którzy z pistoletem (marker) i pojemnikiem na kulki farby (loader) przeobrażają się w graczy, przebranych w moro dla maskowania się w lesie i ochrony przed zabrudzeniem barwnikiem spożywczym. A cel? Pobiegać, postrzelać, poukrywać się, poskakać, poczołgać i poczuć emocje, jakich nie ma się na co dzień w pracy, na uczelni i w szkole. Śledzić, ale i być śledzonym; tropić, ale nie być wytropionym.

Mężowie z żonami na pierwszej linii ognia 
W organizacji nowej atrakcji turystycznej nad Narwią Pawłowi pomaga 23-letnia małżonka Anna. - Wchodziłam na jedną linię ognia, bo z markerem i w masce człowiek czuje się, jakby naprawdę się walczyło, człowiek za wszelką cenę stara się nie dostać kulką z farbą, aby nie podnieść ręki na znak kapitulacji... - opowiada, wolno podpiekając skwierczące nad ogniskiem kiełbaski dla zawodników po walce. - Wspinałam się na drzewo, myślałam, że się uchronię, dostałam ledwie z dwóch metrów.
I szczęśliwie to niegroźne dla zdrowia uderzenie kulki przeżyła, by móc warzyć tu pożywną strawę mężowi i jego kompanom z drużyn, które spotkały się w wiosce – miasteczku (?) Power Paintball w Piątnicy. - Mąż się tym rekreacyjnym sportem interesuje, a ja mu pomagam, jak tylko mogę – mówi Anna, z którą aromatyczne smakołyki graczom piecze 20-letnia Eliza Winko, sympatia Wojciecha Stankiewicza (lat 24), kolegi Pawła. Obaj chodzili do podstawówki „Jedynki”, nieistniejącej, potem uczyli się w Technikum Architektury Krajobrazu „Wety”. Więź trwała latami, gdy Wojtek studiował administrację PWSIiP w Łomży i zarządzanie SGGW Warszawa. Został grafikiem komputerowym. - Zawsze chętnie spędzaliśmy razem czas, również z naszymi dziewczynami – wspomina Wojtek. - Miałem do kogo wpadać po powrocie ze stolicy. Jesteśmy jak starzy, dobrzy znajomi. Z Pawłem nie miałem scysji, dogadujemy się, mamy wybujałe fantazje. Nigdy się nie nudziliśmy, także strzelając.

Paraliż na polu bitwy i moc adrenaliny w krwi
Kamil Gławnicki, 19-letni maturzysta po III LO, poprawia maskę na twarzy i potrząsa markerem ze stoma kulkami (wydatek 10 zł). - Zawsze miałem ochotę postrzelać w terenie, nie na strzelnicy, tyle że nie miałem zbytnio okazji – tłumaczy młodzian. - Lepiej podejść jak najbliżej celu, wtedy wiatr mniej znosi kulki... Nie chodzi o ręce drżące z przejęcia, rękę mam pewną, strzelałem z wiatrówki.
Kiedy przeskakują od jednej barykady opon do drugiej, rzucając się na murawę i uciekając między drzewami, nie strzelają na oślep. Oszczędzają kulki (i pieniądze), wydłużając czas emocjonującej zabawy. Odwiedziliśmy Power Paintball w pochmurny piątek o godz. 17. Zamierzali bawić się do 21. Mogli walczyć o zdobycie którejś z flag w domkach, dojść do bomby lub uratować zakładnika. - Scenariusze możemy układać na gorąco – uściśla Paweł Marcińczyk, uśmiechając się i wsypując z torebki foliowej dodatkowe kulki do loaderów zawodników. - Mamy wygodniej, że teren jest duży, a nasza działka leży na trzech hektarach gruntu gminy Piątnica, którym społecznie się opiekujemy.
Marcin Wszeborowski (lat 19) po raz drugi spróbował sił na polu pełnym czyhających z farbowaną kulą przeciwników. Debiutował w walkach painballowych z Kapucynami, którzy na czas gry habity zamieniali na mundury moro. - Mam dobre wspomnienia, dlatego postanowiłem spróbować jeszcze raz – wyjaśnia swoją obecność w zespole Power Paintball. - Bo to nie jest zwykłe bieganie między drzewami i przeszkodami, to jest mocna adrenalina, można dostać kulkę w walce, tak jak na wojnie.
- Ale po „zastrzeleniu” przeżywasz – poprawia kolegę Wojtek. - To bjak w grze, a nie jak na wojnie...
- Fakt – przyznaje Marcin. - Emocje są silne, lecz trzeba umieć je opanować i wyeliminować strach, który paraliżuje ruchy na polu bitwy. Jestem na tym polu po raz pierwszy, ale myślę, że nie ostatni...

Mirosław R. Derewońko

mm
so, 12 lipca 2014 19:48
Data ostatniej edycji: 2014-07-12 22:10:21

 
 
4lomza.pl Regionalny Portal Copyright © Speed s.c. 2005r - 4too v.1.0