środa, 07 grudnia 2016 napisz DONOS@
Wyszukiwarka
Wczytanie

Śladami polskich zesłańców na Sybir

74 lata temu, 10 lutego 1940 r. rozpoczęły się pierwsze masowe sowieckie wywózki Polaków na Sybir. Wśród tysięcy ludzi wywiezionych z Łomży i okolic była też rodzina gajowego z Nowego Młyna, Jana Cychola, który znalazł się na liście NKWD z racji udziału w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 r. Trafili do „specposiołku” Soliuga koło wsi Buraczicha w obwodzie archangielskim, gdzie śmierć zebrała wśród nich ogromne żniwo. Zmarł też najmłodszy syn Jana, trzyletni Kazio, pochowany na jednym z dwóch prowizorycznych cmentarzy polskich zesłańców. W ubiegłym roku odnaleźli je Grzegorz Ostalski i Dariusz Cychol, syn Karola, który był bratem Kazia, zmarłego w 1941 r. Byli oni pierwszymi Polakami, którzy od tamtego czasu dotarli do Soliugi, a całą wyprawę Dariusz Cychol, dziennikarz TVP opisał w cyklu reportaży „Historia, która łączy”. Został za nie odznaczony Srebrną Odznaką „Za Zasługi dla Związku Żołnierzy Wojska Polskiego”, a ich pierwsza część ukazała się właśnie drukiem w tygodniku „Przegląd”.

Tablica Kazia w tajdze
Tablica Kazia w tajdze
Barak rosyjskich drwali
Barak rosyjskich drwali
Buraczicha - drewno
Buraczicha - drewno
Człowiek tajgi - myśliwy Sława
Człowiek tajgi - myśliwy Sława
Droga do spiec posiołka Soliuga
Droga do spiec posiołka Soliuga
Grześ Ostalski - współorganizator wyprawy
Grześ Ostalski - współorganizator wyprawy
Red. Ania Gusielnikowa
Red. Ania Gusielnikowa
Sława ustawia tablicę
Sława ustawia tablicę
Soliuga - autor i myśliwy Sława
Soliuga - autor i myśliwy Sława
Soliuga - łóżko - ślad po polskim baraku
Soliuga - łóżko - ślad po polskim baraku
Soliuga - poszukiwania śladów polskich grobów
Soliuga - poszukiwania śladów polskich grobów
Soliuga - przeprawa przez wiadukt
Soliuga - przeprawa przez wiadukt
Soliuga - slad po polskim baraku
Soliuga - slad po polskim baraku
Stacja Buraczicha
Stacja Buraczicha
Stary most kolejowy
Stary most kolejowy
Wiadukt kolejowy w Soliudze
Wiadukt kolejowy w Soliudze
Znaleźliśmy ślady grobów!
Znaleźliśmy ślady grobów!

– W niesamowitym ścisku, zimnie i głodzie, stłoczeni na półkach jak śledzie z innymi rodzinami, które Rosjanie mieli na liście, wyruszyliśmy na ponad dwutygodniową podróż w nieznane – wspominał luty 1940 r.10-letni wówczas Zygmunt Cychol, brat Kazia. – Po przekroczeniu stacji w Baranowiczach już wszyscy byli pewni, że wiozą nas na Sybir, na zatracenie. (…) Szlak naszej podróży znaczyły trupy składane wzdłuż torów kolejowych, bo na pochówek nie było czasu ani miejsca. Obłaziły nas wszy, dokuczał głód, umieraliśmy z pragnienia.
Gdy po tej gehennie dotarli do Buraczichy, ze stacji kolejowej pognano ich w trzaskający mróz 18 km, przez zaśnieżoną tajgę do osady drwali Soliuga. 
– W prowizorycznych barakach zbitych z bali ulokowano po dwie rodziny w niewielkiej izbie – wspominał Zygmunt Cychol. – Zamieszkaliśmy tam razem z gajowym Oleszkiem. Nazajutrz przyszedł brygadzista wyznaczając mężczyzn do pracy przy wyrębie lasu, bo jak mówił „kto nie rabotajet, tot nie kuszajet”. Spaliśmy na narach zbitych z desek, wszyscy koło siebie aby było cieplej. Śnieg podchodził pod same okna i chorowaliśmy. Dopiero wiosną, jak zaczynały się roztopy, wygrzebywaliśmy spod niego trawę, korzonki, szczaw i nasze dolegliwości powoli zanikały. Najbardziej cierpiał nasz mały braciszek; z dnia na dzień stawał się coraz słabszy i bladziutki jak opłatek. Na „kładbiszcze” przybywało polskich mogił. Najwięcej umierało dzieci. Pani Chaberkowa pochowała swoich sześcioro.
Mały Kazio zmarł 3 czerwca 1941 r. Jego rodzina zdołała przetrwać piekło zsyłki. Jan Cychol przeszedł szlak bojowy z armią gen. Wł. Andersa, walczył pod Monte Cassino, po wojnie był aresztowany za „szpiegostwo na rzecz Anglii” przez Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego, pracował potem jako woźny w Technikum Budowlanym w Łomży.
W 1983 r. dwa tygodnie przed śmiercią, Feliksa Cychol opowiedziała dokładnie swym bliskim o tragicznej śmierci swego najmłodszego synka i o miejscu jego pochówku. 
– Nie było tam cmentarza, bo nikt nie poświęcił tej strasznej ziemi. Położyliśmy Kazia między innymi dziećmi. Leżą na takiej górce jakieś 100–200 metrów od naszych baraków. Tak trochę jakby nad torami kolejowymi –opowiadała. – Grobów pewnie już nie ma, bo zabrała je tajga. A i nędzne baraki mogły się już zawalić.

Wyprawa po latach

Musiało minąć jednak aż 30 lat, by Dariusz Cychol wyruszył na wyprawę śladami polskich zesłańców – członków swej rodziny, w celu odnalezienia mogiły Kazia. 
– Nigdy nie planowałem wyprawy w tamte strony – pisze Dariusz Cychol. – Nie widziałem w niej sensu, nie widziałem szans powodzenia. Nikt mnie o to nie prosił. Pomysł zrodził się nagle. (…) Ruszyłem – dzięki pomocy polskiej redakcji internetowej „Głosu Rosji” – na daleką północ Rosji zwykłym samochodem osobowym. Wyjechałem 30 lat po śmierci mamy Kazia – Feli i równo w dniu rocznicy jego śmierci – 3 czerwca. Początkowo miał ze mną jechać Leon Wagner – krewny „tego Wagnera” z 1941 r., któremu pomógł w ucieczce ojciec trzyletniego Kazia – Jan (dziadek autora reportażu -red.). Dlaczego on? Bo był tam jako dziecko. Bo znał rodzeństwo i rodziców Kazia. Bo się przyjaźnimy. Niestety, choć Leon czuje się wyśmienicie, kardiolog nie zgodził się na jego wyjazd. 82-letni emerytowany pułkownik Wojska Polskiego pozostał w rodzinnej Łomży. Zaproszenie na wycieczkę przyjął mój sąsiad i przyjaciel – Grześ Ostalski.
Obaj śmiałkowie dotarli do Niandomy nieopodal Buraczichy, gdzie zostali przyjęci bardzo serdecznie, również przez potomków Polaków, żyjących tam od XIX wieku. Podobnie było w Buraczisze, gdzie miejscowa ludność do dziś pamięta i wspomina polskich zesłańców. 
Kiedy zmarli lub wyjechali, baraki w miejscu ich zesłania rozebrano i przeniesiono w inne miejsce, a grobów w tajdze nikt nie odwiedzał, tym bardziej, że otaczały je bagna. Cychol i Ostalski nie mieli więc szans, by dotrzeć do Soliugi, jednak swą pomoc zaoferowali im Rosjanie, w tym myśliwy Sława, dysponujący odpowiednim samochodem. 
– Nie wiem, czy ktoś zapłacił Sławie za jego czas i pomoc – podkreśla Dariusz Cychol. – Mi nie pozwolono zapłacić nawet za benzynę. Nikt nie wziął ode mnie kopiejki. Byłem kimś, kto tak jak moi gospodarze szuka w życiu dobra i pojednania z tragiczną historią, która tragiczna była dla każdej rosyjskiej rodziny. Byłem jednym z nich.
Po kilku godzinach przedzierania się przez tajgę, 8 czerwca 2013 r., osiągnięto cel podróży. 
– Było, jak przed śmiercią opowiadała Fela – pisze Dariusz Cychol. – Na pierwsze wypukłości w ziemi trafiliśmy natychmiast. Nie było najmniejszych śladów grobów, tj. kamieni, czy krzyży. Były tylko nienaturalne, obrośnięte trawą „wypukłości”: pierwsza, druga, piąta….. W jednej z nich leży trzyletnie dziecko, którego szukałem – Kazio.
Miejsce jego śmierci upamiętniono specjalną tablicą z napisem „Kazio Cychol. 1938-1941. Pamięć silniejsza od śmierci” po polsku i rosyjsku, podróżnicy zapisali też położenie cmentarza według GPS. W samej Soliudze odkryli kolejne polskie mogiły, co również udokumentowali i zapalili na nich znicz kupiony pod łomżyńskim cmentarzem. Mniejsza tabliczka z nazwiskiem Kazia trafiła zaś do muzeum w Niandomie. 
– W drodze do Buraczichy mijaliśmy postawioną przez nas tablicę – pisze Dariusz Cychol. –Niesamowicie, na wiele kilometrów świeciła. I znowu każda z 6 osób w samochodzie po swojemu odbierała ten blask. Ktoś jak uśmiech, ktoś jak „niemy krzyk” – „dziękujemy!”. Ktoś jak prośbę – „pamiętajcie”.
Po powrocie do Polski Dariusz Cychol spotkał się z pułkownikiem Leonem Wagnerem, otrzymał też szczególną wiadomość.
– Dostałem też od Sławy (myśliwego) MMS-a z samiutkiej tajgi – opowiada. – Tablica Kazia świeci wesoło. Tak, jakby z innymi dziećmi nas pozdrawiał. Kim był dla mnie Kazio? Kimś o kim słyszałem przez całe życie od Babci, Ojca, Stryja. Kimś kto sprawił, że śniegi tajgi obciążyły i mnie.

Wojciech Chamryk
Zdjęcia: Dariusz Cychol

cz
pon, 10 lutego 2014 08:13
Data ostatniej edycji: 2014-02-10 08:58:51

 
 
4lomza.pl Regionalny Portal Copyright © Speed s.c. 2005r - 4too v.1.0