wtorek, 06 grudnia 2016 napisz DONOS@
Wyszukiwarka
Wczytanie

Mechanik, inżynier, ksiądz i filozof na morzach Europy

Dziura w wodzie obita dechami, w której frajerzy topią ciężkie pieniądze, aby w najdroższy sposób jak najmniej wygodnie spędzać wolny czas. Taką to prostą definicję jachtu poznało kilkudziesięciu żeglarzy z Łomży podczas pierwszej gawędy żeglarskiej kapitana Jacka Czartoszewskiego, barwnie opowiadającego o rejsach i przygodach na morzach Europy: Bałtyku i Śródziemnym, Północnym i Adriatyku. Z ekranu w Restauracji Na Farnej wypływały i cumowały w portach brygantyny, kecze i katamarany, nad horyzontem lśniło słońce, pojawiały się zamki, szalały sztormy i brzmiały szanty. Ale najważniejszy był szczery śmiech żeglarskiej braci, komentującej wyprawy wilka morskiego.

Ks. kapitan Jacek Czartoszewski
Ks. kapitan Jacek Czartoszewski
Kapitan Ryszard Nawrocki i ks. kapitan Jacek Czartoszewski
Kapitan Ryszard Nawrocki i ks. kapitan Jacek Czartoszewski
Ks. kapitan Jacek Czartoszewski pokazuje zdjęcia ze swoich wypraw zgromadzonym w Restauracji na Farnej
Ks. kapitan Jacek Czartoszewski pokazuje zdjęcia ze swoich wypraw zgromadzonym w Restauracji na Farnej

Spotkanie miłośników żeglarstwa zainicjował Ryszard Nawrocki, kapitan uśpionego zimą Portu Łomża przy bulwarze nad Narwią. Z tak dobrej okazji skorzystali także członkowie Stowarzyszenia Port, którego prezes Zdzisław Kopańczyk zapowiedział kontynuację nowej, ciekawej, pouczającej i integrującej środowisko inicjatywy. Wśród kochających pływanie łajbami i wspominanie przygód pod żaglami znawców i praktyków dobrze czuli się zarówno nastolatkowie, jak kobiety i seniorzy. Duża w tym zasługa prowadzącego wartko i z humorem prezentację rejsów kpt. Czartoszewskiego.

Niestraszne nocne wachty, smaczna zielona kiełbasa
Kapitan Jacek Czartoszewski urodził się w 1961 roku w Augustowie, skąd po szkole podstawowej wybrał się wnet do Technikum Mechanicznego w Suwałkach, a stamtąd - na wydział mechaniczny Politechniki Białostockiej. Nie poprzestał na inżynierii i powołania szukał w Wyższym Seminarium Duchownym w Łomży. Po święceniach ksiądz i żeglarz studiował filozofię w Akademii Teologii Katolickiej, przemianowanej na Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Życie naukowe związał z UKSW, wykładając filozofię, ale przez lata nie zarzucił największej pasji życia.
- Moja wielka przygoda z żeglarstwem zaczęła się, kiedy miałem zaledwie osiem lat, ponieważ mój tata był szefem klubu żeglarskiego w Augustowie  – wspomina pierwsze kroki na pokładach łodzi kapłan i inżynier. - Jednak za czasów komunistycznych wyprawy morskie były zbyt drogie, trudno było też dostać paszport i pozwolenia, więc w pierwszy rejs po Bałtyku wypłynąłem jako 22-latek.
Od tamtego czasu korzysta z każdej nadarzającej się sposobności, aby wyruszyć na poszukiwanie niespotykanych na lądzie wrażeń i niezapomnianych emocji. - Tym bardziej, że lekarz kardiolog zalecił mi żeglarstwo jako metodę leczniczą... – z powagą wyjaśnia dodatkowy motyw rozstawania się na tydzień czy kilka z pracą, obowiązkami, przyjaciółmi. - Wysiłek na morzu dotlenia organizm.
Słuchający opowieści żeglarze ze zrozumieniem kiwali głowami: wszak wachty 24 godziny na dobę nie są im obce. Przemoczone ubrania czy mokre skarpetki to nic nadzwyczajnego, spanie ramię w ramię pokotem – też żadna nowość, nagłe ataki choroby morskiej i wymioty – zwykła codzienność. Ale wylewanie z dna przeciekającej brygantyny 80 wiader wody co godzinę, jedzenie pozieleniałej i zatęchłej kiełbasy po wyszorowaniu i wysuszeniu na pokładzie, wspinanie się wysoko na maszty, mimo lęku wysokości – to szczurom lądowym Na Farnej nie bardzo przypadało do gustu. Dlatego z większym aplauzem słuchali historii o malowniczych portach i miastach czy tajemniczych grotach.

Szwedzi głodzą śledzie, Litwini nie chcą się męczyć
Na sezon żeglarski 2013 augustowianina, twierdzącego, że bardziej czuje się łomżyniakiem, złożyło się aż pięć rejsów. Jego zdaniem, na Bałtyku nie ma problemów z prognozami meteorologicznymi, póki nadają je Polacy, bo gdy do akcji prognozowania aury wkraczają Szwedzi, to spokój na morzu może przerodzić się z nagła w sztorm o sile 10 w skali Beauforta. Przełom kwietnia i maja kapitan Czartoszewski spędził jako drugi oficer na s/y Kapitan Głowacki. Wyruszył z 25-osobową załogą z portu w Trzebini, opłynął wyspę Bornholm i Straslund, podziwiał najpiękniejsze muzeum morskie w Karlskronie, ubolewał, że śledzie szwedzkie są trzy razy mniejsze niż NRD-owskie i wrócił cało.
A w lipcu zameldował się na s/y Tobias i wypłynął z Władysławowa do Świnoujścia. Przy dobrym wietrze i ustawieniu żagli zwinny kecz przez dwie i pół godziny nie potrzebuje załogi. Wystarczy kontrolować wiatromierz, oddając się rozkoszy leżakowania na pokładzie w słońcu, ciszy, spokoju. Pod koniec lipca i prawie trzy tygodnie sierpnia – rejs do Kalmaru, dawnej stolicy Szwecji, zanim Sztokholm wziął prymat królewski. Nasz kapitan z satysfakcją pokazywał zdjęcia, na których żagle polskich jachtów zwinięte były i umocowane perfekcyjnie, gdy Litwinów przypominały pomięte serwetki po obiedzie. Potem jezioro Wigry w sierpniu - „Takich dziewiczych widoków nie ma już na Mazurach, cisza niesamowita, hałasują tylko kaczki” - i pod koniec września rejs katamaranem przy brzegach i wokół wysp Chorwacji - „Nigdy więcej, to wolny i nudny domek kempingowy na wodzie” - żeby podziwiać Split, Togir, Vis czy Hvar. Nadeszła pora, by wilk morski poznał ocean?

Mirosław R. Derewońko

161121091207.gif
cz
pon, 20 stycznia 2014 09:12

 
 
4lomza.pl Regionalny Portal Copyright © Speed s.c. 2005r - 4too v.1.0