środa, 07 grudnia 2016 napisz DONOS@

Wyżej Giewontu!

W pracowni chemicznej mieszczącej się na pierwszym piętrze no­wego,dwupiętrowego g ni ach u,która była królestwem i jakimś jedno­osobowym zakonem naszego młodego wychowawcy — chemika,było cicho jak makiem zasiał.Siedzie1iśmy parami za zielonymi blatami sto­lików stojących w trzech rzędach przez całą długość sali poniżej wyniosłej katedry i kryliśmy się za plecami koleżanek i kolegów przed jego groźnym i dyscyplinującym spojrzeniem.
— „Wszyscy pójdziecie na magazynierów! Do Geesu!" — grzmiały
władcze i kąśliwe przestrogi profesora chemii,który w nas,nieda­
lekich abitur ientach,chciał w przyszłości widzieć:inżynierów ma­
gistrów, lekarzy , uczonych , których umysły byłyby w stanie stałego
poszukiwani a,wynosząc na powierzchnię świadomości fragmenty po­
mysłów , ułamki wrażeń i przebłyski intuicji;może i ludzi niezwyk­
łych i wyjątkowych,jak niezwykłym był Enrico Fermi jako człowi­
ek,uczony i laureat Nagrody Nobla.
Była to jedna z nielicznych i planowych godzin wychowawczych przeznaczona zgodnie z jej teoretyczną funkcją, na pozostałych robiliśmy „prasówki" z gazet,radia i rzadkiej jeszcze telewizji, czyli omawialiśmy bieżące wydarzenia polityczne, a przeważnie przed niedaleką maturą goniliśmy powtarzany chemiczny materiał, którego zdaje się zawsze było za dużo,i z którym mieliśmy opóź­nienia .
Rzędem(pod wewnętrznymi ścianami klasy,jedna przy drugiej:z tyłu i z prawej strony uczących się,stały przeszklone szybami drewnianego szkieletu gabloty,zawierające najróżnorodniejszego rodzaju substancje i odczynniki chemiczne poustawiane zgrabnie na półkach wewnątrz w ciemnych brunatnością szklanych opakowa­niach : fiolek,butelek z kwaso- i zasadoodpornymi zamknięciami, s łojów,zabezpieczone przed przypadkową i niekontrolowaną reak­cją,z etykietami fachowych nazw i wzorów chemicznych. Bezbarwne, szklane,laboratoryjne:kolby i menzurki.Z cichym pomrukiem szumu obracał się elektryczny wentylator,wypychający z oszklonego bok­su w komin wentylacyjny i atmosferę trujące gazy i pary,po prze­prowadzonej na poprzedniej godzinie lekcyjnej przed ostatnią piątą tego dnia przerwą reakcji chemicznej z mną klasą,na zob­razowanie strukturalnych i sumarycznych rozważań teoretycznych. Na framudze dwóch przesuwanych po prowadnicach,do góry i na dół, ciemnozielonych tablic k1asowych,dających dobry kontrast z bia­łym,kredowym pismem,wisiała plansza Okresowego Układu Pierwiast­ków Mendelejewa z posegregowanymi pierwiastkami w grupy o podob­nych właściwościach.A wiszące na gablotach rozwinięte rolety za­wierały ich alfabetyczny rejestr i właściwości wyrażone matemat­ycznie.
— Ameryk... Berkiel..t Kiur...
Byliśmy uświadamiani i uświadomieni,że w pewnych okoliczności­ach metale zachowują się jak niemetale a niemetale jak metale,co w świecie materii nieożywionej jest z góry jej przeznaczeniem. Ale i tutaj ktoś więc jeżeliby sądził,że ma do czynienia z sytu­acjami skończonymi i ograniczonymi,powierzchowaość by go zawiod­ła,! srodze przeliczyłby się w swoich oczekiwaniach.To tak,jakby chemik był przekonanym,że aż po ostatnią zgłoskę czasokresu nie będzia można już odkryć nieznanego współcześnie związku chemicz­nego albo jego odmiany,a może nawet i nowego pierwiastka.I nie może tego zrobić bez narażania swojej reputacji na drwiny i śmi­eszność
Dobrze wiedzieliśmy,że „struktury zamknięte" nie są tak do koń­ca dopasowane,że nie udałoby się wścibić między nie ostrza noża. Że są systemami niedoskonale zamkniętymi.Doskonałość „systemów zamkniętych" byłaby zapewne ich wadą,i nie było by ósmego dnia s tworzeni a.
Uwagi nauczyciela tyczyły także naszych starszych kolegów, któ­rzy ukończyli szkołę wcześniej,i jego z pewnością wychowanków, na których niemile się doświadczył i zawiódł.
Nie spełnili jego oczekiwań i ambicji,i nie byli jego chlubą. Nie uczyli się dalej.Nie zdobywali dyplomów wyższych uczelni,tych magicznych przepustek w dorosłość,które otwierały drzwi do więk­szych możliwości.Nie zostawali profesorami zwyczajnymi na uniwer­sytetach,by wytyczać nowe szlaki,a zwyczajnie i po prostu odpadli w przedbiegach,nie przysparzając szkole splendoru,że jej absolwe­nci wchodzą na szczyty,a jemu autorytetu zawodowego.
A teraz tak marnie skończyli na stanowiskach magazynierów, sprzedając w GS-ach reglamentowany tylko dla kowali koks,nawozy, meble,czy hydratyzowane wapno na asygnaty.
Przed „trzecią" — czyli piętnastą — magazynier towarów masowych w Geesie,który „na lewo" sprzedał jakieś ubytki,już kiwał się pi­jany i obezwładniony alkoholem w budzie wagi samochodowej na zwi­chniętym krześle przy „kozie" pieca „Żar" rozpalonego do czerwon­ości,! z czapką przekręconą na bakier śnił o niebieskich migdał­ach rozparzony od gorąca i kaca.
Ostatnia chłopska furmanka z przegniłymi grzybem drewnianymi bortami,gdyż nigdy nie widziała garażu,i przepasana w połowie mo­cnym ,stalowym łańcuchem,której w każdej chwili grozi katastrofa gdzieś na drodze,wytaczała się z rozklekotanej bramy załadowana superfosfatem granulowanym — luzem,wykupionym może na skrypt dłu­żny teraz w listopadzie z bonifikatą.I nie byłoby w tym może nic nadzwyczajnego,ale w nawozie sztucznym zostały zanieczyszczenia z mniejszych okruchów i większych bryłek węgla z nie mytych kolejo­wych wagonów,za co kolej brała pieniądze,i ciężarowych samochodów spółdzielni transportu.Chłopi,zasypując go do nawozowych siewnik-ó w, kląć będą. „na czym świat stoi",bo węgiel zatykał będzie otwór ry,którymi nawóz równomiernie ma wysypywać się w rolę.
My nie mieliśmy iść ich śladami i powielać ich bŁędów.
A profesor dobrze dawał uczniom dalsze cięgi.
— Jeden z drugim myślisz,że jesteś już taki mądry?! Pozjadałeś
wszystką mądrość świata?!Jeżeli nie podoba ci się jeden z drugim
— szkoła,to zbieraj manele i jazda do domu!
I ciągnął dalej,widać było ze złością,ale bez zdenerwowania.
— Stan psychiczny człowieka ocenia się nawet po tym,jak zacho­
wuje się przy stole,przy jedzeniu.
I nie przerywał swojego monologu.
— Niektórzy z was zostali przyjęci do szkoły nie na podstawie
kryteriów wiedzy,ale ktyteriów humanistycznego socjalizmu! Na
podstawie kryteriów klasowych! Zaledwie dziesiąta część absolwen­
tów podstawówek z naszego powiatu dostaje się do szkoły na miejs­
cu,w której może otrzymać maturęIKilkudziesięciu do szkoły zawod­
owej o profilu metalowym!No i część,trzeba powiedziać prawdę,uczy
się poza powiatem.Ale co z resztą,która nigdzie nie uczy się!? Co
z resztą?! Ci,którzy dostają się do liceum,też nie wszyscy otrzy­
mują świadectwa dojrzałości! Najlepszy przykład macie na Rybie-
kim! Może jeszcze nie wiecie co stało się z waszym kolegą,to wara
powiam:Zo3tał zawieszony w prawach ucznia i już w tym raku szkoły
nie skończy.
I tu zrobił małą przerwę.
— Jak nie chciał uczestniczyć w akademii z okazji pięćdziesiątaj rocznicy Rewolucji Październikowej,to poszadł na zieloną tra­wkę.Tak śpieszyło się jemu do autobusu!
— Kalus,do tablicy! — rozkazał spokojnie,lecz władczo i stanow­
czo.
Zwróciliśmy twarze w jego stronę,myśląc z niepokojem czy to nie znowu powtórka z chemii.
Antek poderwał się z krzesła i stanął migiem na „arnoonie" pode­stu,na którym ulokowana była katedra.
— Powiedz kawalerze,jaki wpływ na organizm człowieka ma nikoty­
na? — zapytał delikwenta delikatnie,z delikatnością,z którą dzie­
ci zrywają okwitłe dmuchawce.
Uczeń zaskoczony,czerwony ze wstydu,zapomniał języka w gębie i nie wiedział co powiedzieć.
No,śmiało!
Ja? To bujda.Niepra... — nie dokończył spłoszony niedoszły
maturzysta.
Żółtych,zakopconych nikotyną palców rąk nie mógł ukryć teraz w kieszeniach wypchanych na kolanach,z rozlezionym kantem,nieodpra-sowanych spodni.
— Kogo chcesz oszukiwać?! Wiem,że palisz papierosy! „Sport" i
„Giewont" — tak?! A kto daje ci pieniądze na papierosy? Za stype­
ndium!? To dobra szkoła,która daje na roztrwonienie pieniądze! A
chciałbyś jeszcze może i na wódkę!? Zdrowie zniszczysz,bo tam i
związki aromatyczne i aldehydy...
Klasę zaniepokoiło słowo „kawalerze" wypowiedziane przez profe­sora beznamiętnie.Tym dotkliwiej kłuło ostrym szydłem kolegów i roztargnionego,niedoszłego maturzystę.A nauczyciel dalej mówił o tym,że część z mas pomyliła się z wyborem szkoły,a może nawet ni­gdzie nie powinna uczyć się po podstawówce.Tym zdaniem dokopał nam bardzo dotkliwie.Nie można już było chyba uderzyć w czulszy punkt i miejsce. „Na tych miejscach powinni siedzieć często inni!' — grzmiał na klasę.
Ach,ta nowa sprawiedliwość! — westchnął.
Ambicjami sięgaj wyżej Giewontu! Ty durniu! — siadaj! Jesteś
sierotą — podkreślił z naciskiem i dobitnie — i litowaliśmy się
przyjmując ciebie do liceum i internatu.Twój a sprawa stawiana
była na Egzekutywie! W Komitecie!
Byliśmy zmiażdżeni zasadnością jego argumentów i nie wiedzieli-.my czy schować się pod ławki,czy może zapaść się pod ziemię.
Koniec.
mm
śr, 24 listopada 2004 00:22

 
 
4lomza.pl Regionalny Portal Copyright © Speed s.c. 2005r - 4too v.1.0